We wszystkich poprzednich tomach (z wyłączeniem trzeciego) mieliśmy do czynienia z krytyką czasów, w jakich miała miejsce akcja. Pokazywało to, że człowiek pomimo upływu czasu nie zmienia swojego postępowania, a wręcz popada w jeszcze większą degenerację, gdyż z każdej kolejnej dekady wybierano najpopularniejszą modę i symbole danej epoki, pokazując obłudę ukrytą pod wszelkimi pozorami. Filmowi gwiazdorzy nie stronili od narkotyków, podobnie jak muzycy i obie grupy popełniały przestępstwa, aby zyskać upragnioną sławę. Dla pieniędzy prawo łamali też policjanci. W tej odsłonie zamieszczono komentarz w stosunku do czasów współczesnych, gdyż fabuła rozgrywa się w całości w 2014 roku.

Prostym zabiegiem wyjaśniono i uzasadniono wszelkie głupotki prezentowane przez twórców na przestrzeni lat. Tym samym scenarzysta nadaje komiksowi rys rewizjonistyczny, mający podważać to, co wiemy do tej pory – wszystko, co już poznaliśmy z różnorakich historii o herosach. Nagle wychodzi na jaw, że wcale nie są oni tacy nieskalani, jak myśleliśmy, nie zamieszkali na naszej planecie, aby nas bronić bez względu na wszystko, nie można ich uznać za bogów, za jakich ich bierzemy. Demitologizuje się wszelkie legendy, tak chętnie powtarzane przez różnego rodzaju wydawnictwa.

Scenarzysta przeprowadza wiwisekcję na małomiasteczkowej mentalności. Jessica, spacerując po ulicach, zadaje sobie pytanie, czy wróciły lata siedemdziesiąte. Bo rzeczywiście dla tamtejszych ludzi czas stanął w miejscu kilka dekad wcześniej. Nie mając zbyt wielu dostępnych rozrywek, mieszkańcy skupiają uwagę na życiu sąsiadów; każdy ma coś do powiedzenia na temat ojca zaginionej. Na jego przykładzie widać, jaki wpływ ma społeczeństwo na jednostkę.

O spójności można zapomnieć. Częste elipsy i brak informacji dotyczących upływającego czasu, czynią fabułę niezbyt przejrzystą, a jednocześnie osłabiają wydźwięk emocjonalny. Żadna z kwestii nie ma prawa dobrze wybrzmieć na ekranie, a niektóre ujęcia wprawiają wręcz w konfuzję. Wszystko to, aby zadowolić gusta komercyjnego widza. Scenariusz autorstwa matki reżysera od nieznośnej przeciętności oddziela oryginał, stanowiący kinowy samograj. Doświadczenia Mazura i ludzie, jakich poznał są na tyle ciekawi, że całość ogląda się z (co prawda) niewielkim zainteresowaniem, czekając na jakąś konkluzję.

Jesteśmy świadkami męskiego pojedynku, między człowiekiem mającym wszystko, a nieposiadającym niczego. Temu pierwszemu zdaje się nie zależeć na własnych dobrach, bo często pyta o to, czego pragnie osoba, która spełniła wszystkie swoje zachcianki. Sprawia przez to wrażenie znudzonego, poszukującego nowych emocji. Do walki staje bez większego strachu i z pewnością siebie patrzy w oczy wielokrotnemu mordercy. W ten sposób krytykowany jest świat zepsutych bogaczy.

Di Giusto kreśli portret kobiety nigdy niespuszczającej wzroku ze swojego celu. Na początku Marie-Louise mówi o upragnionej sławie i każde działanie ma przybliżyć ją do osiągnięcia sukcesu. Nie zraża się niepowodzeniami, ani nieprzychylnymi opiniami. Jednocześnie subtelnie sugerowana jest jej niewinność. Stroni od alkoholu, wszelkich używek i naiwnie wierzy ludziom. Zwykle nosi białe stroje, co przybliża ją do figury anielskiej. Do tego następuje jej deseksualizacja.

Twórcy kontynuują podejmowane bądź sygnalizowane wcześniej kwestie, rozwijając je lub zamykając. Rysunki wciąż są bajkowe i niewspółgrające z buntowniczą treścią, etc. O tym już przecież kiedyś pisałem, wychwalając prace Fiony Staples pod niebiosa. Zrobię to ponownie, ponieważ obrazoburczość zasługuje w tym wypadku na szczególną uwagę. Artystka wypełnia plansze obrzydliwymi kadrami. O ile zwykle na stronach umieszczono ich około sześciu, to niekiedy jeden wyraża więcej niż tysiąc innych (także słów bądź przekleństw).

Scenarzysta chociaż korzysta z fantazmatów, mocno zakorzenia swoją opowieść w rzeczywistości. Odczytując ją alegorycznie, można zauważyć, że mamy do czynienia z grozą związaną z dojrzewaniem. W końcu protagonistkę tylko krok dzieli od wkroczenia w dorosłość i czuje się inna od reszty, a w wieku kilkunastu lat takie wrażenie towarzyszy wszystkim. Jej ciało nie przechodzi wyjątkowych zmian, w przeciwieństwie do psychiki. Musi stawić czoła zupełnie nowej rzeczywistości i przyswoić prawdę o sobie.

Podczas pierwszej połowy opowieści Eastwood robi dokładnie to, na co miałem nadzieję czytając książkę, będącą na wskroś przesiąkniętą pochwałą ciężkiej pracy, uczciwości i jednocześnie Ameryki. Mówię o zniuansowaniu i dodaniu historii artystycznego zacięcia; ubarwieniu jej subtelnymi antyamerykańskimi wstawkami. Bo przecież reżyser jest znany ze swojej krytyki „najwspanialszego kraju na świecie”.

Bohaterowie szukają sposobu na zmierzenie się ze stratą. Dla Edwarda pisanie powieści to możliwość rekompensowania i porządkowania własnej przeszłości. Dzięki temu rusza naprzód; zabija swoje demony i radzi sobie ze wspomnieniami, czego dowodzi ostatnia scena filmu. Reżyser korzysta z metafor, niedopowiedzeń i fantazmatów, aby podejmowana tematyka nie była nazbyt oczywista. Zamiast nakreślić problem wprost, trzy razy ukazuje widzowi to samo, zwracając jego uwagę na błędne koło, w które wpadły postaci. W ten sposób prowadzi nas za rączkę do mało zaskakującego finału, a także naraża się na uzasadnione zarzuty o niepotrzebne powtórzenia.