Wonder Woman

wonPo Wonder Woman (2017) widać, jakie piętno na kinowym uniwersum DC odcisnął Zack Snyder. Za kamerą stanęła Patty Jenkins, ale podobnie jak w przypadku Legionu Samobójców (2016), zrealizowanym przez Davida Ayera, duch twórcy Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016) unosi się przez dużą, tę gorszą część filmu. Na szczęście przez resztę produkcji nie brakuje feministycznego pazura reżyserki Monster (2013).

Obyśmy dostali to, czego pragniemy…[1]

Z Wonder Woman fani nie wiązali takich nadziei jak w przypadku wspomnianego już Świtu sprawiedliwości. Ba, większość z nich po filmach Zacka Snydera zaczęła nawet wątpić, że w najbliższym czasie ich ukochane postaci doczekają się przyzwoitych ekranizacji. Kiedy dotarły do nas pierwsze pozytywne głosy na temat kinowych perypetii Diany Prince (Gal Gadot), wszyscy zaczęliśmy przebierać nogami.

Już w pierwszych minutach filmu widać, co tak naprawdę interesuje Jenkins. Nie chodzi o bezmyślną nawalankę, chociaż tej również nie zabraknie. Bardziej zależy jej na stworzeniu pewnej alternatywnej rzeczywistości i jak największej wiarygodności. Na początku przenosi nas do bajkowego świata, na położoną gdzieś poza czasem i przestrzenią wyspę amazonek. Pozwala matce głównej bohaterki powtórzyć córce, a niezaznajomionym widzom objaśnić całą superbohaterską mitologię Wonder Woman. Wszelkie absurdy są wyłożone tak dużymi literami, że słusznie wywołują ironiczny chichot. Reżyserka wyśmiewa podejmowaną konwencję, tylko pozornie zachowując powagę.

Kiedy na rajskiej wyspie ląduje żołnierz Steve (Chris Pine) i goniący go niemiecki oddział, następuje zderzenie dwóch światów. Powoli dochodzimy do utrzymanej w lekkim tonie historyjki, której akcja ma miejsce w Anglii w czasie I Wojny Światowej. W tej części najważniejsze jest skrytykowanie mentalności ówczesnych ludzi. Diana okazuje się we wszystkim lepsza od otaczających ją mężczyzn i dzięki swojej naiwności oraz prostemu myśleniu uwydatnia wszelkie absurdy konwenansów panujących w naszej rzeczywistości. Kiedy sekretarka mówi jak wyglądają jej obowiązki, główna bohaterka nazywa ją niewolnicą.

… i to, czego potrzebujemy…

Ewidentnie reżyserka o wszelkie konflikty obwinia płeć brzydką. Na początku kobiety żyją w zgodzie w sielskiej krainie, przygotowując się do wojny, która, mają nadzieję, nie nadejdzie. Chaos do ich rzeczywistości wprowadzają dopiero mężczyźni, kiedy przybywają na wyspę.

Przez lwią część filmu Jenkins docina facetom i pokazuje środkowy palec patriarchatowi. Pozwala Steve’owi chwalić swoje przyrodzenie, które jest „powyżej przeciętnej”, a potem Dianie powiedzieć, że „mężczyźni są niezbędni do prokreacji, ale beznadziejni w dawaniu cielesnej przyjemności”. W ten sposób reżyserka pragnie pokazać wyższość kobiet nad płcią przeciwną.

Jenkins rezygnuje z panującej w konwencji tendencji do uczłowieczania trykociarzy i zaglądania im pod maski, szukania ludzkiego oblicza herosów, a buduje spójną mitologię, czyniąc swoją bohaterkę boginią i podkreślając to, jak idealna i pozbawiona skaz jest. Jednakże opowiada o początkach kariery Wonder Woman w sposób pozbawiony pretensji i pomimo fantastycznej otoczki bardzo mocno osadza historię w rzeczywistości. Mężczyźni, dziwiąc się zachowaniu Diany, ułatwiają widzom identyfikacje z nimi, bo nasz odbiór bohaterki jest taki sam.

Nietrudno tu też znaleźć paralele ze współczesnym światem i sytuacją polityczną. Przecież od dawna stoimy u progu kolejnej wielkiej wojny, która tym razem może być ostatnią w naszych dziejach. Dlatego też reżyserka wykorzystuje język ezopowy, opowiada o czasach odległych, ale nawiązuje fabularnie do okresu, w jakim żyjemy. Krytykuje sposób naszej egzystencji odnosząc się do coraz większych problemów z tolerancją inności.

Być może Wonder Woman powstała w najlepszym dla siebie czasie. Nie chciałbym dorabiać do produkcji zbędnej ideologii, ale współcześnie, kiedy kobiety i wszelkie mniejszości ponownie, przynajmniej w pewnych krajach, muszą upominać się o swoje prawa, właśnie potrzebowaliśmy takiej nieco naiwnej, niezniszczalnej superbohaterki, walczącej tak naprawdę o równość i pokój na świecie oraz przypominającej co jest w życiu najważniejsze.

Brzmi to naiwnie i takie rzeczywiście jest. Na szczęście wiara Diany w niestworzone bajeczki oddziałuje swoją siłą na publiczność, tym samym uwiarygadniając każdy absurd. Oczywiście nie brakuje tu uproszczeń i skrótów fabularnych, mających uczynić opowieść zrozumiałą dla najmłodszych widzów. Mimo to na pierwszy plan wychodzi mocny przekaz i głos, sfrustrowanej kobiety, chcącej żeby cały świat się opamiętał.

… ale nie to na co zasługujemy.

Z oczywistych, tematycznych względów bardzo łatwo przyrównać Wonder Woman do Kapitana Ameryki: Pierwsze starcie (J. Johnston, 2011). Rzecz również dzieje się w czasie wojny i mamy tu elementy kina nowej przygody. Podobnie jak w przypadku marvelowskiej produkcji, tej nieco brakuje do solidnego, dobrego filmu. Można w niej jednak dostrzec o wiele większy misz masz gatunkowy.

Na początku fabuła to klasyczne heroic fantasy. Potem historia przechodzi w komedię, może nawet romantyczną, bo nie da się uniknąć skojarzeń z Pretty Woman (G. Marshall, 1990), kiedy Steve i Diana robią zakupy, żeby następnie dojść do wojennej przygody i na koniec powrócić do fantasy. I niestety to ostatni akt jest tym najsłabszym.

Kiedy akcja przenosi się na wojenny front, do głosu powoli zaczyna dochodzić Zack Snyder wymieniony w napisach jako producent i jeden z autorów historii, na podstawie której powstał scenariusz Allana Heinberga. Wtedy zanika gdzieś autorski, feministyczny pazur Jenkins, a wchodzi otępiała, pozbawiona wyrazu ręka reżysera Człowieka ze stali (2013).

O ile wcześniej mieliśmy do czynienia z błyskotliwą opowiastką, w której można było doszukiwać się różnorakich kontekstów, tak im bliżej końca, tym więcej miejsca zajmuje zwyczajna sztampa. Zanika feministyczny humor, a zastępuje go zupełnie zbędny i irytujący patos. Wonder Woman jest już zbudowaną z klisz superbohaterką chcącą pokonać Aresa i stopniowo tracącą charakter.

Rzuca wyniosłymi tekstami o miłości, nieidealności człowieka i wyzwiskami w stronę starożytnego boga wojny, ale sama nie sprawia wrażenia przekonanej do tego, o czym mówi. W efekcie niszczy to budowany obraz świata i portrety poszczególnych postaci. Tym samym ostatnia część nie do końca pasuje do wcześniejszego sposobu opowiadania. Film zamienia się w wyjątkowo niestrawną bajkę.

W ogólnym rozrachunku Wonder Woman, chociaż chwilami ociera się o przeciętność, jest całkiem niezłym filmem. Patty Jenkins stworzyła najlepszą adaptację komiksu DC, odkąd wydawnictwo wraz z Warner Bros. postanowiło budować spójne kinowe uniwersum na wzór swojego głównego konkurenta. A skoro osiągnęli już poziom Pierwszego starcia, to jak pokazują dokonania Marvela, teraz czekają nas tylko lepsze produkcje.


[1] Tytułami poszczególnych fragmentów tego tekstu postanowiłem uczynić części toastu, wypowiadane przez troje postaci w jednej ze scen filmu.

 

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu
rg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: