Baywatch. Słoneczny patrol

bay1Kiedy dzisiaj ogląda się serial Słoneczny Patrol (1989-2001) sprawia on wrażenie reliktu minionej epoki. Wywołuje ironiczny uśmiech i nostalgiczne wspomnienia godzin spędzonych przed telewizorem w latach 90. Łączy w sobie wszystko, co tamta dekada miała do zaoferowania i jest popkulturowym portretem swoich czasów. I jeśli pełny metraż Setha Gordona również uznać za takowy, to wszyscy powinniśmy gorzko zapłakać.

Baywatch. Słoneczny Patrol (2017) to w skrócie zbieranina głupich, kloacznych żartów. Reżyser korzysta z wielu różnych konwencji popularnych w latach 90. Na pierwszy plan wychodzi buddy movie, a wręcz formuła rozpowszechniona przez producenta Joela Silvera za sprawą 48 godzin (W. Hill, 1982) cop buddy movie, która w ostatniej dekadzie XX wieku osiągnęła szczyty sztampy. Bo nie ma innego wyjścia jak uznać głównych bohaterów za policjantów strzegących porządku na plaży. Walczą oni z prawdziwymi mundurowymi o jurysdykcję i okazują się lepsi w łapaniu przestępców. Mamy tu też czarnoskórego, poważnego ratownika, muszącego współpracować z nieopierzonym i gadatliwym białym.

Gordon od początku tworzy pewną legendę, bo zdaje sobie sprawę, do jakiego kultu nawiązuje i pragnie podkreślać to na każdym kroku, przerysowując oryginał do ekstremum. Mitch Buchanan (Dwayne Johnson) biega po plaży i wita się z kolejnymi ludźmi, a każdy z nich wspomina jak to ratownik, uratował kiedyś kogoś mu bliskiego. The Rock jest w tym miejscu niczym bóg, któremu wszyscy coś zawdzięczają. Otacza go niemal taki sam podziw, jakim widzowie darzyli serial pod koniec XX wieku.

Do oddziału ratowników dowodzonych przez Mitcha ma dołączyć trójka nowych ludzi. W tym lubiący się przechwalać i dobrze poimprezować medalista olimpijski Matt Brody (Zac Efron). Początkowo panowie nie przepadają za sobą i konkurują o tytuł władcy plaży. Z czasem jednak będą zmuszeni połączyć siły, aby pokonać demoniczną bizneswoman Victorię Leeds (Priyanka Chopra), rozprowadzającą narkotyki.

Fabuła nie jest tutaj jednak ważna, a liczy się dobra zabawa. Kiedy Baywatch. Słoneczny Patrol nie ocieka testosteronem, to opływa seksem. Aktorki eksponują swe wdzięki w strojach kąpielowych, opinających ich biusty i pośladki. Męskiej części widowni z pewnością przypadnie to do gustu, jednakże jeśli chodzi o urodę, to Alexandrze Daddario oraz Kelly Rohrbach daleko do dumnie paradujących po plaży seksbomb lat 90., czyli między innymi Pameli Anderson oraz Carmen Electry.

Dodatkowo Gordon rezygnując ze spójnej opowieści i przeprowadzenia nas z jednego punktu fabularnego do drugiego, pragnie rozebrać popkulturowy świat na części pierwsze. W ramach docinek Mitch przezywa Matta nazwami kiczowatych boysbandów, typu Jonas Brothers, NSYNC, czy tytułami głupiutkich filmów w tym… High School Musical (K. Ortega, 2006). Ich relacja przypomina przyjaźń między dr. Coxem (John C. McGinley), a J.D. (Zach Braff) z serialu Scrubs (B. Lawrence, 2001-2010).

Na celowniku reżysera jest również konwencja produkcji telewizyjnej, na jakiej oparł film. Nie brakuje autotematyzmu. Dziewczyny biegają po plaży w zwolnionym tempie, a panowie spoglądają na podskakujące piersi i zastanawiają się, czemu zawsze widzą spowolnione ruchy płci pięknej. A kiedy drużyna wymienia z jakimi sprawami miała do czynienia, wyjmując je wprost ze Słonecznego patrolu, Matt z niesmakiem mówi, że brzmi to jak scenariusz tandetnego serialu.

Obsada ewidentnie świetnie bawiła się na planie, a ich entuzjazm w sposób naturalny przechodzi na widza. Dwayne Johnson jest po prostu The Rockiem i to wystarcza, aby udźwignął całą produkcję, czyniąc ją nieco bardziej znośną. Niewiele odstaje od niego Zac Efron. Również igra z własnym wizerunkiem wyżelowanego chłoptasia i tworzy karykaturę samego siebie. W napisach początkowych zobaczycie także Davida Hasselhoffa. Nie odgrywa on jednak znaczącej roli. Tylko przez chwilę gości na ekranie, a jego występ stanowi kolejną cegiełką w budowaniu popkulturowego amalgamatu.

Niestety wszystkie plusy nikną gdzieś pod natłokiem głupich żartów o erekcji, penisach, czy ogólnie z podtekstem seksualnym. Gordon robi wszystko, aby rozbawić widzów kloacznym humorem, prostactwem i chamstwem. Podkreśla absurd świata przedstawionego grubą kreską, przez co rzeczywiście wywołuje salwy śmiechu, jednocześnie jednak wprowadzając widzów w zażenowanie.

Przez sprzeczne emocje pojawiające się w trakcie seansu ciężko jednoznacznie ocenić produkcję. Racjonalnie rzecz biorąc, żaden z żartów nie powinien śmieszyć, przynajmniej nie w takim stopniu. Mimo to ze względu na odnajdywanie kolejnych paralel ze współczesną i dawniejszą popkulturą, zabawa jest przednia. Co niżej podpisany przyznaje ze smutkiem.

Jeśli za dwadzieścia lat widzowie spojrzą na ten film, tak jak my na serial sprzed dwóch dekad, to prawdopodobnie zakwiczą i uronią nie do końca nostalgiczną łezkę, wiedząc, że mają do czynienia z reliktem minionej epoki. Epoki, w której króluje kiczowata, przyjemna muzyczka, wszyscy mają obsesję na punkcie swojego wyglądu i bawią ich tanie żarty z penisami. Baywatch. Słoneczny Patrol jako popkulturowy portret swoich czasów, wyciągnął z nich najgorsze aspekty. Mimo to Sethowi Gordonowi udaje się rozbawić współczesną widownię, więc powinniśmy zastanowić się nad naszym poczuciem humoru, póki nie jest jeszcze za późno.

Tekst opublikowany pierwotnie na portalu
rg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: