Miracleman

Chociaż Miracleman ma pozytywny wydźwięk i jest utworem przełomowym, jego recenzowanie wydaje się bezsensowne, gdyż mnogość wątków w nim zawartych i wpływ na rozwój opowieści superbohaterskich zasługują na wiele więcej miejsca, niż przeznaczono na ten tekst. Nie wspominając już o problemie z wybraniem metody opisu tego dzieła.

Ba, trudności nastręcza już nawet próba przypisania komiksu konkretnemu scenarzyście. Tytułową postać, pierwotnie nazwaną Marvelmanem, powołał do życia Mick Anglo w 1954 roku w Wielkiej Brytanii. Serię tę postanowiono zakończyć w roku 1963, ale w 1982 Dez Skinn zdecydował o jej wznowieniu, co miało miejsce na łamach jego magazynu „Warrior”. Za scenariusz odpowiadała osoba dzisiaj już owiana legendą, a każąca tytułować się Pierwotnym Scenarzystą (tylko jeden facet mógł na to wpaść, prawda?). Uszanuję tę decyzję i nie podam tutaj prawdziwego nazwiska. W ręce polskiego czytelnika trafia wydanie zbiorcze, zawierające szesnaście zeszytów Miraclemana jego autorstwa, powstałych, zanim bohater trafił na biurko innego uznanego twórcy, Neila Gaimana.

Powyższy rys historyczny przywołałem, aby pokrótce przybliżyć wyjątkowość tytułu, z jakim mamy do czynienia. Czeka nas ponad trzystustronicowy – używając popularnego anglicyzmu – mindfuck, porównywalny z tym, co fanom anime Neon Genesis Evangelion zaserwowali Hideaki Anno i Kazuya Tsuramaki w The End of Evangelion. Pierwotny Scenarzysta nie tylko trzęsie posadami świata stworzonego przez Micka Anglo, lecz także całą mitologią superbohaterską i kanonami gatunku, ustalonymi w latach 50. XX wieku. Do tego „niewinnego” okresu w dziejach komiksu autor nawiązuje bezpośrednio w swojej opowieści. Rozpoczyna ją przedrukiem jednej z klasycznych historii, by potem wyśmiać wszelkie naiwności znanej formuły. Kiedy Michael Moran opowiada swojej żonie Liz, w jaki sposób został Miraclemanem, ta nie jest w stanie powstrzymać śmiechu. Na kolejnych kartach odkryjemy, jak to wyglądało naprawdę.

Prostym zabiegiem wyjaśniono i uzasadniono wszelkie głupotki prezentowane przez twórców na przestrzeni lat. Tym samym scenarzysta nadaje komiksowi rys rewizjonistyczny, mający podważać to, co wiemy do tej pory – wszystko, co już poznaliśmy z różnorakich historii o herosach. Nagle wychodzi na jaw, że wcale nie są oni tacy nieskalani, jak myśleliśmy, nie zamieszkali na naszej planecie, aby nas bronić bez względu na wszystko, nie można ich uznać za bogów, za jakich ich bierzemy. Demitologizuje się wszelkie legendy, tak chętnie powtarzane przez różnego rodzaju wydawnictwa. Pojawia się również motyw kontroli superbohaterów. Autor pyta, czy pozbawieni takowej nie wykorzystają swoich mocy przeciwko nam.

Słuszne wydaje się w tym momencie pytanie o wspomniane wyjątkowość i przełomowość Miraclemana, skoro takie podejście do tematu nie jest już niczym nowym, a wręcz trąci myszką. Otóż seria powstała przed wydaniem innych rewizjonistycznych tytułów – zanim Frank Miller sięgnął po Batmana, a Alan Moore stworzył Strażników (zresztą dokonania obu mają wiele wspólnego z serią dotyczącą alter ego Morana). To Pierwotny Scenarzysta jako pierwszy postanowił zrzucić bogów z piedestału: złożyć im hołd, postawić pomnik, jednocześnie rozbierając go do samego postumentu. Zdejmuje maski i szuka pod nimi człowieka, czym podkreśla, że herosi mają dwie twarze. Do tej pory widzieliśmy tylko jedną: czystą i nieskazitelną, a teraz nadszedł czas na to drugie, brudne, targane namiętnościami oblicze.

W publikacjach dotyczących Miraclemana temat jego wpływu na rozwój medium i popkulturę poruszano wielokrotnie i analizowano na wszelkie możliwe sposoby. Z tego względu nie poświęcę temu problemowi więcej miejsca. Poza tym to nie superbohaterowie są w wydawnictwie najważniejsi. Tak naprawdę chodzi o człowieka, gdyż to on produkuje kolejne bożki. Scenarzysta krytykuje tworzenie mitów nie tylko znajdujących wyraz w postaciach z kolorowych zeszytów Marvela czy DC, lecz także nagminnie goszczących w jeszcze bardziej kolorowych czasopismach. Liz porównuje Miraclewoman do Marylin Monroe, ale jednocześnie strój superbohaterki, jej fryzura i rysy twarzy podejrzanie przypominają królową popu, czyli Madonnę, z okresu, kiedy powstawał komiks. Nie sposób wymienić wszystkich odniesień do popkultury, prezentowanych wprost bądź ukrytych w kolejnych planszach. To za jej sprawą w umysłach społeczności powstają obrazy bóstw, będących tak naprawdę zwyczajnymi ludźmi.

Drugi z tworzonych przez nas bogów to technologia, dzięki której zyskujemy nieograniczone moce. Za sprawą środków szybkiej komunikacji (telefonów, a dzisiaj także – i przede wszystkim – internetu) oraz mediów w każdej chwili możemy być w każdym miejscu na naszej planecie. W świecie ukazanym w utworze panuje obsesja na punkcie nowinek elektronicznych i możliwości komputerów. Z jednej strony ziszcza się cyberpunkowy koszmar, pokazany na ekranie chociażby przez (wtedy jeszcze) braci Wachowskich w Matrixie. Ludzie w komiksie swoje wspomnienia czerpią ze snów wytwarzanych przez szalonego doktora, gdy leżą w przeznaczonych do tego urządzeniach. Nie mają kontroli nad własnym życiem, a władzę nad nimi posiadają maszyny. Dzięki zakończeniu wydźwięk jest jednak o wiele bardziej pozytywny, niż w wielu (wszystkich?) dziełach tego nurtu.

Tak naprawdę Pierwotny Scenarzysta snuje opowieść o pokonywaniu własnych słabości i przezwyciężaniu barier, a przynajmniej podejmowaniu takowych prób. Temat ten pojawia się w różnych wątkach, ale najbardziej widać go w wewnętrznej walce trzynastoletniego Batesa, który boi się uwolnić Miraclemana, uwięzionego w jego głowie i pragnącego siać zniszczenie. Utwór zawiera również apoteozę człowieczeństwa i pochwałę ludzkiej siły w stawianiu czoła złu. Jesteśmy kowalami własnego losu, a bogowie tak naprawdę kryją się w nas samych. Jak to wykorzystamy, to już nasza sprawa, ale każdy może zwyciężyć przeciwności i osiągnąć harmonię. Taki pozytywny morał krzepi serce, ale przedstawiono go w sposób bardzo przewrotny.

Rysownicy, tak jak Pierwotny Scenarzysta w sferze werbalnej, przekroczyli wiele tabu w sferze wizualnej. Nie stronią od dosadnego pokazywania przemocy czy też jej efektów. Również nagości nie okrywa się tajemnicą i często gości ona w kadrach, co może wywołać podniecenie. Najbardziej zapada w pamięć połączenie obu tych tematów w scenie porodu, prezentowanej z naturalistycznym zacięciem. Cud narodzin z jednej strony jawi się jako najwznioślejsze z możliwych dokonań, niedostępne żadnej ze stworzonych maszyn, a z drugiej wywołuje odruch wymiotny. Takie paradoksy podkreślane są na każdym kroku, gdyż światem przedstawionym rządzą opozycje.

Ambiwalencja tropów interpretatorskich, zawarcie w utworze niezliczonej liczby wątków i podejmowanie wielu tematów czynią z Miraclemana dzieło niepowtarzalne, torujące Pierwotnemu Scenarzyście drogę do panteonu autorów komiksowych. We wstępie José Hartvig de Freitas napisał, że z punktu widzenia współczesnego czytelnika seria nie robi już takiego wrażenia, jak kilka dekad temu. Zdanie to jednak można spokojnie uznać za protekcjonalne, gdyż pomimo upływu lat wcale się nie postarzała i pozostaje aktualna, prawdopodobnie nawet bardziej niż w latach 80. ubiegłego wieku. Nie zatraciła nic ze swojej świeżości i w dalszym ciągu uchodzi za mokry sen wszelkiej maści futurystów.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

zcyklu

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

mc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: