Boss

Bryan Cranston kreuje agenta o swojsko brzmiącym nazwisku Roberta Mazura (czyt. Mejzor). Policjant w latach 80. ubiegłego wieku zinfiltrował organizację znanego publiczności z serialu Narcos (wielu twórców, 2015 -) Pablo Escobara. Spędzając pod przykrywką pół dekady poświęcił życie prywatne, aby zdobyć zaufanie handlarzy narkotyków. W tym czasie zaprzyjaźnił się z jednym z nich i niemal zatracił swoje człowieczeństwo. Jesteśmy świadkami jego walki o samoświadomość, ale w celu poznania kulisów całej akcji należałoby sięgnąć po książkę przedstawiciela prawa The Infiltrator.

W tym miejscu wypadałoby złożyć owacje na stojąco słynnej „polskiej szkole tłumaczenia tytułów”. W oryginale film nosi taką samą nazwę jak książka, co sugeruje zupełnie inną fabułę niż Boss (2016). Widz znad Wisły będzie oczekiwał kolejnej opowieści w stylu Człowieka z blizną (B. De Palma, 1983), czyli historii wzlotu i upadku przestępcy. Szybko jednak dotrze do niego, że diler nie jest tym, za kogo uchodzi, bo już w pierwszej scenie widzimy jak w policyjnej furgonetce ściągają z niego podsłuch. Scenariusz więcej wspólnego niż z Blow (T. Demme, 2001) ma z Donnie’im Brasco (M. Newell, 1997). Nadzieja na obserwowanie zatapiania się Mazura w świecie wielkich pieniędzy, władzy, przemocy i narkotyków jest jednak płonna. Furman pomija te aspekty, zarówno pieniądze, władzę, przemoc, jak i narkotyki wplatając w pojedynczych scenach. Do tego zamiast pokazywać mechanizmy pozwalające na ujęcie narkotykowych bossów, bardziej interesuje go główny bohater. I chociaż to nieco krzywdzące dla aktora, gdyż prawdopodobnie już zawsze będzie postrzegany przez pryzmat roli Waltera White’a, ciężko nie zauważyć paraleli z Breaking Bad (V. Gilligan, 2008-2013).

Podobnie jak w serialu Cranston oscyluje między dwiema osobowościami. Delikatnego, przywiązanego do rodziny mężczyzny, czułego ojca i męża, a brutalnego zbrodniarza. W jednej ze scen, aby nie spalić własnej przykrywki atakuje bogu ducha winnego kelnera, gdyż podczas świętowania rocznicy z żoną, dosiadł się do nich Gonzalo Mora Senior (Simón Andreu). Jego chwilowa przemiana przeraża Evelyn (Juliet Aubrey). W miarę rozwoju akcji Roberta Mazura zastępuje jego alter ego, Bob Musell. Rewers upadku i oddziaływania półświatka na osobowość, stanowi zyskiwanie człowieczeństwa u partnera protagonisty Emira Abreu (John Leguizamo). Początkowo postrzega swoją pracę jako grę i jest uzależniony od adrenaliny, nie zważa na niebezpieczeństwa. Dopiero kiedy prawda o jego tożsamości może wyjść na jaw, przejawia strach i zmienia swoje podejście. To znowu upodabnia Bossa do wspomnianej produkcji telewizyjnej, gdzie Jesse (Aaron Paul) w miarę przeistaczania White’a w Heisenberga, zyskiwał coraz większą wrażliwość. Reżyser nie ma jednak do dyspozycji pięciu sezonów, a musi zamknąć całą opowieść w dwóch godzinach. Niepotrzebnie próbuje ją ubarwić kliszami gatunkowymi, ponieważ nie potrafi przez to zaskoczyć i odhaczając kolejne obowiązkowe kwestie gubi się we własnej narracji.

O spójności można zapomnieć. Częste elipsy i brak informacji dotyczących upływającego czasu, czynią fabułę niezbyt przejrzystą, a jednocześnie osłabiają wydźwięk emocjonalny. Żadna z kwestii nie ma prawa dobrze wybrzmieć na ekranie, a niektóre ujęcia wprawiają wręcz w konfuzję. Wszystko to, aby zadowolić gusta komercyjnego widza. Scenariusz autorstwa matki reżysera od nieznośnej przeciętności oddziela oryginał, stanowiący kinowy samograj. Doświadczenia Mazura i ludzie, jakich poznał są na tyle ciekawi, że całość ogląda się z (co prawda) niewielkim zainteresowaniem, czekając na jakąś konkluzję. Jest to jednak teatralne czekanie na Godota albo Eskobara, bo chociaż Furman przed napisami końcowymi łopatologicznie w klasycznych informacjach dotyczących dalszych losów rzeczywistych postaci, wyjawia o co tak naprawdę chodziło, to nie można tego wywnioskować z samego rozwoju fabuły. Wprowadzane są kolejne postaci, ale nie mają one większego wpływu na fabułę.

Najbardziej zaprzepaszczony potencjał tkwił w Dominicu, granym przez znanego z Preachera (wielu twórców, 2016 –) Josepha Gilguna. Rzadko gości na ekranie, ale za każdym razem kradnie całe przedstawienie. Jego postać nie zostaje rozwinięta, stanowi jednak haczyk na widownię. Portret rysowany jest dosadnie za sprawą kilku krótkich scen, w których aktor robi wszystko, aby zwrócić na siebie uwagę, stąpając po granicy karykatury. Zresztą wiele epizodów ratują odtwórcy ról. Wnoszą swoimi kreacjami nieco zniuansowania do sztampowej narracji.

W Bossie głównie brakuje zdecydowania na obranie jednej ścieżki. Zamiast tego jesteśmy częstowani oklepanymi zabiegami nadawania ludzkiego wymiaru przestępczej rzeczywistości. Brad Furman próbuje pokazać wewnętrzne walki kolejnych osób i zwrócić naszą uwagę na nudniejszą stronę pracy pod przykrywką. Bo zamiast strzelanin i wciągania kolejnych kresek, chce wyeksponować metody prania pieniędzy. I może gdyby poprzestał na tym, minimalizując i tak niewielką widowiskowość, wyglądałoby to lepiej. Skupienie na przeglądaniu papierów, zamiast wartkiej akcji sprawdziło się przecież chociażby we włoskich Uno Bianca (M. Soavi, 2001) czy Obstawie (R. Tognazzi, 1993). Tymczasem nie ma ani tej „nudy”, ani efektownych akcji. Otrzymujemy zjadliwą papkę, której seans nie sprawi bólu i szybko minie, ale też nie wniesie do tematu niczego nowego.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: