Nieznajomy z Mojave

W swoim debiucie reżyserskim William Monahan korzysta z narracji charakterystycznych dla podgatunku thrillera, określanego jako home invasion. Jak sama nazwa wskazuje, chodzi o filmy, w których bohaterowie są atakowani we własnym domu. W Nieznajomym z Mojave (2016) inwazję na miejsce zamieszkania spycha na drugi plan, a eksponuje wpływ agresora na życie głównego bohatera.

Thomas (Garrett Hedlund) jest słynnym hollywoodzkim scenarzystą i reżyserem. Jak sam mówi w wywiadzie prezentowanym na początku opowieści – sławę zdobył już w wieku dziewiętnastu lat. Aktualnie zmaga się z depresją i postanawia wyjechać na tytułową pustynię, aby poukładać myśli. Będąc na pustkowiu spotyka tajemniczego trapera Jacka (Oscar Isaac). W wyniku nieszczęśliwych wypadków przybysz zacznie go prześladować.

Jesteśmy świadkami męskiego pojedynku, między człowiekiem mającym wszystko, a nieposiadającym niczego. Temu pierwszemu zdaje się nie zależeć na własnych dobrach, bo często pyta o to, czego pragnie osoba, która spełniła wszystkie swoje zachcianki. Sprawia przez to wrażenie znudzonego, poszukującego nowych emocji. Do walki staje bez większego strachu i z pewnością siebie patrzy w oczy wielokrotnemu mordercy. W ten sposób krytykowany jest świat zepsutych bogaczy. Jego krajobraz uzupełnia Milly (Louise Bourgoin), czyli słynna aktorka i symbol seksu. Kobieta ignoruje wszelkie ostrzeżenia Thomasa, a Jacka traktuje jak kolejnego fana i spogląda na niego beznamiętnie.

Traper natomiast jest całkowitym przeciwieństwem głównego bohatera. Ma za sobą trudne przejścia i ciężki bagaż emocjonalny. Nie wiadomo skąd przybył, cytuje Szekspira i Biblię oraz porównuje się do szatana. Odczytując postać alegorycznie łatwo uznać go za ucieleśnienie demonów Thomasa, do czego zachęca jedna z końcowych scen. Starcie przybiera formę symbolicznego pojedynku z własną chorobą, która musi zostać pokonana, aby protagonista mógł docenić to, co posiada. Jack jest godnym przeciwnikiem – inteligentnym, oczytanym, nieugiętym i wyjątkowo sprytnym. Pragnie zasmakować życia oponenta, a jednocześnie wyraża własnymi ustami myśli samobójcze rywala, w powtarzanym często słynnym pytaniu „być albo nie być”.

Pojedynek ze sfery fabularnej, przechodzi na grunt pozafilmowy za sprawą dwójki konkurujących aktorów. Oscar Isaac jest doskonały w każdej scenie. Pozwala sobie na eksperymenty, przerysowując postać i tworząc emocjonalną karykaturę. Nadmiernie ekspresywnymi gestami i mimiką eksponuje szaleństwo drążące bohatera. Będąc samemu na ekranie, o wiele gorzej wypada Garrett Hedlund. Sprawia wtedy wrażenie zagubionego i pozbawionego wyrazu. W jego kreacji nie wybrzmiewa nawet nuda i zmęczenie, a raczej przypadkowe, niekoniecznie pasujące do scenariusza uczucia. Co innego kiedy panowie stają razem przed kamerą. Szaleństwo Jacka wpływa na portretowanie Thomasa. Obaj odtwórcy przesadzają wtedy z przedstawianiem złości, czy wzajemnej niechęci i kreują skrajne portrety psychologiczne, próbując prześcigać się w prezentowaniu warsztatu. Jeśli chodzi o drugie plany i słynne nazwiska to Mark Wahlberg odgrywa Marka Wahlberga i nie ma sensu więcej pisać na jego temat. Najwięcej uwagi przykuwa natomiast Walton Goggins. Jako agent artysty stonowanym zachowaniem i spokojem podkreśla, jak bardzo ma dość użerania z gwiazdami i nie interesują go konwenanse, albo po prostu ma kaca. W każdym epizodzie kradnie całe show.

Monahan znany jako scenarzysta Królestwa niebieskiego (R. Scott, 2005), czy Infiltracji (M. Scorsese, 2006), postawił wszystko na jedną kartę, chcąc oprzeć siłę przekazu na słowach i grze aktorów. Tym samym obnażył własne braki warsztatowe i pozwolił niekiedy bić teatralności po oczach. Ze względu na ograniczoną liczbę postaci i nałożenie nacisku na dialogi, opowieść o wiele lepiej sprawdzałaby się w teatrze. Wydłużane kwestie męczą i często nie wnoszą niczego nowego, jednocześnie grubą kreską podkreślając znaczenie danych wydarzeń i uwalniając szare komórki odbiorcy od obowiązku interpretacji. Nieraz przesadza w dosadności wykorzystywanych metafor, między innymi odnosząc pustynię do życia głównego bohatera. Używając tych pejzaży próbuje zmusić nas do przemyśleń, niczym twórcy amerykańskiego kina drogi, po czym ustami postaci wypowiada swoje zamiary. Debiutującego reżysera najbardziej interesuje tekst, przez co zapomina o pozostałych elementach, tworzących dobrze skonstruowaną filmową narrację. Bo to, co sprawnie funkcjonuje na papierze, bądź funkcjonowałoby na scenie, niekoniecznie musi równie dobrze wyglądać na ekranie.

Ostatnie padające w produkcji zdanie, brzmi „A co z moimi zaletami?” Williama Monahana ratuje doświadczenie odtwórców ról, potrafiących przykuć uwagę widza. Chociaż ich metafizycznym wypowiedziom daleko do pasjonujących dialogów o niczym u Quentina Tarantino, udaje im się coś, nawet jeśli jest tego niewiele, przekazać. Wymienione na początku plusy, przyćmiewają wspomniane później minusy i półtoragodzinny seans można zaliczyć do udanych. Z Nieznajomego z Mojave wyszedł thriller nieco lepszy od wielu podobnych przedstawicieli gatunku, idealny na niezobowiązujący seans w niedzielne popołudnie.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: