Tancerka

Stéphanie Di Giusto przedstawia życie kobiety, do której stóp padali bracia Lumière, Toulouse-Lautrec i Auguste Rodin. Przynajmniej tak wynika z licznych opisów filmu, gdyż nie można tego wynieść z samej produkcji. Wszystkie warte wyeksponowania wątki z życia Loïe spychane są na dalsze plany. Tancerce (2016) brakuje animuszu, artystycznego samozaparcia i innowacyjności charakterystycznych dla rzeczywistych dokonań głównej bohaterki.

Debiutująca reżyserka sięga po historię Marie-Louise Fuller (Soko). Artystka na przełomie XIX i XX wieku zdobyła francuskie salony. Urodziła się na amerykańskiej prowincji, a jej życie nie było usłane różami. Dzięki znajomości z hrabią Louisem d’Orsayem (Gaspard Ulliel) mogła wyjechać do Europy, gdzie rozpoczęła intensywną karierę tancerki. Po pewnym czasie wzięła pod swoją pieczę Isadorę (Lily-Rose Melody Depp), która doprowadziła ją do zguby.

Di Giusto kreśli portret kobiety nigdy niespuszczającej wzroku ze swojego celu. Na początku Marie-Louise mówi o upragnionej sławie i każde działanie ma przybliżyć ją do osiągnięcia sukcesu. Nie zraża się niepowodzeniami, ani nieprzychylnymi opiniami. Jednocześnie subtelnie sugerowana jest jej niewinność. Stroni od alkoholu, wszelkich używek i naiwnie wierzy ludziom. Zwykle nosi białe stroje, co przybliża ją do figury anielskiej. Do tego następuje jej deseksualizacja. Ubrania nie podkreślają kobiecych kształtów bohaterki, a kiedy już dochodzi do stosunku, trwa on krótko i brakuje w nim zmysłowości. Nigdy też sama nie próbuje używać ciała. Jest nim wręcz zawstydzona, o czym świadczy scena, kiedy nie chce stanąć przed publicznością po występie, będąc przekonaną, że ta kocha ją tylko podczas tańca.

W opozycji przedstawiana jest Isadora. Od wprowadzenia postaci do opowieści, nasuwane są wątpliwości co do jej czystych intencji, wprost wyrażane przez hrabiego. Dziewczyna kłamie i manipuluje, próbując zbliżyć się do swojej mentorki, ponieważ ta stanowi przepustkę do świata sławy. Nie chce ciężko pracować i woli wykorzystywać wszystkie swoje atuty, aby ułatwić sobie wejście na szczyt. Jesteśmy świadkami pojedynku dwóch damskich osobowości, przybierającego formę uwodzenia. Uwodzenia z jednej strony w konkretnym, przynoszącym korzyści celu, a z drugiej z powodu prawdziwego uczucia i fascynacji.

Ani kontrast, ani walka o dominację nie zostają odpowiednio podkreślone, a są jedynie nasuwane w pojedynczych scenach. Rozpływają się gdzieś w podawanych z kamienną twarzą biograficznych kliszach. Gatunkowa sztampa przyćmiewa wszelkie interesujące motywy, gdyż w scenariuszu odhaczono każdą, obowiązkową kwestię. Od trudnego dorastania, przez bycie wykorzystywaną seksualnie, przybycie księcia z bajki, dotarcie na szczyt, wyniszczające uczucie, etc. Każdy z tych wątków następuje w odpowiednim momencie, trwa dopóki nie nadejdzie pora na kolejny i tak dochodzimy do przewidywalnego zakończenia. Nawet koncepcję strzelby Czechowa potraktowano tutaj dosłownie.

Nieco efektowności i zniuansowania Marie-Louise Fuller dodaje kreująca ją Stéphanie Sokolinski, używająca pseudonimu Soko. W przeciwieństwie do reżyserki próbuje eksperymentować i ubarwić swoją postać, proponując ambiwalentne tropy co do interpretacji poszczególnych scen. Zwykle jest powściągliwa i oszczędna w gestach, ale nieraz próbuje dosadniej wyrazić targające bohaterką emocje. Rozumie co Loïe musiała ukrywać przed ludźmi z branży i jaką grę prowadzić, a także pozwala temu wybrzmieć na ekranie. Wciela się osobę samotną, złamaną i spragnioną akceptacji, muszącą jednocześnie udawać silną i niepokonaną artystkę, która w imię sztuki zrobi wszystko.

Od dna film oddzielają jeszcze tylko zdjęcia. Odpowiada za nie Benoît Debie, znany z pracy przy Spring Beakers (H. Korine, 2012), Wkraczając w pustkę (G. Noé, 2009), czy Lost River (R. Gosling, 2014). Wybrałem akurat te tytuły, aby przybliżyć poetykę z jaką mamy do czynienia, gdyż operator ponownie poszukuje (co prawda mniej otwarcie) surrealizmu w przedstawianej i dość dobrze znanej rzeczywistości. Tym razem wykorzystuje w tym celu sielskie pejzaże lasu dookoła posiadłości należącej do hrabiego oraz topiąc kadry w porannej mgle. Dzięki temu ćwiczące na polanie tancerki, wydają się wyjętymi ze snu rusałkami. Świat przedstawiony nabiera sznytu poetyckości i artystycznych ambicji.

Niestety w ogólnym rozrachunku z artystycznych ambicji wychodzą jedynie artystyczne pretensje. Filmowy potencjał występów Loïe nie zostaje wykorzystany. Są one potraktowane po macoszemu. Reżyserka rozpala jedynie apetyt widza na więcej, przerywając swoją opowieść krótkimi wstawkami przedstawiającymi taniec na scenie. Wszelki inny, dostrzegalny potencjał również gdzieś przepada. Seans Tancerki nie zapisze się w pamięci. Ot obejrzeliśmy kolejną biografię, jakich wiele. Próżno tu szukać oryginalności, a co gorsza równie próżno mieć nadzieję, że osoby nieznające wcześniej tytułowej postaci, zechcą poszukać o niej dodatkowych informacji. Stéphanie Di Giusto  popełnia te same grzechy co Nir Bergman w przypadku Yony (2014). Obydwoje mieli fascynujące historie niemożliwych do zaszufladkowania kobiet, które w swoich czasach pokazywały środkowy palec patriarchatowi i pluły na wszelkie konwenanse, a zaproponowali produkcje schematyczne, redukowalne do jednego wzoru.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rgZa seans dziękuję dystrybutorowi

solo

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: