Saga. Volume Five – Brian K. Vaughan i Fiona Staples

Jakże mi wstyd. Niczym mały dzieciak dałem się nabić w butelkę (używam eufemizmu, gdyż nie chcę przeklinać, jak robią to bohaterowie omawianego komiksu). Wierzyłem, że Brian K. Vaughan i Fiona Staples poszli w komercję i po czwartym tomie Sagi, seria będzie coraz grzeczniejsza i nudniejsza. Nie wziąłem pod uwagę wyrozumiałości twórców, chcących dać czytelnikowi zaczerpnąć oddechu przed piątym wydaniem zbiorczym.

Stosując nomenklaturę serialową – poprzedni album przybrał kształt zwyczajnego bottle episode. W produkcjach telewizyjnych oznacza to odcinek stopujący akcję, powstały z powodu braków budżetowych, gdyż pieniądze zostały wydane na jakiś wielki wybuch w kolejnym, a przecież liczba epizodów w danej serii musi się zgadzać. Pretekst do jego realizacji może być także zupełnie inny. Chociaż takie retardacje często wywołują oburzenie widzów (czy też rzucanie wulgaryzmami pod nosem, których lepiej nie powtarzać), nie warto odpuszczać i należy czekać na ciąg dalszy. Saga stanowi doskonały tego przykład, bo jak inaczej odczytywać tytuł, jeśli nie w kategoriach małoekranowej formuły? Przy czwartym tomie mieliśmy do czynienia z pełnoprawną telenowelą, a tym razem nadszedł czas na czystą akcję. Czekają nas awanturnicze przygody, mordobicia i strzelaniny w kosmicznej otoczce, dla urozmaicenia podlane rodzinnym melodramatem. Nie brakuje również specyficznego wykorzystywania klasycznych klisz gatunkowych.

Kobiety zostały porwane. Dante przetrzymuje Alanę, Klarę i Hazel wbrew ich woli na drzewnym statku. Jednak jak twierdzi babcia – są one żołnierzami, a nie panienkami w opałach (oczywiście w swojej wypowiedzi używa przekleństwa, ale z grzeczności je pomijam). Słaba płeć postanawia więc walczyć, co niesie dwojakie konsekwencje. Czyli autorzy w dalszym ciągu w głębokim poważaniu mają role genderowe. Tym samym, co nawet ważniejsze, podważają zasady rządzące klasycznymi przedstawicielami gatunku. Susan A. George w artykule Science Fiction Film: Nineteenth and Twentieth Centuries ze zbioru Women in Science Fiction and Fanstasy zwraca uwagę, że w science fiction słaba płeć często była przedstawiana jako tło dla mężczyzn muszących walczyć z kosmitami, a kiedy wpadały w tarapaty czekały bezczynnie na ratunek. W opowieści snutej przez Vaughana, chętnie przejmują pałeczkę i kojarzone są z cechami typowo męskimi.

Dzięki wątkowi z Gwendolyn, Płonącą i młodocianą, byłą prostytutką z Sextylionu poszukujących lekarstwa na rany Upartego, science fiction przeplatane jest z fantasy jeszcze bardziej ewidentnie niż dotychczas. Wyeksponowane są prawdy dotyczące gatunku przedstawione w analizującym jego historyczną i obecną strukturę artykule Andrzeja Sapkowskiego Piróg, albo Nie ma złota w szarych górach. Vaughan skłania się ku przewrotnemu pastiszowi i znanemu motywowi podróży, mającej charakter inicjacyjny. Nauka oczywiście będzie bardzo bolesna i kosztowna (co podkreślono odpowiednimi wulgaryzmami, ale nie będę ich przytaczał). I chociaż prawdopodobnie nie pominięto żadnych klisz, to nie brakuje prześmiewczości w ich wykorzystywaniu, gdyż w tym wypadku w górach na pewno nie ma złota. Spływa ono na bohaterki zanim do nich dotrą.

Scenarzysta garściami czerpie z różnych form, ale pilnuje, aby jego dzieła nie można było zamknąć w żadnej z nich. Schematy i stereotypy odwraca na lewą stronę, nieraz je negując. Cechy charakteru łączone z danym wyglądem, czy sposobem ubioru wcale nie muszą się sprawdzać, gdyż nawet miłe, ciche i nieśmiałe stworzenie do tej pory jedynie pasące morsy (?) skrywa niebezpieczną tajemnicę. Z drugiej strony największe i najgroźniejsze kreatury mogą w rzeczywistości być miłe i spokojne, a także wyjątkowo cywilizowane. W tej space operze absurd goni absurd, z czego nawet Vaughan zdaje sobie sprawę. Dystans i ironia wprowadzane są za sprawą narratorki. Oj tak, Hazel jest w formie lepszej niż kiedykolwiek wcześniej. Rzuca wulgaryzmami na lewo i prawo (nie będę ich powtarzał) i z czarnym poczuciem humoru prezentuje kolejne epizody.

Nie chcąc robić z siebie osoby całkowicie pozbawionej ludzkiego charakteru, dodaje nieco sentymentalizmu i wprost eksplikuje (i nawet nie używa przekleństw, których nie przytaczam) główny temat piątego tomu, nie zmuszając szarych komórek czytelników do zbyt wytężonej pracy interpretatorskiej. Chodzi o poświęcenie związane z rodzicielstwem. Ale nie ma sensu rozwijać tego wątku, gdyż wszystko znajduje się na kartach komiksu. Warto jedynie napomknąć, że motywy relacji dzieci z matkami i ojcami, a szczególnie tymi ostatnimi, zostają podkreślone. Przeanalizowane są różne ich odmiany, czy to brak obecności takowego, czy też wychowywanie potomka twardą ręką.

Twórcy kontynuują podejmowane bądź sygnalizowane wcześniej kwestie, rozwijając je lub zamykając. Rysunki wciąż są bajkowe i niewspółgrające z buntowniczą treścią, etc. O tym już przecież kiedyś pisałem, wychwalając prace Fiony Staples pod niebiosa. Zrobię to ponownie, ponieważ obrazoburczość zasługuje w tym wypadku na szczególną uwagę. Artystka wypełnia plansze obrzydliwymi kadrami. O ile zwykle na stronach umieszczono ich około sześciu, to niekiedy jeden wyraża więcej niż tysiąc innych (także słów bądź przekleństw). W żaden sposób nie rozbija to sekwencyjności. Kolejne ujęcia ułożono tak, aby na koniec sceny zaskoczyć czytelnika i dać mu prztyczka w nos, za oczekiwanie czegoś zupełnie innego.

Słowo „zaskoczenie” najlepiej podsumowuje omawiany album. Poprzednie zeszyty nie były w stanie przygotować nas na to, co teraz widać i słychać (chodzi o niepowtarzane przeze mnie wulgaryzmy). Twórcy dociskają pedał gazu zarówno w sferze wizualnej, jak i werbalnej. Można było podejrzewać, że pójdą w zupełnie inną stronę. W końcu akcja przypominała raz opadającą, raz wznoszącą się sinusoidę. Tym razem od początku do końca jest szybko, brutalnie, ostro i podeptane zostają wszelkie świętości. Dodatkowo prawdopodobnie podczas lektury przydatna będzie torba na wymioty. Karty zalewane są posoką i różnymi innymi wydzielinami, bo nic co ludzkie (kosmiczne) nie jest nikomu w fabule obce.

Brian K. Vaughan i Fiona Staples dobrze wiedzieli co robią stopując akcję i uciekając się do retardacji w czwartym wydaniu zbiorczym. Zresztą to nie pierwszy raz. Każdy kolejny album kontrastuje ze swoim poprzednikiem pod względem tempa. Krwawą wojnę w następnym zastępuje pozorny spokój, po to by, jeszcze w nadchodzącym wróciły brutalne walki. Pewnym krokiem przekraczane są granice dobrego smaku i Saga. Tom piąty to nic innego jak pokazanie środkowego palca wszystkim, którzy myśleli, że komiksy są dla dzieci. Komiksy mogą być opowiadane przez dzieci wyśmiewające konwenanse i prowadzące narrację spontanicznie oraz wyrywkowo. Za sprawą Hazel opowieść jest dokładnie taka jak ona sama; niedojrzała, zbuntowana, sarkastyczna i zwariowana na tym samym poziomie co Yuma naćpana, czyli „w chuj”… Przepraszam, bardzo zwariowana.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rgZa egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

mc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: