Sully

Sully (2016) jest jak Airbus podczas tragicznego kursu 1549. Startuje bez problemów, wznosi się, ale zanim osiągnie właściwą wysokość padają mu oba silniki i kończy na dnie przeciętności. Winę za to ponosi chęć pokrzepienia amerykańskich serc; dodania nadziei mieszkańcom Stanów Zjednoczonych w tych trudnych dla nich czasach, a jednocześnie brak konsekwencji w przekazywaniu idei znanych już z poprzednich dzieł Clinta Eastwooda.

Film nie posiada wielu punktów stycznych z książką Sully Chelseya B. „Sully’ego” Sullenbergera III i Jeffreya Zaslowa. Produkcja jest raczej jej kontynuacją, a jednocześnie rewersem. Reżysera nie interesuje wcześniejsze życie tytułowego bohatera (Tom Hanks), jego dotychczasowe doświadczenia, sprawy rodzinne i prawdy jakie ma do przekazania, ale to co zaszło po katastrofie; sposób potraktowania kapitana samolotu. O ile w prozie tworzono legendę osoby, która ciężką pracą doszła do perfekcji w swojej dziedzinie, o tyle w kinie następuje jej dekonstrukcja; pokazanie, że nie wszyscy wierzyli w nieskazitelność pilota, będącego wraz z pierwszym oficerem przesłuchiwanym przed specjalną komisją powołaną przez linie lotnicze. Śledczy mają zdecydować, czy można oskarżyć załogę o podjęcie złych decyzji i zrzucić na nich winę za narażenie życia pasażerów oraz zniszczenie maszyny. Opinia publiczna wynosi lotników na świeczniki, a przesłuchujący mieszają z błotem. Sami zainteresowani muszą zmierzyć się nie tylko z nowym statusem społecznym i nieprzychylnymi przedstawicielami swojej branży, ale również traumą.

Podczas pierwszej połowy opowieści Eastwood robi dokładnie to, na co miałem nadzieję czytając książkę, będącą na wskroś przesiąkniętą pochwałą ciężkiej pracy, uczciwości i jednocześnie Ameryki. Mówię o zniuansowaniu i dodaniu historii artystycznego zacięcia; ubarwieniu jej subtelnymi antyamerykańskimi wstawkami. Bo przecież reżyser jest znany ze swojej krytyki „najwspanialszego kraju na świecie”. W tym przypadku zawiera ją w sposób analogiczny do znanego ze Snajpera (2014), gdzie podkreślając subtelne gesty, zwracał uwagę na załamanie Chrisa Kyle’a (Bradley Cooper). Sully’emu tak samo jak żołnierzowi drżą ręce i nie może on poradzić sobie ze wspomnieniami; rany nie zabliźniają się, szkody na psychice są nieodwracalne. Ponownie mamy więc do czynienia z protagonistą zniszczonym, który zostaje ukarany za wypełnienie swoich zobowiązań, a rząd nie ułatwia mu powrotu do normalnego życia; system wywołuje jeszcze więcej cierpień. Stany Zjednoczone szybko zapominają o zasługach swoich obywateli, pozostawiają ich samym sobie.

Twórcy podkreślają nie tylko traumę pilotów, ale również tę drążącą zwyczajnych ludzi. Cały naród wciąż próbuje pozbierać się po jedenastym września 2001 roku. Zamach na World Trade Center pomimo upływu czasu jest dla nich niesamowicie blisko, a jego echa strasznie głośne (tak, chciałem nawiązać do innego filmu z udziałem Toma Hanksa). Już na początku Sully’ego bohater śni, że wlatuje samolotem w budynek. Następnie przez cały seans przemykają ujęcia nasuwające skojarzenia z atakiem na Twin Towers. Ludzie są przerażeni widząc opadający samolot; nie wiedzą dokąd zmierza, a sytuacja niebezpiecznie przypomina zamachy z początku wieku. Kraj, tak jak postaci, został zraniony i społeczeństwo w dalszym ciągu próbuje ruszyć naprzód.

Za sprawą scen pokazujących pojedynczych świadków patrzących na nietypowy lot maszyny, nasunięta zostaje uniwersalność urazu, a także temat przypadkowości. Obserwować katastrofę mógł każdy inny, za sterami mógł siedzieć ktokolwiek inny, a wtedy sytuacja miałaby tragiczne zakończenie; pasażerami mogliby być inni ludzie i zupełnie inni mogliby być w pobliżu miejsca wodowania, a jednocześnie każdy inny mógłby pomóc. Przypadek odgrywa znaczącą rolę, ale za sprawą wprowadzenia szeregu postaci mających raczej znikomy wpływ na rozwój akcji, opowieść traci spójność. Epizodyczni bohaterowie nic nie wnoszą swoją obecnością. Ot zapełniają świat przedstawiony, aby ten sprawiał wrażenie bardziej żywego, a sceny z ich udziałem spełniają w scenariuszu obowiązek wypełnienia czasu ekranowego.

W drugiej połowie filmu tematyka traumy zanika i Eastwood pewnym krokiem przekracza granice sztampy, prezentując kolejną historię o niesłusznym oskarżeniu i Ameryce będącej w gruncie rzeczy wspaniałym miejscem, w którym to obywatel stanowi najważniejsze ogniwo. Czynnik ludzki to kluczowy składnik systemu i nie zastąpi go żadna technologia. Człowiek z założenia jest dobry i chętny nieść pomoc, a kiedy popełni błąd przeprosi i go naprawi. Po chwili zastanowienia nachodzi jednak przerażająca konkluzja, jakoby reżyser był już zmęczony toczoną od ponad pięćdziesięciu lat wojną z rzeczonym ustrojem; pokazywaniem Stanów Zjednoczonych jako organizmu w trakcie rozpadu. Chyba uklęknął przed przeciwnikami, uznając ich wyższość i postanowił zaznać spokoju ducha na starość.

Przyglądając się dotychczasowej działalności artystycznej, ciężko nazwać go prawicowcem; ba nawet stawianie po tej stronie politycznej postaci brudnego Harry’ego byłoby zdecydowanym nadużyciem (czego dowodzi analiza Elżbiety Durys w książce Amerykańskie popularne kino policyjne 1970-2000). Daleko mi do zainteresowania sympatiami Eastwooda. Wspominam o tym, gdyż prawdopodobnie najlepszym kontekstem, w jakim należy odczytywać Sully’ego jest gorący okres jego powstania. Do takich interpretacji nakłania chociażby rozwiązanie spadające na protagonistę niczym grom z jasnego nieba; wprost podawana jest istota brania pod uwagę wyczucia czasu, co w tym wypadku stanowi nieznośną deus ex machinę. U nas produkcja miała premierę na początku grudnia, już po rozstrzygniętych wyborach prezydenckich. Na początku września, kiedy gościł w amerykańskich kinach, potyczka biznesmena z Hilary Clinton była jeszcze nierozwiązana. Zdjęcia rozpoczęto rok wcześniej, a dokładniej kilka miesięcy po ogłoszeniu przez miliardera, że będzie próbował zostać kandydatem republikanów. Oczywiście pozostajemy w sferze domysłów, ale może właśnie przez te wydarzenia twórca postanowił dodać rodakom otuchy i zrezygnować z krytyki kraju; przedstawić po jakich wydarzeniach społeczeństwo wciąż trwa pełne nadziei i nie powinno drżeć przed Donaldem Trumpem.

W przeciwieństwie do reżysera pełen energii i w doskonałej kondycji wydaje się Tom Hanks. Po ponad dwóch dekadach od premiery Forresta Gumpa (R. Zemeckis, 1994) znowu biega, aby uczynić Amerykę wielką (zbieżność z pewnym hasłem zupełnie przypadkowa). Właściwie to jako kapitan uprawia hobbystycznie jogging, chcąc uporządkować myśli przed przesłuchaniem. Ostatnie decyzje zawodowe aktora,  potwierdzają jego pozycję naczelnego chłopaka z sąsiedztwa stojącego na straży american dream i najważniejszych wartości głoszonych przez Stany Zjednoczone. Ponownie kreuje zwyczajnego faceta, w nadzwyczajnej sytuacji. W skrócie: Tom Hanks jest Tomem Hanksem, tylko tym razem ma wspaniałego, siwego wąsa.

Sully jest filmem, w którym twórcy podejmują wiele wątków i równie wiele porzucają kiedy im wygodnie. Nie mają żadnych oryginalnych tez do przekazania, a co więcej niedokładnie rozwijają nawet te zupełnie nieoryginalne. Artystyczny pazur Clinta Eastwooda w miarę rozwoju akcji ulega przytępieniu. Bunt zastępuje konformizm; krytykę – pochwała rzeczywistości. W efekcie produkcja wylatuje z pamięci wraz z opuszczeniem sali kinowej. Równie dobrze mogłaby spocząć na dnie rzeki Hudson obok wraku samolotu i nikogo by to nie obeszło. To nic więcej jak następny hollywoodzki tytuł obejrzany w multipleksie z dużym popcornem i jeszcze większą Coca Colą. God bless America!

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rgZa seans dziękuję sieci kin

cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: