Matka jest tylko jedna

Prezentowanie w jednym filmie historii wielu, pozornie niezwiązanych ze sobą osób, to ciekawy sposób narracji; nie stanowi jednak wartości samej w sobie. Debiutanci powinni wystrzegać się tego środka wyrazu jak ognia i wcześniej posiąść tajemną wiedzę opowiadania w klasyczny sposób. Na korzyść mojej tezy przemawia przypadek produkcji Matka jest tylko jedna.

Zebrane, pojedyncze historie powinny się w końcu przeciąć i stworzyć spójną całość. Istnieje niezliczona ilość sposobów, aby do tego doszło; czy to za sprawą przedmiotu (Babel), nadchodzącego wydarzenia (11:14), czy prezentując jedną ideę (Kod nieznany). Jak prowadzić opowieść, aby nic takiego nie miało miejsca, pokazuje w swoim debiucie fabularnym Paul Duddridge. Tematycznie łącząc losy poszczególnych bohaterów, reżyser próbuje pójść w ślady Michaela Haneke i ostatniego wymienionego tytułu. I jeśli Austriak umieścił klucz do zrozumienia swojego filmu w klamrze ściskającej epizody, a tylko subtelnie nasunął go w tytule, tak Brytyjczyk obnaża wszystko co ma do powiedzenia wyłącznie za sprawą nazwy, nie pozostawiając żadnego pola do interpretacji. Łopatologicznie próbuje przedstawić istotę relacji z matką, jednak żadna z etiud nie zostaje dobrze rozwinięta, a wszystkie razem stanowią naiwną, tautologiczną i niekoherentną opowieść.

Rigby (Selma Blair) żyje sobie szczęśliwie jako fotografka, dopóki nie otrzymuje wiadomości o zajściu w niechcianą ciążę. Decyzje Layly (Alexandra Daniels) nie napawają Niny (Sharon Stone) dumą. Georgina (Mira Sorvino) oddała swoją latorośl do adopcji dwadzieścia trzy lata temu i zaczyna mieć wyrzuty sumienia. Beth (Courtney Cox) wyznaje swoim dzieciom, że nie jest ich siostrą tylko matką, a Kevin (Paul Wesley) ma problemy z kobietami, bo zbyt wcześnie opuścił swoją rodzicielkę, etc. Tak w skrócie wygląda prezentacja podejmowanego tematu. Skojarzenia z tanią telenowelą jak najbardziej na miejscu. Nasuwają się one nie tylko ze względu na fabułę, ale również przez sposób narracji. Dany wątek przerywany jest w najbardziej emocjonującym momencie, tylko po to, aby powrócić, kiedy następny osiągnie apogeum i tak w nieskończoność.

Szczerze mówiąc wszystko w kwestii produkcji zostało już powiedziane, dlatego powinienem kończyć swój tekst. Matka jest tylko jedna należy do tego rodzaju filmów, o których zapomina się wraz z pojawieniem napisów końcowych, a po seansie brakuje ochoty, żeby o nich mówić. Niestety wymóg objętości recenzji jest nieubłagalny, więc w dalszej części swojego wywodu spróbuję wyeksplikować dlaczego Duddridge słabym, nieposiadającym stylu, ani odwagi reżyserem jest, a jedyny element mogący być powodem, aby obejrzeć to kuriozum, nie zdał egzaminu i stanowi najwyżej wabik na widownię; bądź inaczej niespełnioną obietnicę.

Bohaterowie sprawiają wrażenie głupszych odpowiedników nastolatków z filmów Johna Hughesa; są dorośli, a mimo to nie do końca zdecydowani i samoświadomi. Posiadają mentalność osób dojrzewających, co – jak pokazują produkcje sygnowane nazwiskiem Judda Apatowa – wcale nie musiałoby być takie złe, gdyby nie byli oni tacy ckliwi. Nagle, z niezrozumiałych dla widza powodów, postanawiają uregulować swoje relacje z najbliższą rodziną. O psychologicznym uzasadnieniu można zapomnieć, podobnie jak o zaskoczeniu. Twórca dotyka powierzchni odmętów psychoanalizy. Nad całością czuwa duch Sigmunda Freuda. Postaci definiowane są za sprawą tendencyjnych problemów z rodzicami, bądź tworzenia takowych swoim potomkom. Nie ogranicza się to do jednego pokolenia, a sięga dodatkowo jeszcze dziadków. Tak debiutant sugeruje, że nie nadejdą żadne zmiany; te same błędy będą nakręcać spiralę kłótni i żalów, wplątując nowe osoby w te same sytuacje. Znajdziemy tu wszystkie grzechy hollywoodzkiego (w złym znaczeniu tego przymiotnika) stylu pisania scenariuszy.

Zapaleni konserwatyści i osoby należące do ruchów prolife mogliby stanąć w obronie filmu, gdyż zaprezentowano w nim najważniejsze wartości w życiu. Bo przecież nigdy nie jest za późno, aby naprawić stare błędy i nawet zatwardziała, samotna artystka może odnaleźć właściwą drogę, a dodatkowo wpłynąć na zbawienie zagubionego człowieka. Bez wątpienia za realizację odpowiada mężczyzna. Żaden stereotyp dotyczący kobiet nie został pominięty, a do tego spełnione zostało wiele dotyczących ich charakteru snutych przez przedstawicieli płci brzydkiej fantazji. O dziwo ci ostatni nie są prezentowani pozytywnie; wychodzą na kłamców i oszustów. Nie jest więc trudno pogubić się w tym, o co chodzi reżyserowi. Tak w szczególe, bo w ogóle to chodzi mu o to, że dzieci powinny kochać i szanować matki, a matki kochać i szanować swoje dzieci (sic!).

Potencjału należy szukać w obsadzie, gdyż ta jest powalająca. Niestety odtwórcy nie dostali szansy, aby pokazać swój talent. Selma Blair wzorem Sharon Stone po prostu staje przed kamerą i robi co jej każą. W ich ślady idzie Courtney Cox, zapominając o wyczynach koleżanki z Przyjaciół w Dziewczynie wartej grzechu. Peter Bogdanovich pozwolił Jennifer Aniston zagrać rolę, jaką grała zawsze w swojej karierze, tylko tym razem zrobiła to w pełni świadomie, jednocześnie drocząc się z dotychczasowym wizerunkiem. Niestety wielkie damy srebrnego ekranu w omawianym tytule nie wykorzystały takowej możliwości. Wystarczy spojrzeć na Susan Sarandon, wyglądającą jakby sobie myślała: „co ja tu robię? Przecież zrobiłam karierę. Grałam w Rocky Horror Picture Show i Thelmie i Louise do jasnej cholery”. Brak chemii w scenie z jej udziałem jest o tyle dziwny, że po drugiej stronie Skype’a znajduje się jej prawdziwa latorośl Eva Amurri Martino. Obie panie wypełniają swoje zadanie nie dodając nic od siebie; sztywno wygłaszają scenariuszowe kwestie, roniąc obowiązkowe łezki. Nie można również zapomnieć o Christinie Ricci, która wciela się w… płaczliwą córkę. Wybaczcie rzucanie kolejnymi nazwiskami bez większego opisu ich kreacji, ale to samo robi twórca, pokazując następne uznane aktorki, każąc im coś mówić i ryczeć na zawołanie. Po piętnastu minutach tylko najwytrwalszych fanów nie ogarnie znudzenie.

To zadziwiające, że Paulowi Duddridge’owi udało się w zaledwie osiemdziesięciu ośmiu minutach zmieścić tyle złotych myśli, będących zwykłymi frazesami i komunałami. Jedyną zaletę stanowi stosunkowo krótki metraż. Mimo tego seans trwa w nieskończoność. Ciągle wprowadzane i wyprowadzane są kolejne postaci, mające za cel jedynie pogodzić, lub drzeć koty z krewną. Wody jest coraz więcej, ale ryb raczej tutaj nie znajdziemy. Następne powtórzenia męczą, a duże litery biją po oczach. A jeśli nie do końca dokładnie przedstawiłem zamysł reżysera, to przypomnę tylko tytuł: Matka jest tylko jedna.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: