John Layman i Rob Guillory – Chew: Śniadanie z mistrzów

W piątym tomie serii Chew – podobnie jak w czwartym – nie dostajemy niczego nowego. I tak samo jak przy Flambirowaniu nie ma mowy o nudzie, bo Śniadanie z mistrzów to wydanie zbiorcze, z którego nie wyciągniemy odpowiedzi na nurtujące nas od pierwszego albumu pytania, ale da możliwość poznania bliżej zarówno starych, jak i stosunkowo nowych znajomych.

Tytuł zaczerpnięty został z książki Śniadanie mistrzów, czyli żegnaj czarny poniedziałku Kurta Vonneguta. Okładka nawiązuje do typowo amerykańskiego sportu. W oryginale Śniadanie z mistrzów nosi nazwę Major League, co jest określeniem najważniejszej ligi baseballu. Nie trzeba jednak znać zasad tej (dziwacznej) gry, aby zrozumieć treść pięciu zeszytów zebranych w albumie.

Wszystko jest po staremu. Ale co mogło ulec zmianie? Przecież nikt nie oczekiwał, że Applebee, polubi w końcu Tony’ego, albo że daruje Colby’emu jego obojętność. Tym razem szef FDA osiąga swój cel i degraduje dwóch znienawidzonych podwładnych, przez co agent specjalny Chu musi patrolować miasto w sukience, a jego półmechaniczny partner użerać z nową przełożoną. Protagonista w końcu zostaje – podobnie jak jego latorośl pod koniec czwartego wydania – porwany i to w celach o wiele bardziej zdrożnych niż jego córka, a mianowicie dla seksu (sic!). Z każdym rozdziałem spirala absurdów nakręca się, przez co snucie domysłów na temat nadchodzących wydarzeń jest czynnością daremną. Zwariowane pomysły twórców nie mają końca, a dzięki pewnemu jednokadrowemu żartowi John Layman razem z Robem Guillroyem udowadniają, że w fabule nie ma miejsca na przypadek i mają zaplanowaną opowieść, na trzydzieści pięć zeszytów naprzód.

W książce Narracja w powieści graficznej Kamila Tuszyńska rozdziela (prezentuję to w dużym, aczkolwiek mam nadzieję wystarczającym uproszczeniu) narrację w komiksach na dwie sfery. Pierwsza z nich to sfera werbalna, w skład której wchodzą wszelkie dymki z wypowiedziami i myślami postaci oraz dyskurs słowny w polu słowa. To ostatnie Layman wykorzystuje, aby wprowadzać achronologiczność i, kolokwialnie mówiąc, robić sobie jaja. Odchodzi od głównych wątków i temat epidemii ptasiej grypy niemal w ogóle nie jest poruszany. Scenarzysta skłania się ku dygresjom, tym samym rozbudowując świat przedstawiony i jeszcze bardziej komplikując (już i tak pełną zawiłości i niejasności) fabułę. Portrety psychologiczne zostają pogłębione, przez co pomimo surrealistycznego klimatu działania postaci są zrozumiałe. Opowieść najczęściej skupiona jest wokół Oliwki, dzięki czemu mamy okazję bliżej poznać ją i jej odziedziczoną po ojcu zadziorność. Nastolatka nie szanuje żadnych autorytetów i zawsze musi postawić na swoim. Dzięki niej historia zyskuje drugi, młodzieńczy oddech, a także buntowniczy pazur. Córka Tony’ego posiada również zdolności swojego rodzica i być może, jeśli ktoś odpowiednio ją wyszkoli, zostanie najpotężniejszym cybopatą w historii.

Zmieniają się osoby, miejsca, ale sytuacje łudząco przypominają te znane z poprzednich zeszytów. Humor osiągany jest za pomocą powtórzeń. Nie ma to jednak nic wspólnego z samozachwytem twórców; parafrazują samych siebie, aby rozbawić czytelników. Layman nie przekracza cienkiej linii dzielącej zabawne repetycje od nużących; nie poświęca im więcej miejsca niż potrzeba. Można nawet zarzucić mu sadyzm względem bohaterów. Wplątuje ich w te same nieprzyjemne wydarzenia, przez co ci muszą sięgać do starych, sprawdzonych sposobów na radzenie sobie z problemami – trzeba nie mieć serca, żeby nie uronić łezki nad losem Colby’ego.

Świat przedstawiony to już niemal całe, spójne – prawie jak w przypadku wydawnictw DC Comics i Marvel Comics – uniwersum, zamieszkane przez różnego rodzaju dziwolągów z niezwykłymi zdolnościami. Jednakże za to nie odpowiada szereg scenarzystów i rysowników, a jedynie dwie osoby. Druga wymieniana przez Tuszyńską sfera narracji to sfera wizualna, w skład której wchodzi „monstracja”. Monstracja to nic innego jak prowadzenie opowieści za pomocą obrazków, mających uzupełniać czytane wypowiedzi postaci; pojęcie odnosi się do tego „co jest pokazywane”. Rob Guillroy za sprawą szczegółów umieszczanych w kadrach ożywia infrastrukturę. Napisy na murach, tabliczki i drugie plany wywołują poczucie przebywania w rzeczywistych przestrzeniach i kreślą nastroje panujące w społeczeństwie.

Drugą częścią składową narracji wizualnej jest – nazwana tak przez Philipe’a Mariona – grafiacja, będąca stylem rysowania; czyli „jak jest rysowane”. Styl Guillroya najprościej określić mianem cartoonowego. Po raz piąty zobaczymy kreskę przypominającą krótkometrażowe seriale animowane, obecne kiedyś na antenie stacji Cartoon Network. Z drugiej strony sposób przekazywania emocji przywodzi na myśl anime, czy mangi. Realistyczne tło nieraz zastępują symbole, bądź metafory mające oznaczać uczucia targające konkretnymi bohaterami, których twarze wykrzywiane są w ekspresyjnych pozach. Tego typu zabiegi zostały określone w 1980 roku przez Morta Walkera mianem emanat, mających prezentować to, co emanuje z wnętrza postaci na zewnątrz i eksponować jej stan emocjonalny, fizyczny, psychiczny. Ten sam efekt zostaje osiągnięty również za pomocą zmiany kształtów i kolorów dymków, kiedy Oliwka rzuca w stronę cioci chłodnymi i uszczypliwymi ripostami. Tym sposobem twórca zwraca się w stronę narracji ekspresywno – afektywnej znanej z japońskich komiksów. Nie ma jednak charakterystycznego dla tego typu prowadzenia opowieści zatrzymywania akcji i pozwalania czytelnikowi na zadumę. Kolejne plansze stanowią wzór opowiadania obrazem, jest krótko i treściwie; wydarzenia mogące zajmować kilka kadrów, przedstawione zostają w jednym. Stronę wizualną najlepiej więc podsumować tak jak scenariusz, czyli słowami „nic nowego”. Ale po co wprowadzać innowacje, skoro to, co już było wciąż sprawdza się znakomicie?

I tak jak łatwo uznać, że nie otrzymujemy niczego nowego, tak samo ciężko po raz kolejny wychwalając serię pod niebiosa, napisać o niej coś oryginalnego. Śniadanie z mistrzów to lekkostrawny posiłek, który nikomu nie odbije się czkawką. John Layman i Rob Guillroy krytykują konsumpcyjny styl życia z właściwym sobie czarnym poczuciem humoru. Nie dają czytelnikowi odpocząć, atakując go kolejnymi nonsensownymi gagami i mnożąc paralele z popkulturą. W tym całym surrealistycznym absurdzie poszukują własnego języka, czyniąc z Chew jedną z najciekawszych serii dostępnych obecnie na rynku.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rg

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

mc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: