John Layman i Rob Guillory – Chew: Flambirowanie

Chociaż wedle tytułu w poprzednim tomie serii Chew otrzymaliśmy to, na co zasłużyliśmy (*oryginalny tytuł Delicji Deserowych brzmi Just Desserts, co jest idiomem oznaczającym, że dane osoby otrzymały to na co zasłużyły); John Layman i Rob Guillory postanowili zostawić nas w wywołanym cliffhangerem zawieszeniu i z poczuciem niedosytu. I tak jak można było się spodziewać, czwarte wydanie zbiorcze podają – zgodnie ze sposobem przygotowania potrawy podanym w nazwie – podgrzewając ogniem atmosferę i podlewając wszystko upajającą dawką absurdu.

Na tylnej okładce albumu znajdują się fragmenty kilku recenzji mające zachęcić do lektury. Ostatni z nich pochodzi z ComicBookResources.com i brzmi „Nic nowego…”. Może z całego tekstu wybrano akurat ten cytat, aby nieco przekornie pokazać dystans do opinii negatywnie nastawionych krytyków. Biorąc pod uwagę z czym mieliśmy do czynienia w poprzedzających odsłonach, należy to jednak uznać za najlepszą zachętę. Lepszą nawet od tych wychwalających Flambirowanie pod niebiosa.

Te niebiosa, które na koniec Delicji Deserowych zapłonęły. Pojawiły się na nich dziwne, ogniste napisy w nieznanym języku. Ludzkość wieści apokalipsę, John Colby pije bez umiaru, a Tony Chu wciąż próbuje działać według podręcznika. Najbardziej specjalni agenci F.D.A. szukają dawnego współpracownika wydziału. Koniec akcji nie będzie taki jak oczekują. Do tego szef ciągle zleca im coraz niebezpieczniejsze zadania, gdyż po ostatnich wydarzeniach nienawidzi ich obu. Partnerzy stawią więc czoła dziwnej bójce na jedzenie, wejdą w sam środek wojny gangów z Jersey, czy z ramienia USDA polecą powstrzymać paranoicznego generała przed użyciem broni biologicznej. To tylko kilka rarytasów; bohaterom nie starczy czasu na nudę.

Po przelotnym spojrzeniu na fabułę łatwo dojść do wniosku, że rzeczywiście nie znajdziemy tu nic nowego. To jednak mylne wrażenia. Layman i Guillory dociskają pedał gazu tym razem przebijając deskę na wylot. Jak na każdą kolejną kontynuację przystało jest szybciej, mocniej i śmieszniej. Do dotychczasowego grona dziwaków kulinarnych dołącza kolejny gatunek. Oprócz cybopatów, saboskryberów i udawanych wampirów świat przedstawiony zamieszkują również wjedzący, czyli osoby, które potrafią rozwiązać każdą zagadkę jeśli mają pod ręką odpowiednią ilość jedzenia. Poznajemy też więcej tajemnic dotyczących rodziny protagonisty i w swoim, wielkim stylu powraca Mason Savoy.

Każda plansza to rzucanie kolejnym absurdem czytelnikowi w twarz i tym samym odkrywanie następnych kart. Nie należy oczekiwać, że dowiemy się czy zakaz jedzenia drobiu został wprowadzony z powodu prawdziwej epidemii ptasiej grypy, czy to tylko konspiracyjny spisek rządu, w wyniku którego zginęło 23 miliony Amerykanów. Chociaż pozornie do rozwiązania zagadki już niedaleko, twórcy komplikują sprawę wprowadzając nowe i rozbudowując dotychczasowe wątki przy jednoczesnym zadawaniu coraz większej ilości pytań.

Najwięcej motywów powraca z Międzynarodowego Smaku. Szalony kurczak Poyo jest chaotycznym rozwiązaniem na całe zło, a smakująca jak kurczak roślina pozwala doznać oświecenia. W drugim tomie zginęła kształtna i piękna, aczkolwiek wredna agentka USDA. Teraz protagoniści muszą współpracować z jej koleżankami po fachu, które wcale nie są z tego zadowolone. W skład agencji wchodzą same kobiety. Wszystkie z nich mają szansę na zdobycie pierwszego miejsca w wyborach miss mokrego podkoszulka. Ciężko jednak zarzucać ich uprzedmiotowienie. Flambirowanie podszyto sporą dawką feminizmu. Płeć piękna odgrywa tu dużo bardziej znaczącą rolę niż wcześniej. Wszystkie jej przedstawicielki sprawiają wrażenie wyjątkowo silnych. Tym razem to one mają władzę i korzystają z niej jak tylko mogą. Kąśliwy komentarz w stosunku do kondycji mężczyzn jeszcze nigdy nie był tak zabawny. Przejawia się nawet w czytaniu przez jedną z bohaterek artykułu „Dlaczego mężczyźni to c**y?”. Świat przedstawiony wypełniony jest takimi drobnymi smaczkami przemykającymi na drugim planie.

Również pod względem narracyjnym Layman nie zwalnia tempa. Z achronologicznością już mieliśmy do czynienia, więc w tym pozornym bałaganie wydarzeń nietrudno poukładać je po kolei. Nowość natomiast stanowią kłamstwa. Scenarzysta nie stroni od podawania fałszywych informacji, co oczywiście zaraz zaznacza słowami „to się nie wydarzyło”. Twórcy zdają sobie sprawę, że przedstawiają kreskówkę. Pozwala im to na wyzbycie się wszelkich hamulców. Podkreślają samoświadomość opowieści o wiele mocniej niż miało to miejsce do tej pory. Nie próbują zachować poważnej miny podczas serwowania żartów, a wręcz przeciwnie. Śmieją się czytelnikowi prosto w twarz, lub w przypadku rysownika rzucają obrzydliwym grubasem o asfalt. Guillory jak zwykle podkreśla nierzeczywistość fabuły przez cartoonową kreskę i kolory. Realizm go nie interesuje, a najważniejsza jest dobra zabawa.

Flambirowanie, czyli podlanie potrawy mocnym alkoholem i podpalenie, to najlepsze dotychczasowe wydanie zbiorcze serii, której twórcy już w Przysmaku konesera zawiesili poprzeczkę bardzo wysoko. Ciężko ocenić dokąd zmierzają John Layman i Rob Guillory, a w tym tkwi chyba największa przyjemność z sięgania po kolejne albumy. Recenzując czwarty tom postanowiłem wyjątkowo nie snuć kulinarnych analogii, co nie było łatwe. Ale przecież i one mogą się w końcu przejeść, w przeciwieństwie do Chew. Komiks z każdą odsłoną rozpala jedynie chęci na więcej i pozostawia z poczuciem błogiego niezaspokojenia.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rgZa egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

mc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: