9. Netia Off Camera – Lamb

Ross Partridge wprowadza nas do intymnego świata podchodzącego pod pięćdziesiątkę mężczyzny i zestawia go z równie prywatną sferą jedenastoletniej dziewczynki. Prócz przepaści pokoleniowej nietypową parę więcej łączy niż dzieli. Lamb (2015) oparte zostało na kanwie powieści Bonnie Nadzam. Reżyser wykorzystał oryginał, próbując przekazać uniwersalną prawdę o poczuciu ubezwłasnowolniającej samotności, nieposiadającej ograniczenia wiekowego.

Życie nie oszczędza Davida Lamba (w tej roli sam Partridge). Niedawno zostawiła go żona, przez co musiał zamieszkać w hotelu, zmarł mu ojciec, a jakby tego było mało nachalność kochanki zaczyna go irytować. Szansa na poprawę egzystencji pojawia się pod postacią młodej Tommie (Oona Laurence), proszącej go o poczęstowanie papierosem. Tak wygląda początek zakazanej, a jednocześnie na swój dziwny sposób pięknej przyjaźni.

Matka dziewczynki i jej partner wolą spędzać czas przed telewizorem niż poważnie porozmawiać z latoroślą. Jedenastolatka zerwała kontakty z przyjaciółkami, gdyż Lamb udowodnił, że im na niej nie zależy. W tej niedoli tylko czterdziestosiedmiolatek wydaje się ją rozumieć; jest dla niej jak nauczyciel wprowadzający w meandry prawdziwego życia. W ramach przygotowań do kolejnego spotkania niczym dorosła goli nogi, a kiedy spędzają razem wieczory w przydrożnych hotelach wykazuje się świadomością własnej kobiecości. Z poczuciem lekkiego wstydu i potępienia krąży pytanie czy mury Jerycha w końcu runą jak w Ich nocach (1934) Franka Capry. Bo chociaż romans nie ma prawa zaistnieć między tym dwojgiem, a erotyzacja relacji dorosłego z nieletnią nie występuje, to reżyser prowadzi widza na manowce, subtelnie sugerując, że miłości nie przeszkadzają społeczne konwenanse i mentalne różnice.

Jeśli czytać opowieść w kluczu inicjacyjnym należałoby się najpierw zastanowić, czyjej inicjacji jesteśmy świadkami, bo tak naprawdę Tommie ma więcej do zaoferowania partnerowi niż on jej. Sprawia wrażenie bardzo dojrzałej, a młody wiek i brak figury ojcowskiej w życiu usprawiedliwia wiarę w pozę Davida. Chociaż ten twierdzi inaczej, tak naprawdę zabiera ją za miasto, aby pokonać własne demony. Udaje, że panuje nad wszystkim, ale dawno utracił kontrolę nad własnym życiem. Dostrzega w nowej przyjaciółce szansę na naprawienie dawnych błędów i ponowne poczucie bliskiej więzi z innym człowiekiem.

Niewinności i naiwności uczennicy przeciwstawione zostają cynizm i wyrachowanie dorosłego. Tropy mające nam pomóc poznać Lamba ciągle są podważane. Niemożliwym jest wyrobienie sobie adekwatnej opinii na jego temat i sympatyzowanie z nim. Informacje nasunięte w poprzedniej scenie, w kolejnej mogą być już nieaktualne. Mężczyzna kłamie, zmyśla mówiąc o swojej przeszłości, a nawet manipuluje zachowaniem dziecka, co czyni go figurą niewiarygodną. Może okazać się baśniowym potworem chcącym pożreć dziecko, a ekspozycja stanowić zalążek thrillera, zamiast romansu spod znaku Lolity Władimira Nabokowa. Bohaterowie wyjeżdżają na wycieczkę do domku na odludziu, a przecież w takim miejscu rozegrana była już niezliczona ilość dreszczowców. Twórca igra z ikonografią grozy i nieraz rzuca nam gatunkowym mięsem w twarz, aby po chwili przejść do artystycznego wysublimowania. Zadaje coraz więcej pytań, nie próbując nawet sugerować odpowiedzi. Trzyma widzów w ciągłym stanie podwyższonej czujności, ale w przeciwieństwie do Izraelczyków odpowiedzialnych za Duże złe wilki (A. Keshales i N. Papushado, 2013) nie pozwala na katharsis.

Niepokój wprowadzany jest również za sprawą muzyki Daniela Belardinelliego. Podbija ona napięcie, a także fałszywie antycypuje, czy nawet komentuje przedstawiane wydarzenia. Ze stroną audialną kontrastuje oprawa wizualna. Świadkiem potępianej relacji są sielankowe, wiejskie krajobrazy pięknie sfotografowane przez Nathana Millera. W tych pejzażach protagoniści tworzą swój własny mikrokosmos, któremu zagraża nawet niezapowiedziana wizyta sąsiada. Dzięki podkreślanym na każdym poziomie opozycjom, świat zewnętrzny jawi się jako nietolerancyjny i niebezpieczny dla wrażliwych osobowości Davida i Tommie. Zdjęcia i powolne tempo zachęcają do przemyśleń na temat własnego życia, co przeszkadza w uważnym śledzeniu fabuły.

Przez nagromadzenie sprzeczności ciężko odczytywać produkcję jednoznacznie. Ross Partridge zmierza w zbyt wiele rozbieżnych kierunków, ale paradoksalnie jest w tym konsekwentny od początku do samego końca. Snuje historię nieśpiesznie, wiedząc, że nie zaprowadzi nas w konkretne miejsce, ale pozostawi z lekkim kacem i słodko gorzkim posmakiem. Lamb to prawie stuminutowy film pozbawiony mocniejszej pointy, która ma szansę zaistnieć jedynie w sferze wyobraźni widza. Pytanie tylko, czy tyle razy oszukany wcześniej przez reżysera rzeczony widz podejmie wysiłek interpretacyjny i odnajdzie sens opowieści, czy też machnie ręką i przerwie seans w połowie.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: