Kryzys to nasz pomysł

Chcielibyśmy wierzyć, że wybory polityczne wygrywa najlepszy kandydat; ten który naprawdę kieruje się głosem mieszkańców swojego kraju i wie, co dla nich dobre. Pragnienie, aby osoby na stanowiskach rządowych pasowały do naszej fantazji na temat ich roli David Gordon Green od początku przedstawia jako niemożliwe do spełnienia, a dziennikarski obiektywizm – zapowiedziany pierwszą paradokumentalną sceną wywiadu z główną bohaterką – stawia między bajki.

Reżyser mnoży paralele z rzeczywistością. Już sam tytuł oryginalny Our Brand is Crisis jest zbieżny z tytułem dokumentu Rachel Boynton z 2005 roku. Jego tematem są działania amerykańskiej firmy tworzącej wizerunki polityczne GCS podczas wyborów prezydenckich w Boliwii w roku 2002. Kryzys to nasz pomysł inspirowany jest tymi wydarzeniami i zobaczymy tu znajome motywy, jak wykorzystanie zdjęcia oponenta w mundurze, aby go zdyskredytować. Protagonistka (Sandra Bullock) jest kobiecą wersją Jamesa Carville’a, członka wspomnianej spółki, który zasłynął jako doradca Billa Clintona w zwycięskiej kampanii z 1992 roku.

Zajmująca się w przeszłości strategią wizerunkową Jane „Calamity” Bodine przerywa przedwczesną emeryturę, aby pomóc Castillo (Joaquim de Almeida) wygrać wybory prezydenckie w Boliwii. Początkowo nie jest zaangażowana w działania swojego zespołu, ale kiedy były oponent Pat Candy (Billy Bob Thornton) rzuca jej rękawice, ta podejmuje wyzwanie. Rozpoczyna się prawdziwa wojna, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Kto zwycięży stoi pod znakiem zapytania, pewne jest tylko, że przegrają mieszkańcy kraju Ameryki Łacińskiej.

Green wpada w pułapkę, której nie uniknął nawet Robert Drew w Primary, będącym pozbawionym komentarza zapisie prawyborów w 1960 roku, kiedy to w szranki z partii demokratycznej stanęli John F. Kennedy i Hubert Humhrey. Oglądając po latach ten sztandarowy przykład nurtu Direct Cinema nie sposób opędzić się od nachalnego wrażenia, że twórcy sprzyjali późniejszej ofierze zamachu z 22 listopada 1963 roku i nie byli zdeterminowani, aby pokazać tylko i wyłącznie prawdę, zgodnie z jednym z punktów manifestu całego ruchu. W przypadku omawianego tytułu stronnictwo widać dużo wyraźniej. Nie mamy okazji poznać przeciwników w równym stopniu. Victor Rivera (Louis Arcella) rzadziej gości na ekranie i jest białą kartką; marionetką Candy’ego sterującego jego zachowaniem. O wiele łatwiej wyrobić sobie zdanie co do Castillo, gdyż posiada charakter; nie wyraża zgody na negatywną kampanię i nie zawsze słucha poleceń swojego stratega, przez co widz wręcz musi z nim sympatyzować, nawet pomimo ambiwalentnych tropów co do interpretacji jego osoby. W końcu to tylko gra, a starcie pretendentów do prezydenckiego fotela nie jest tu najważniejsze. Jednocześnie toczą się przecież dwa o wiele ciekawsze konflikty.

O poziomach słupków sondażowych decydują osoby doradzające kandydatom, potrafiące manipulować opinią publiczną wedle własnego uznania. Czuwają nad każdym najdrobniejszym szczegółem ubioru, słownictwa, zachowania czy gestem swojego podopiecznego, bo jak wiemy z przykładu Richarda Nixona, nawet kropelka potu na górnej wardze może być brzemienna w skutkach. W Idach Marcowych dosadnie pokazano, że wyników wyborów rządowych nie determinują wydarzenia na scenie, a te zza kulis kampanii. Próżno jednak szukać powagi George’a Clooneya u Greena. Potyczka strategów wizerunkowych ważąca losy mieszkańców Boliwii podana zostaje w zaskakująco lekkim tonie. Sprowadzono ją do wybryków godnych niedojrzałych nastolatków, czy też – kolokwialnie mówiąc – końskich zalotów. Bodine pokazuje tyłek Candy’emu, strzela jedzeniem z katapulty zrobionej z pociętego prześcieradła w jego okno, a ten w ramach rewanżu nasyła na nią policję i kradnie pomysły, aby wykorzystać je dla własnych korzyści. Protagonistów łączy związek oparty w równym stopniu na miłości co nienawiści. Między nimi można wyczuć rosnące napięcie seksualne, szczególnie ewidentne kiedy Pat rzuca jednoznacznymi aluzjami. Ponownie widać powiązania z rzeczywistością, gdyż takie czytanie ich kontaktów usprawiedliwia fakt, że Carville ożenił się ze swoją oponentką Mary Matalin, która prowadziła kampanię George’a Busha w 1992 roku.

Kiedy Sandra Bullock i Billy Bob Thornton występują razem w jednej scenie, erotyzm aż wypływa z ekranu. Wtedy też jesteśmy świadkami kolejnej walki, tym razem toczonej na poziomie aktorskim. Bullock początkowo jest urocza w swej niezdarności i nieporadności. Bez zbędnego przerysowania pokazuje talent komediowy. Gra zadziornie, ale wciąż się kontroluje. Stopniowo zmniejsza komizm, aż w końcu przechodzi do kompletnej powagi, w miarę rozwoju akcji coraz subtelniej rysując portret postaci oszczędną mimiką i gestami. Z drugiej strony jest Thornton w reinkarnacji roli z Barw Kampanii i przez ogoloną głowę przypominający Carville’a. Ciągle stonowany i trzymający emocje na uwięzi kontrastuje ze swoją filmową partnerką. Ich relację można przyrównać do Mefistofelesa i Małgorzaty z Fausta, co zostaje rzucone nam w twarz kiedy bohaterka czyta dramat Johanna Wolfganga Goethego. Candy wykreowany jest niczym pewny siebie i wyrozumiały nauczyciel nie stroniący od machinacji, a Calamity próbuje go przechytrzyć i zmierza ścieżką prowadzącą prosto do odkupienia.

Narracja prowadzona jest według hollywoodzkiego podręcznika. Upragnione katharsis nadchodzi bo musi; nagle u głównej bohaterki pojawiają się wątpliwości, których wcześniej nie było nawet cienia obecności. Komedia przyćmiewa wszelkie niuanse czy przesłanie płynące ze scenariusza. Przezroczysta reżyseria daje o sobie znać jedynie w kategoriach nieudolności. Na wierzch wyciągane są wątki tak naprawdę drugorzędne i będące czytelne nawet dzięki dużo subtelniejszym tropom, a te ważne spychane są na margines. David Gordon Green jest niczym demiurg rzucający kolejnymi strzępkami informacji, a to co widz z nich odczyta, bądź nie, już go nie obchodzi. Czyni to film mdłym i do bólu przewidywalnym, a roszczone pretensje do kina społecznie zaangażowanego zostają w sferze pretensji. Kryzys to nasz pomysł z na siłę skleconymi ze sobą aktami (faktami?) uderza o dno przeciętności i nie zmusza do przemyśleń, ani też specjalnie nie bawi. Z ważkiego tematu podejmowanego z satyrycznym pazurem, nie zostaje ani ważkość, ani satyra, ani pazur, a co gorsze znika również temat.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rg

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: