Hardcore Henry

„Jesteś pół maszyną, pół pizdą” mówi w jednej scenie przeciwnik do protagonisty. Idąc dalej tym tropem, należałoby powiedzieć, że Hardcore Henry (I. Naishuller, 2015) jest pół filmem, pół grą komputerową.

Koncept zapożyczony jest z pierwszoosobowych strzelanek, gdzie gracz spogląda na świat oczami postaci, w którą się wciela. Nawet pomijając liczne pojedyncze sceny w różnych gatunkowo produkcjach, w kinematografii mieliśmy już do czynienia z czymś podobnym. W 1947 roku Robert Montgomery, ekranizując powieść Raymonda Chandlera Lady in the lake, wykorzystał pomysł prowadzenia historii w całości z punktu widzenia głównego bohatera (w tej roli sam Montgomery), a żeby fabuła była w pełni zrozumiana, opowieść przerywano scenami z reżyserem siedzącym za biurkiem i wyjaśniającym zawiłości. W czasach nam bliższych również Franck Khalfoun, odświeżając Maniaca (1980) Williama Lustiga w 2012 roku, pozwolił oglądającym wejść w ciało psychopatycznego zabójcy (Elijah Wood). Jeśli w tych przypadkach (a pewnie znalazłoby się jeszcze kilka innych) zabieg miał za zadanie wzmacniać dramaturgię, u Ilya Naishullera stanowi raczej interesujący efekt specjalny, niekoniecznie potrzebny i funkcjonalny – jest zaledwie próbą wplecenia dramaturgii do pozbawionego jej scenariusza.

O ile w ogóle o jakimkolwiek scenariuszu można mówić. Kolejne mordobicia i strzelaniny spajane są ze sobą epizodami z osobami wyjawiającymi głównemu bohaterowi informacje mające pomóc mu odzyskać kobietę podającą się za jego żonę (Haley Bennett) i pokonać Akana (Danila Kozlovsky). Upiorny antagonista posiada Moc, tę Moc pozwalającą rycerzom Jedi na przenoszenie oddalonych obiektów oraz duszenie podwładnych, czy jak ktoś woli telekinetyczne zdolności, dzięki którym umazana świńską krwią Carrie zabiła swoich rówieśników podczas balu maturalnego. Poza tym białowłosy łotr próbuje stworzyć armię cyborgów – takich jak tytułowy Henry.

Z tyłu głowy pobrzmiewają echa Uniwersalnego żołnierza: Dnia odrodzenia (<2012> gdzie prolog rozegrany jest z punktu widzenia głównego bohatera i nawiasem mówiąc ogląda się go lepiej niż cały omawiany tytuł); reżyser nie ma jednak sprawnej ręki Johna Hyamsa. Dziury w historii próbuje zakryć bezmyślną nawalanką bądź żartami, z czego jedne mają swoją pointę, a inne już niekoniecznie. Upycha w swojej opowieści tyle absurdu, że pytania „w jaki sposób?”, „po co?”, „czy jest to w ogóle możliwe?” szybko schodzą na drugi plan. Każda scena wyjęta jest jakby z innej bajki. Raz atakuje nas czołg, a po chwili musimy gonić uciekającego konia. O dziwo bardzo łatwo zapanować nad tym całym chaosem i zapomnieć o wszelkich niewygodach.

Zaczyna się na ostro, potem tempo jest coraz szybsze, coraz więcej przeciwników atakuje naraz, a wybuchy są coraz głośniejsze. Robocop (P. Verhoeven, 1987) łączy siły z Jasonem Stathamem z Adrenaliny (2006), a wykonanie Under my skin Franka Sinatry przez avatary Jimmy’ego (Sharlto Copley) jest prawie tak samo psychodeliczne jak w wydaniu Michaela C. Halla z późniejszego filmu sygnowanego nazwiskami Marka Neveldine i Briana Taylora Gamer (2009). Skojarzeń z innymi fabułami w trakcie seansu jest mnóstwo i kinomani z pewnością uznają debiut Rosjanina za postmodernistyczna jazdę bez trzymanki.

I chociaż nie brakuje tutaj przemocy i krwi, twórcy dochodzą niemalże do granicy gore, a żarty w większości bawią, to całość cierpi z powodu ascezy scenograficznej. Moskiewski krajobraz jest przaśny i ubogi, urozmaicony jedynie pełnym pięknych kobiet oraz narkotyków burdelem. Wnętrze laboratorium, do którego trafiamy na początku, zapowiada minimalistyczne science-fiction, ale w późniejszych pejzażach ta koncepcja bezpowrotnie znika. Mamy do czynienia z filmem rosyjskim. I nie próbuję powiedzieć, że Rosjanie nie potrafią robić ciekawego pod względem wizualnym kina, ale że ujęcia czy pojedyncze kadry pasowałyby do facebookowego fanpage’a „Rosja to stan umysłu”. Reżyser kurczowo trzyma się estetyki znanej z teledysków, jakie zrealizował dla swojego zespołu Biting Elbows Bad Motherfucker i The Stampede. Na szczęście tym razem wyraźnie widać ingerencję montażysty w kolorystykę.

Poziom widowiska podnosi gra aktorska. Nie chodzi jedynie o zachodnie nazwiska. Na pewno słyszeliście o roli Tima Rotha i biorąc pod uwagę, że kreowany przez ponad dziesięć osób protagonista nie wymawia ani jednego słowa, Anglik wypowiada całkiem pokaźną kwestię ograniczającą się do kilku zdań. Zdecydowanie za mało jest Danila Kozlovskyego, który wywołuje ciarki na plecach za każdym razem gdy gości na ekranie. Najjaśniej jednak świeci ironiczny Shartlo Copley w kilku(nastu?) kreacjach. Chociażby dla niego warto zobaczyć ten film.

Ilya Naishuller nawet nie próbuje udawać, że ma coś do powiedzenia. Interesuje go jedynie czysta akcja i wywołanie salw śmiechu oraz palpitacji serca u widza. I rzeczywiście nieraz udaje mu się to osiągnąć, przez co podawana papka jest przyjemna w odbiorze i nie wprawia w zażenowanie. Hardcore Henry to rozrywka nieuznająca kompromisów i niewymagająca zaangażowania szarych komórek. Jeśli z uśmiechem na ustach sikaliście na ludzi w Postalu 2 i z przyjemnością strzelaliście przeciwnikom w głowy w Duke Nukem Forever , to także z największą satysfakcją – tym razem w kinie, a nie przed komputerem – pociągniecie oprycha kombinerkami za nos.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: