Batman v Superman: Świt sprawiedliwości

Do 1986 roku Batman i Superman byli przyjaciółmi, a jeśli dochodziło do starć, tłumaczone było to próbą oszukania wspólnego wroga, czy też działaniem czarnego charakteru, który przejął kontrolę nad umysłem jednego z nich. Dopiero w Powrocie Mrocznego Rycerza przedstawiono ich jako rzeczywistych antagonistów i do tej zapoczątkowanej przez Franka Millera tendencji odnosi się Zack Snyder w Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016). Scenę zabójstwa Thomasa i Marthy Wayne’ów wyjmuje wprost z plansz oryginału, tym samym zdobywając serca fanów już w pierwszych minutach „filmu” (określenia „film” będę używał w cudzysłowie, gdyż ostatnie kuriozum twórcy Sucker Punch <2011> na to miano nie zasługuje).

Produkcja w zamyśle jest sequelem Człowieka ze stali (Z. Snyder, 2013), i tak jak w poprzedniku przez pierwsze kilkadziesiąt minut twórcy zarysowują fabułę, aby potem serwować kolejne wybuchy, strzały, mordobicia i beznadziejnie patetyczne teksty. David S. Goyer i Chris Terrio, zdobywca Oscara za najlepszy scenariusz adaptowany do filmu Operacja Argo (B. Affleck, 2012), pragną uczynić produkcję jak najbardziej przystępną dla niewykwalifikowanego widza, chociaż sami chyba nie są wielkimi znawcami tematu. Do jednego worka wrzucili kolejne wątki i znane z komiksowego uniwersum postacie, upychając je w nim siłą, a wszystko połączyli ze sobą wyjątkowo wątłymi kliszami. Sam konflikt, bardziej niż wiarygodny, jest raczej uroczy i naiwny, zresztą podobnie jak jego rozwiązanie. Scenarzyści posługują się toposami i, snując analogie do różnych wierzeń, nie do końca wiedzą jak to wszystko uzasadnić. Z pomocą przychodzi im Lex Luthor (Jesse Eisenberg), do znudzenia podkreślający mitologiczne powiązania z wydarzeniami mającymi miejsce w Metropolis i Gotham. Gdyby jednak wciąż było za dużo niuansów, to sytuację rozświetla sam Snyder, bo przecież raz powiedzieć, że Superman (Henry Cavill) jest figurą mesjasza mającą nas zbawić, to za mało.

Twórcy od początku do końca puszczają czytelnikom DC oczka; krzyczą tytuły znanych komiksów i przywłaszczają sobie z nich co tylko mogą. Między wypraniem z politycznej satyry millerowskiej wizji Mrocznego Rycerza, a ostatnim aktem będącym trawestacją wątku z kultowych pozycji dotyczących Supermana, rzucają raz po raz jeszcze wiele innych odniesień. Reżyser pragnie udowodnić, że należy do środowiska fanowskiego, że jest naszym człowiekiem w Hollywood. Im głośniej próbuje wołać, tym bardziej odchodzi od koherentnej opowieści, uznając za idiotów tych, którym chciałby się przypodobać. Wszystko co ma do powiedzenia wykłada wielkimi literami, nieraz powtarzając w nieskończoność oczywiste informacje. Każde padające z ekranu słowo jest ważne, każdy najazd kamery na nienawistne spojrzenie Bruce’a Wayne’a (Ben Affleck) – podniosły, a każdy zadany przez superbohaterów cios – widowiskowy. Obiecana w tytule walka, chociaż cieszy oko, po jakimś czasie zaczyna nużyć. Po niej nadchodzi zapowiadane w zwiastunie starcie Trójcy z Doomsdayem, a potem czeka nas jeszcze parę dodatkowych, wyjętych z różnych bajek, wątpliwych atrakcji. Zakończeń jest przynajmniej o kilka za dużo.

Chociaż to kolejna część przygód Kal-Ela, większy nacisk położono na jego przeciwnika. I pewnie ku zaskoczeniu wszystkich; coś co miało być największą wadą „filmu” w efekcie uchodzi za jego zaletę. Ben Affleck jest Bruce’em Waynem z krwi i kości. Bardziej niż w Mrocznego Rycerza wciela się w osobę pod maską nietoperza. Portret znudzonego multimilionera rysuje subtelnie, ale z dość sporą dawką groteski. Batman zostaje zrzucony z piedestału i uczłowieczony. Miewa wątpliwości, szuka sensu w tym co robi i targają nim różne emocje, wyrażane przez smutną bądź mniej smutną minę aktora. A poza tym kreowany jest na większego psychopatę niż w wydaniu Michaela Keatona u Tima Burtona. Henry’ego Cavilla nie ma za co ganić, ale nie ma również powodu aby klepać po ramieniu; ot klasyczny Superman. Oczywiście można pisać pochwalne peany na cześć Gal Gadot, ale tematykę trzeba by ograniczyć co najwyżej do jej urody, gdyż jako Diana Prince nie miała wielkiego pola do popisu. Za to owacje na stojąco należy złożyć nadgorliwemu i niepanującemu nad własnymi ruchami Jesse’emu Eisenbergowi. Kontrastuje ze zmęczonymi już zbawcami świata. Postać Luthora wykorzystał aby nieco poeksperymentować, przez co wykazuje najwięcej ironii z całej obsady, będącej przecież jednym z niewielu powodów pozwalających wytrzymać do końca.

Muszę oddać twórcom sprawiedliwość, że od strony wizualnej „film” jest dopracowany i spójny. Larry Fong, naczelny operator reżysera (300 <2006>, Watchmen. Strażnicy <2009> i Sucker Punch) po raz kolejny pokazuje co potrafi, a potrafi wiele i chyba jako jedyny z ekipy pracującej po drugiej stronie kamery wiedział co robić na planie. Mrok bije z kadrów i spowija cały nihilistyczny świat przedstawiony, nadając mu jednocześnie sznytu poetyckości i surrealizmu. Uniwersum DC zyskało swojego wielkoekranowego przedstawiciela. Niestety, ta ładna powłoka nie zakrywa wszystkich dziur, jeśli jakiekolwiek.

Batman v Superman: Świt sprawiedliwości miało być arcydziełem nurtu superbohaterskiego. Zack Snyder wraz ze scenarzystami wzięli do ręki dłuto i zaczęli to arcydzieło rysować, powodując coraz więcej pęknięć, aż w końcu pozwolili mu rozlecieć się na miliony drobnych kawałków, z czego każdy skrywa w sobie zaprzepaszczony potencjał na coś wielkiego. Reżyser poszczuł krytyków fanami, a ich utarczkę z pewnością obserwuje z większym zainteresowaniem niż własny „film”. W tym wypadku fani powinni iść ręka w rękę z krytykami, a nawet być bardziej krytycznymi; nie zachwalać przysłowiowego raka na bezrybiu (czy też oceanie marvelowskich produkcji) i pozostać przy animacjach ze swoimi ukochanymi trykociarzami. Otrzymaliśmy podwaliny pod nadchodzący Legion Samobójców (D. Ayer, 2016) oraz przydługi wstęp do The Justice League zapowiadanej na 2017 rok i niestety z tą samą osobą przy sterach. Oczywiście ja i inni przeciwnicy możemy sobie psioczyć ile chcemy, podczas gdy łzy z powodu negatywnych recenzji producenci ocierają studolarówkami, a nasze argumenty są wodą na ich młyn. Jeśli tak ma wyglądać alternatywa dla MCU, to lepiej żeby DC zostało przy serialach, za którymi mimo usilnych starań wciąż nie przepadam. Skoro obiecany świt nie przyniósł ukojenia ani sprawiedliwości, pora przestać kibicować Batmanowi bądź Supermanowi, a zacząć Iron Manowi albo Kapitanowi Ameryce.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękujemy sieci kin

cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: