Tata kontra tata

Tata kontra tata (S. Anders, 2015) to hybryda gatunkowa. Zaskakująco zjadliwa komedia familijna zawiera w sobie elementy komedii z Willem Ferrellem i komedii z Markiem Wahlbergiem. Nadaje się do oglądania głównie właśnie dzięki temu, że bardziej adekwatnym tytułem byłoby „Ferrell kontra Wahlberg”.

Gwiazdorzy grają tutaj te same role co zwykle, tylko tym razem w postaci wpisano świadomość, kto będzie je kreował. Z tego względu w dalszej części tekstu nie będę używał nazwisk bohaterów, a samych aktorów. Will Ferrell jest nieco ciamajdowatym ojczymem dwójki dzieci, które nie do końca go akceptują. Wyjątkowo łatwo ulega wzruszeniom, a w pudełku na narzędzia trzyma tampon. Jak to zazwyczaj u niego bywa robi głupie miny do kamery. W tym wypadku przesadza z mimiką myśląc, że jest zabawny – co rzadko ma pokrycie w rzeczywistości – tylko do pojawienia się Marka Wahlberga. Prawdziwy ojciec kilkuletniego rodzeństwa jest dokładnym przeciwieństwem nowej głowy rodziny. Jego wejściu na ekran towarzyszą dźwięki Thunderstruck AC/DC. I to właściwie mówi o nim wszystko. Problemy zamiast rozmową woli rozwiązywać pięścią, a do tego roztacza chłopięcy urok manipulując wszystkimi dookoła.

Konflikt kreślony jest tutaj grubą kreską i zbudowany na kolejnych kliszach z kilkoma zabawnymi scenami, wszystkimi do zobaczenia w zwiastunie. Uwagę przykuwa to, co odtwórcy głównych ról robią ze swoimi partnerami. Głupkowaty Ferrell gra subtelniej, chociaż wciąż zahacza o karykaturę, tak jak w diegezie nieraz próbuje dorównać kontrującemu go Wahlbergowi. Działa to w obie strony. Jego nadekspresyjność wpływa na tego drugiego, starającego się tonować swoje zachowanie. Ogranicza swoje gesty i jak przystało na twardziela ciągle sprawia wrażenie wkurzonego. W ten sposób rysuje portret epatującego testosteronem dziecka uwięzionego w ciele mężczyzny, ale wraz z upływem czasu coraz bardziej naśladuje współpracownika. Aktorzy stopniowo zmniejszają kontrast między swoimi postaciami, dużo lepiej wypadając kiedy goszczą w kadrze razem niż dając popisy solowe. Co ciekawe od strony fabularnej jest zupełnie odwrotnie.

Zarówno czy to siadając na stołku reżysera, czy odpowiadając za scenariusz; Sean Anders dał się poznać jako współtwórca komedii nieśmiesznych, do bólu konwencjonalnych, od początku skazanych na porażkę (patrz: Spadaj tato <2012>), bądź  ratowanych jedynie przez dużą ilość nagich kobiet (patrz: Sekspedycja <2008>). Często jednak był tego świadomy, co stanowiło jedną z niewielu mocniejszych stron produkcji sygnowanych jego nazwiskiem. Nie inaczej jest w tym przypadku. W żadnej scenie nie udaje, że jego film ma być czymś więcej niż niezobowiązującą rozrywką dla całej rodziny. Ba, w niektórych nawet wprost wyśmiewa zwykle serwowane z kamienną twarzą sztampowe zabiegi, a robi to na wzór znany ze Scrubs, bądź parodii. Leitmotiv pod postacią bajki snutej dzieciom do snu przez Wahlberga, będącej trawestacją fabuły ma za zadanie nie tylko zapobiec zagubieniu w tej prościutkiej i wielokrotnie widzianej opowieści, ale również podkreślić obowiązkowy uniwersalny wymiar. Zobaczymy tu niemal wszystkie evergreeny kina familijnego z całym ich banałem i infantylnością. Morał znamy na pamięć, ale na szczęście w ostatniej chwili niczym Spider-Man (Tom Holland) w najnowszym zwiastunie Kapitana Ameryki: Wojny Bohaterów (A. i J. Russo, 2016) z ratunkiem przybywa John Cena, wywołując uśmiech, a nawet lekkie oczekiwanie na sequel.

Tata kontra tata łatwo dopisać do tegorocznej tendencji w kinie superbohaterskim; serii produkcji w których będziemy mieli do czynienia ze starciami herosów. Krytycy już zmieszali z błotem Świt Sprawiedliwości (Z. Snyder, 2016), a tymczasem ojcowie toczą wyrównany pojedynek bez zażenowania, nie bacząc na porażkę Batmana i Supermena. To po prostu kolejny odmóżdżający film z Willem Ferrellem, lub niewymagający z Markiem Wahlbergiem. Anders w pojedynku aktorskim ani nie przeszkadza, ani też specjalnie nie pomaga, dba jedynie aby walka była uczciwa, a na koniec ogłasza remis. Może nawet przysnął kilka razy na planie, a widzowie pewnie pójdą w jego ślady w trakcie seansu. Mamy w końcu do czynienia z komedią pływającą po dnie przeciętności, ginącą gdzieś w morzu podobnych (identycznych?) sobie. Ale czy patrząc na obsadę i twórców ktoś spodziewał się czegoś ambitniejszego?

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: