Bogowie Egiptu

Niedługo po premierze Bogów Egiptu (2016) Alex Proyas nazwał krytyków idiotami, zarzucając im, że nie zrozumieli jego filmu. Co prawda rzeczywiście nie taki diabeł straszny, jak rzeczeni krytycy go malują, ale też do rozumienia nie ma aż tyle, ile reżyser by sobie życzył.

Starożytni bogowie u Australijczyka są wyżsi od ludzi, a w ich żyłach płynie złota krew. Chociaż nie różnią się wiele od śmiertelników, to szaremu człowieczkowi (któremu nieobcy jest proces projekcji identyfikacji) mogłoby z trudem przyjść utożsamianie się z nimi. Oczywiście jest to ignorancja całego nurtu kina superbohaterskiego; oglądając kolejne produkcje Marvela narcystyczna publiczność nie ma problemu z widzeniem siebie jako trykociarzy, więc prawdopodobnie z Horusem (Nikolaj Coster-Waldau) również by sobie poradzili – tym bardziej, że potrafi on przybierać kształt sokoła, a kiedy to robi przypomina wspomnianych herosów. Zdecydowanie jednak łatwiej przelewać emocje na kogoś bez nadzwyczajnych zdolności. W tym wypadku jest to złotowłosy Bek (Brenton Thwaites). Drobny złodziejaszek stracił swoją ukochaną Zaye (Courtney Eaton) i zrobi wszystko żeby ją odzyskać, nawet jeśli ma to oznaczać zaufanie synowi Ozyrysa (Bryan Brown). Protagonista wcześniej nie miał z bogami po drodze, co oznacza dla niego nie lada wyzwanie.

Jednym z głównych wątków filmu jest więc historia miłości silniejszej niż śmierć. Przedstawiony zostaje on dosłownie. Bek wyrusza na krucjatę przeciwko Setowi (Gerard Butler) u boku Horusa, gdyż ten obiecał mu ożywienie wybranki. Równolegle do niego rozwijany jest motyw zyskiwania wiary, uwypuklony dzięki wprowadzeniu mędrca, pod postacią boga słońca Ra (Geoffrey Rush), rozprawiającego o życiowej podróży i tym, kto co powinien wynieść z doświadczeń jakie na niego czekają. Między jedną pogadanką a drugą walczy z demonem ciemności, chcącym wchłonąć nasz świat i wprowadzić chaos. Niemal wszystko występuje tutaj w podobnych parach, a opozycje oddzielone są od siebie grubą kreską. Reżyser maluje portret starożytnego Egiptu wyjątkowo manichejskimi barwami.

Twórca Kruka (1994) zdaje się być świadomym czym tak naprawdę jest sygnowana jego nazwiskiem produkcja. Stąd nie brakuje kilku ukłonów w stronę widza, mających na celu wyśmiewanie kolejnych klisz. Są jednak na tyle subtelne, że można je łatwo przegapić. Autotematyzm jest dużo bardziej wyrazisty w kreacjach aktorów. Nie grają tu osób, a motywacje psychologiczne bardziej wynikają z potrzeb scenariusza, aniżeli odniesień do rzeczywistości. Powtarzają role, które już gdzieś widzieliśmy, czy to w ich wykonaniu, czy w szeregach innych. Nikolaj Coster-Waldau ewidentnie próbuje nawiązywać do postaci królobójcy z Gry o Tron, a wydłubanie mu oczu można nawet interpretować jako edypowską karę za kazirodztwo. Bogowie Egiptu stworzeni są z innych filmów i mogą posłużyć za sztandarowy przykład kina gatunkowego żywiącego się samym sobą, nadgryzającego i tak już do połowy zjedzony własny ogon. Ponownie przerabiane są fabularne samograje mielone na wszelkie sposoby przez Hollywood. Jest ich za mało na dzieło kultowe, ale jednocześnie wystarczająco dużo, aby nie raziły kiczem, gdyż akurat w tym wypadku więcej znaczy mniej. Nie są to pojedyncze zbłąkane klisze – stanowią integralną część opowieści. Na siłę łączą je ze sobą kolejne pojedynki na szczytach piramid, a tło często jest bardziej ekscytujące niż sama walka.

Skoro ze zrozumieniem szczątkowej fabuły stworzonej ze znanych motywów nie powinno być problemu, może krytykom brakuje wiedzy o egipskiej mitologii? Jeśli reżyser ma jakieś o niej pojęcie, to z pewnością tego nie okazuje. Mity stanowią dla niego jedynie punkt wyjścia i nie należy zakładać, że to co zostało przedstawione ma jakieś pokrycie w rzeczywistych wierzeniach starożytnych. Proyasa nie interesuje realizm epoki. Według niego osoby mieszkające przed tysiącami lat w dolinie Nilu to wysportowani atleci o idealnych ciałach. Nie wspominając o kolorze skóry. W porównaniu z powyższą produkcją Oscary wcale takie białe nie były. Zresztą Australijczyk już za to przepraszał i tłumaczył się (dobre sobie) brakiem możliwości finansowych. 140 milionów dolarów widać przede wszystkim w efektach specjalnych. CGI nieraz kłuje w oczy, ale do pakietu z głupiutką fabułą pasuje idealnie i efekty specjalne należy uznać za nieinwazyjne. Koniec końców otrzymujemy dzieło, które wygląda jak nieco niedorozwinięte dziecko lat 90. i kinowego uniwersum Marvela.

Alexowi Proyasowi duży budżet z pewnością nie służy, a wręcz przeszkadza w realizowaniu wizji. Od debiutu Spirits of the Air, Gremlins of the Clouds w 1989 roku do Garażowych dni (2002) w mniejszym bądź większym stopniu zmuszał widzów do angażowania szarych komórek w czasie seansu. W Ja, robot (2004) widać było spadek formy, a kolejną Zapowiedzią (2009) sięgnął niemal dna. Omawiany film prawdopodobnie zostałby lepiej odebrany, gdyby wszedł na ekrany w lecie, a krytycy machnęliby ręką uznając go za kolejną szybko wylatującą z pamięci letnią superprodukcję. I chociaż premiera ma miejsce w zimie, to tytuł należy wpisać do gatunku niezobowiązujących blockbusterów, mogących lecieć w tle do niedzielnego obiadu jeśli zostaną puszczone na Polsacie. Bogowie Egiptu są rozrywką spod znaku sandałów i mieczy, zapewniającą większą frajdę niż nużący Exodus: Bogowie i królowie (R. Scott, 2014).

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: