John Layman i Rob Guillory – Chew: Delicje deserowe

Do tej pory, w przypadku komiksów z tego cyklu, mieliśmy do czynienia z (w miarę) zamkniętymi historiami. Przysmak konesera i Międzynarodowy smak były tylko prologami mającymi nas wprowadzić do tworzonego uniwersum. Można było rozpatrywać je osobno, traktować niezależnie od siebie, a nawet rozpocząć przygodę z serią Chew od drugiego tomu. W przypadku Delicji deserowych osoby niezaznajomione z poprzednimi zbiorami, będą miały problem z odnalezieniem się w świecie przedstawionym.

Tony Chu jest policjantem posiadającym niecodzienne zdolności pracującym w wydziale do spraw żywności i leków. Ludzie tacy jak on określani są mianem cybopatów. Oznacza to, że jedząc owoc wie z jakiego drzewa pochodzi i jakimi chemikaliami go spryskano. Gryząc człowieka, poznaje wszystkie jego tajemnice. Przełożony do tej pory wykorzystywał umiejętności protegowanego każąc mu spożywać między innymi odchody, czy martwe zwierzęta. Partner John Colby, będący obecnie w połowie robotem, postanowił dość nietypowym sposobem wygładzić stosunki przyjaciela z szefem. Dzięki temu życie zawodowe głównego bohatera uległo zdecydowanej poprawie. Jeśli chodzi o sferę prywatną również nie ma powodów do narzekań. Spotyka się z Amelią Mintz, recenzentką kulinarną potrafiącą opisywać potrawy w taki sposób, aby odbiorcy poczuli ich smak, czyli tak zwaną saboskryberką.

Niektóre wątki z poprzednich zeszytów zostają porzucone, inne powracają, lub pobrzmiewają w tle, zazębiając się z kolejnymi liniami fabularnymi wprowadzanymi wraz z nowymi bohaterami. Będąc w ćwierci opowieści, przewidzianej łącznie na sześćdziesiąt zeszytów, twórcy rozwijają skrzydła, cały czas rozbudzając chęci czytających na więcej. Główne postaci są coraz bardziej wielowymiarowe, ale to jednak drugie plany przykuwają najwięcej uwagi. Przedstawiona zostaje nam była dziewczyna Tony’ego, jeden z jej palców, oraz cała rodzina gliniarza. Wampir gdzieś zaginął, ale za to wrócił Savoy i kurczak będący powodem wojny domowej na małej wysepce. Otrzymujemy kilka odpowiedzi, ale pada coraz więcej pytań.

Plansza otwierająca pierwszy zeszyt w albumie przedstawia randkę policjanta i dziennikarki. Kobieta pokryta jest krwią, a mężczyzna stoi z pistoletem w ręku konstatując, że nie jest to typowe, romantyczne spotkanie. Po przewróceniu kartki obserwujemy walkę między tygrysem szablo zębnym a myśliwym, która miała miejsce dwadzieścia tysięcy lat wcześniej. Jeden z następnych rozdziałów zaczyna się od środka, gdyż twórcom „pomieszała się kolejność stron”. John Layman rozrzuca linie czasowe, przechodzi od jednego wątku do drugiego, trzymając pieczę nad całością i nie pozwalając czytelnikowi na zagubienie. Kolejnymi absurdami uderza odbiorcę w twarz, a ich „przypadkowa” kolejność wzmacnia poczucie wszechogarniającego bezsensu. Raz ma ona służyć podtrzymywaniu napięcia, a innym razem dedramatyzacji. Achronologiczność nie jest w serii niczym nowym, ale tym razem, jakby zachęcony sukcesem poprzednich tomów, scenarzysta śmielej sięga po tego typu zabiegi. Mnoży też kolejne odniesienia do popkultury. Kradnie, reinterpretuje i cytuje, czerpiąc pełnymi garściami z różnych ikonografii i obnażając zasady panujące w danej konwencji. Spoglądając na dwie okładki będące trawestacją plakatów filmów Quentina Tarantino nie trudno odkryć skąd czerpał inspiracje. Chew wciąż posiada pazur i jest jawną krytyką konsumpcjonizmu, dzięki odniesieniom do Podziemnego kręgu chyba nawet ostrzejszą niż wcześniej, ale nie ma potrzeby szukać głębszego sensu. Liczy się przede wszystkim dobra zabawa, a ta przypomina przejażdżkę rollercoasterem.

Ze sposobem prowadzenie historii Laymana współgrają rysunki Roba Guillory. Estetyka jak zawsze przywodzi na myśl kreskówki. W karykaturalnych, kanciastych postaciach niekiedy można rozpoznać sylwetki gwiazd kultury popularnej. Dzięki temu widać dystans autorów do swojej opowieści. Rezygnacja z realizmu na każdym polu pozwala uniknąć niepotrzebnego patosu a także chroni od popadnięcia w niezamierzoną parodię. Rozpoczynając lekturę komiksu wchodzimy do nierzeczywistego cartoonowego świata, w którym codzienne problemy znikają.

Oryginalny tytuł trzeciego tomu Chew brzmi Just Desserts. Jest to nieprzetłumaczalny idiom oznaczający, że dane osoby otrzymują to na co zasługują, obojętne czy chodzi o karę czy nagrodę. Ciężko stwierdzić o kogo chodzi. Początkowo ku naszej uciesze życie sympatycznego Tony’ego zmierza w dobrym kierunku. To jedynie cisza przed burzą, a kończący ostatni zeszyt cliffhanger może okazać się zapowiedzią prawdziwych kłopotów. Nie ma za to wątpliwości, że fani dostają w swoje ręce godną kontynuację. Pojawia się jedynie pytanie jak długo jeszcze twórcy zdołają utrzymać taki poziom? John Layman i Rob Guillory z każdym kolejnym wydaniem zbiorczym podnoszą sobie poprzeczkę. Wszystkie z albumów serii stanowią małą, skromną perełkę sztuki komiksowego opowiadania. Opisując je ciężko nie używać kulinarnych analogii, dlatego takową zakończę mój wywód. Delicje deserowe to deser, który nie wywoła ani zgagi, ani wzdęć, a pozostawi z uczuciem błogiego niedosytu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu:

mucha

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: