„Ciało jest dziełem sztuki” – Wywiad z Jody Luk

Jody to pseudonim hongkońskiej artystki Luk Yee-sum. Zanim stanęła za kamerą i wyreżyserowała swój autorski debiut Ciepło, cieplej, gorąco była odpowiedzialna za scenariusze do czterech filmów. Rozmawiałem z nią o jej twórczości, pisaniu, nieletnich prostytutkach i podejściu do kobiecego ciała.

Rafał Christ: Podczas 9. edycji Festiwalu Filmowego Pięć Smaków dużo dyskutuje się na temat sytuacji kobiet w azjatyckim przemyśle filmowym. Jak to jest być reżyserką w Hongkongu?

Jody Luk: W ogólnym rozrachunku hongkońskie środowisko jest przyjazne. Jeśli chodzi o liczbę kobiet pracujących jako reżyserki to wciąż margines, ale traktowane jesteśmy podobnie jak mężczyźni. Dostajemy tych samych inwestorów i te same ekipy. Ich doświadczenie się przydaje, bo na planie trzeba być bardzo silnym. Godziny pracy są długie, a zdjęcia w plenerze łączą się z wieloma niewygodami, potrzeba na to dużo energii.

R. Ch.: Wolisz pracować jako scenarzystka-reżyserka czy tylko scenarzystka?

J. L.: Uwielbiam być scenarzystką. Reżyserowanie było dla mnie jedynie próbą, chciałam sprawdzić czy dam sobie radę. Jestem bardzo zadowolona z efektów pracy. Na festiwalach film został ciepło przyjęty i otrzymał dobre recenzje. Mimo to, szczerze mówiąc, wolę pisać.

R. Ch.: Jak zaczęła się twoja przygoda z filmem?

J. L.: Przygoda to bardzo dobre określenie. Nigdy nie chodziłam do szkoły filmowej, ale kiedyś, pracując jako detektyw, napisałam krótką powieść na temat mojego zawodu. Mój obecny szef, reżyser Pang Ho-cheung, kupił tę książkę. Uznał ją za ciekawą i skontaktował się ze mną. Po jednym czy dwóch latach rozpoczęliśmy pracę nad naszym pierwszym wspólnym projektem Love in the Buff. Taki był początek tej przygody.

R. Ch.: Przed reżyserskim debiutem napisałaś scenariusze do czterech filmów. W dwóch z nich pokazujesz swoje kobiece oblicze, bo są to komedie romantyczne, a w pozostałych wręcz przeciwnie – są bardzo męskie. Który z gatunków jest ci bliższy?

J. L.: Ciężko powiedzieć. Wszyscy ludzie mają różne tożsamości i czasami żyjemy w Love in the Buff, czasami w Vulgarii, a czasami spotykamy ludzi podobnych do tych z SDU. Myślę, że w Love in the Buff i Ciepło, cieplej, gorąco, można odnaleźć więcej mnie. Vulgaria czy SDU są jak druga strona, którą rzadko odkrywam. Przy tekstach często pracuję z Pang Ho-cheungiem. Bardzo mi pomaga. Podaję mu szkic opowieści, a on podpowiada mi, jak najlepiej ją poprowadzić. Dzięki niemu efekt finalny jest lepszy.

R. Ch.: Waszym pierwszym wspólnym projektem była komedia romantyczna, a twój debiut to również w pewnym stopniu komedia romantyczna. To przypadek czy świadomy wybór? Czyżby twoja kariera zatoczyła koło?

J. L.: To na pewno nie przypadek. Raczej wybór. Jeśli mówimy o komunikacji międzyludzkiej czy związkach nie są to zawsze wielkie dramaty. Nie żyjemy w XVI, XVII czy XVIII wieku, a w świecie nowoczesnym. Trzeba równoważyć własne życie i życie w związku. Nie podporządkowuję całej siebie drugiej osobie, muszę robić wtedy też inne rzeczy. Dla mnie związki są lekkie i przyjemnie, zupełnie jak moje komedie romantyczne.

R. Ch.: A jak pracowało się z Pangiem przy Ciepło, cieplej, gorąco, którego jest producentem?

J. L.: Pang jest dla mnie jak mentor. Wziął mnie pod swoją opiekę kiedy praktycznie nikt o mnie nie słyszał i wyszkolił. Teraz, kiedy reżyserowałam swój pierwszy film zawsze służył dobrą radą w kwestiach technicznych, nastawienia czy chociażby zarządzania. Ciepło, cieplej, gorąco powstało w zaledwie szesnaście dni. To bardzo mało czasu, a ja po raz pierwszy miałam pracować z aktorami. Było to nowe doświadczenie, na pewno nie łatwe. Udało się dzięki jego radom i wsparciu. Gdyby nie on film pewnie by nie powstał. Nie zdobyłabym pieniędzy, aby rozpocząć projekt, a już na pewno nie ukończyłabym go w tak krótkim czasie.

R. Ch.: Obecność dwóch reżyserów na planie może prowadzić do częstych sprzeczek.

J. L.: Oczywiście! Ciągle się kłóciliśmy, ale w pozytywnym sensie. Jeśli on podążałby ślepo za mną, albo ja ślepo za nim nigdy nie byłoby to dobre. Naprawdę potrzeba drugiego głosu, aby skonfrontować go z twoją wizją. Czasami kiedy patrzysz na swoją pracę, myślisz że jest idealna. Co niestety nie jest prawdą. Potrzebujesz kogoś, kto na nią spojrzy i powie co robisz źle, czy pomoże ci ją usprawnić. Bardzo się cieszę, że mam taką osobę, która ocenia to co robię i mówi, co mu się podoba, a co nie. Działa to w obie strony. Kiedy piszemy, zachowuję się podobnie. On podaje pomysły, dyskutujemy o nich i nie wszystkie przypadają mi do gustu. Wspólnie szukamy drogi, aby efekt zadowolił nas oboje.

R. Ch.: Ciepło, cieplej, gorąco oparte jest na prawdziwych wydarzeniach. Możesz opowiedzieć coś więcej?

J. L.: Zanim podjęłam się reżyserii, byłam odpowiedzialna za pisanie. Myślałam, że napiszę tekst i znajdziemy kogoś innego, zdecydowanie kobietę, która miałaby to wyreżyserować. Zbieranie materiałów i pisanie scenariusza zajęło nam prawie cały rok. Po tym czasie nie mogliśmy znaleźć odpowiedniej osoby. I wtedy postanowiłam spróbować, bo bardzo chciałam zobaczyć jak ten scenariusz staje się filmem. Zaczęliśmy szukać pieniędzy i rozpoczęliśmy casting. Produkcja trwała bardzo krótko, ale to co ją poprzedzało było bardzo długie. Przepytaliśmy w tym czasie około 50 dziewczyn. Do filmu trafiła na przykład scena, w której babcia sprawdza czy nastolatka nie ma gdzieś na ciele tatuaży. I to jest wzięte z autentycznego wydarzenia. Dziewczyna nigdy nie myślała, że będzie młodą prostytutką do momentu, w którym bliska osoba przestała jej ufać i kazała zdjąć ubrania, żeby szukać tatuaży. Czuła się upokorzona przez rodzinę i postanowiła pójść dalej. Doszła do wniosku, że skoro jej nie ufają to czemu nie powinna zrobić czegoś gorszego niż tatuaż. Zmieniliśmy nazwiska i zmieszaliśmy ze sobą wszystkie problemy i postaci, żeby chronić osoby, o których opowiadamy. Nawet dziewczyny, które zobaczą ten film nie zrozumieją, że w danej scenie mówimy właśnie o nich.

R. Ch.: W postprodukcji film był kilkanaście minut dłuższy. Co się zmieniło w wersji finalnej?

J. L.: Mieliśmy mnóstwo materiału. Na wszelki wypadek nakręciliśmy dużo więcej ujęć. Chwytaliśmy czas, bo oznaczało to więcej możliwości wyboru. W finałowej wersji skupiliśmy się bardziej nad przyjaźnią trzech dziewczyn i ich emocjach. Zrezygnowaliśmy z pogłębienia relacji z chłopakami i prawdopodobnie to są właśnie te brakujące minuty. Myślę, że usunięcie pewnych scen było konieczne podczas montażu, bo jeśli umieściłabym wszystko to końcowy produkt nie byłby tak dobry. W tej pracy chodzi o wybory. Możesz pozwolić historii iść w jedną bądź drugą stronę, ale musisz podejmować decyzje. Myślę, że ja podjęłam właściwe, bo inaczej przecież nie rozmawiałabym teraz z tobą. Zresztą, zatrzymaliśmy wszystkie usunięte sceny i umieścimy je na wydaniu DVD.

R. Ch.: Czy możesz powiedzieć, że Ciepło, cieplej, gorąco jest portretem dzisiejszej młodzieży?

J. L.: Z pewnością jakiejś jej części. W Hongkongu społeczeństwo nastoletnich dziewczyn jest wielkie. W filmach pokazywane są głównie jednoznacznie. Albo od pozytywnej strony, jak bardzo dobrze się uczą, czy są posłuszne rodzicom, albo jak nie lubią chodzić do szkoły i nie wracają do domu. W tym filmie zostało to wymieszane. Moje bohaterki lubią wychodzić z przyjaciółmi, ale są też oddane rodzinie. Chcą zobaczyć swojego ojca, czy słuchają swojej babci. Jedna dziewczyna dobrze radziła sobie z nauką i babcia obiecała jej, że będzie mogła kupić sobie psa. One wszystkie są niewinne, bo nie chciały nikogo skrzywdzić i nie uciekały w używki. Myślę, że to jest tylko część, pewna grupa, która nie reprezentuje wszystkich hongkońskich nastolatek, ale takie jak moje bohaterki też istnieją.

R. Ch.: Film jest bardzo szczery, chemia między dziewczynami jest niesamowita. W jaki sposób pracowałyście, że udało się osiągnąć taki efekt?

J. L.: Ponieważ jest to opowieść o młodocianych prostytutkach i przyjaźni między trzema dziewczynami, poprosiłam producenta, aby wynajął mieszkanie, w którym zamieszkałam z nimi na trzy miesiące. Musiałyśmy się poznać. Przede wszystkim one musiały się poznać. Kiedy mieszkasz z tyloma osobami przez tak długi czasu, na pewno zdarzą się kłótnie. Nie jestem już dziewczyną, byłam dla nich bardziej jak matka. Kiedy zaczynały się kłócić musiałam słuchać narzekań, spojrzeć na sprawę z innej perspektywy. Do scenariusza dodawałam kolejne sceny podkreślające ich charakter. Tracy w prawdziwym życiu czasami przeklina. W pierwotnej wersji była całkowicie dobrą dziewczyną, w ogóle nie używała wulgaryzmów. Kiedy słuchałam jej rozmów z ludźmi, pomyślałam, że wyrzucając wszystkie brzydkie słowa, jej gra będzie miała mniej mocy. Dodałam więc osobowość aktorki do postaci filmowej.

R. Ch.: Kiedy mieszkałyście razem zdarzały się jakieś zabawne sytuację?

J. L.: Oczywiście! Nieraz bywały zbyt zmęczone i zapominały, że muszę pracować nad scenariuszem. Kiedy wyszłam, zamknęły drzwi na klucz i żadna mi nie otworzyła. Musiałam spędzić noc w hotelu. Walkę o łazienkę o poranku rozwiązałyśmy tak, że jedna brała prysznic, druga korzystała z toalety, a trzecia z umywalki. Było jak w akademiku. Szwendałyśmy się, czasami razem piłyśmy, więc było dość zabawnie.

R. Ch.: Znalazłem również informację mówiącą, że wróciłaś kiedyś pijana i powiedziałaś: „Skoro widziałam was nagie, teraz czas żebyście wy zobaczyły moje ciało”.

J. L.: To nie do końca prawda. Nie byłam wtedy pijana. Jeśli prosisz dziewczyny, żeby rozebrały się całkowicie przed kamerą wymaga to zaufania. Nie chciałabym wykorzystywać autorytetu reżysera i beznamiętnie rozkazywać. Chodzi o komunikację. Dlatego od początku upierałyśmy się przy kobiecie reżyserze. Ja widzę ich ciało w inny sposób niż mężczyźni. Nagość nie zawsze łączy się dla mnie z seksem. Mam bardziej renesansowe podejście. Ludzkie ciało jest dziełem sztuki. Oczywiście kiedy dziewczyny zaczynały pracę miały pewne obawy przed erotycznymi scenami. Kiedy zamieszkałyśmy razem poczuły większy komfort. By go zapewnić, na planie zebraliśmy głównie kobiecą ekipę. Operator Jam Yau jest mężczyzną, ale jego wcześniejsze prace dowodzą, że naprawdę dobrze portretuje nastoletnie dziewczyny. Nie podchodzi do nich jak macho, z męskim, erotycznym punktem widzenia.

R. Ch.: Dziewczyny były zawodowymi aktorkami czy amatorkami?

J. L.: Wszystkie były nowe w zawodzie. Fish Liew grała wcześniej w jednym bądź dwóch filmach, a reszta to debiutantki, które parały się co najwyżej modelingiem. Wyłowiliśmy je z castingów, na które przyszło łącznie około trzystu dziewczyn i tak zdobyłam te trzy wspaniałe aktorki. Pracując z naturszczykami musisz spędzić dużo czasu, aby dodać im pewności siebie. Nawet jeśli są bardzo dobrzy, bywają nieśmiali albo w siebie wątpią. Nigdy nie mieli okazji grać przed ludźmi, więc musisz dać im więcej przestrzeni do oddechu, częściej ich komplementować, aby uczynić ich silnymi. Inaczej jest z profesjonalistami, którzy wiedzą na czym polega aktorstwo. Ci są bardziej wydajni. Jeśli chodzi o odgrywanie niektórych scen, są bardziej otwarci i chcieliby spróbować nowych rzeczy.

R. Ch.: Do kogo skierowany jest twój debiut?

J. L.: Szczerze mówiąc zrobiłam ten film dla dziewczyn. Jest to opowieść o damskiej przyjaźni i niektóre sceny, jak ta z tamponem, który utknął w pochwie, będą bardziej zabawne dla kobiecej części widowni. Niemal każda z nas miała podobne doświadczenie albo mniej lub bardziej zabawne sytuacje związane z okresem. Jeśli chodzi o ciało zawsze jesteśmy osądzane przez przyjaciółki, które stwierdzają czy nasze piersi są w porządku, czy może za małe i żaden facet nas nie zechce. Wszystkie to przeżyłyśmy. Kiedy prezentowaliśmy film, dziewczyny bardzo żywo reagowały. Przypominały im się ich własne doświadczenia.

R. Ch.: We wszystkich filmach nad którymi pracowałaś widać silną inspirację popkulturą. Zarówno amerykańską jak i azjatycką. Która jest ci bliższa?

J. L.: Nie jestem takim geekiem jak bohaterowie Teorii wielkiego podrywu. Jestem kiepska w sprawach technologicznych (śmiech). Chyba pasuje do mnie bardziej określenie weirdo. Jeśli pytasz o moją prawdziwą popkulturową miłość to wolę europejską: francuską, włoską, skandynawską. Dla mnie są po prostu solidniejsze. Amerykańska i japońska są zabawne, ale te trendy popkulturowe zmieniają się praktycznie co miesiąc. Ja wolę rzeczy mniej zmienne. Lubię widywać się z tymi samymi ludźmi, lubię długie przyjaźnie i francuskie bądź brytyjskie poczucie humoru. Jest bardziej gorzkie i to mi się podoba.

R. Ch.: Co według ciebie stanowi największą różnicę między filmami azjatyckimi, a amerykańskimi?

J. L.: Szczerze mówiąc azjatyckie i amerykańskie filmy stają się coraz bardziej do siebie podobne. Dzieje się tak ze względu na wpływy kulturowe Hollywood, piosenkarzy popowych i komiksów. Wciąż oczywiście są jakieś różnice. Pomijając kino niezależne, Amerykanie uwielbiają happy endy. Znacznie rzadziej pojawiają się one w chińskich czy japońskich produkcjach. Szczególnie w japońskich i koreańskich, gdzie te zakończenia dużo częściej są smutne.

R. Ch.: Planujesz kolejne projekty?

J. L.: Muszę skupić się na pisaniu scenariuszy. Jestem winna tekst mojemu szefowi i muszę go skończyć. Pracuję teraz w Pekinie. Mam małą grupkę młodych pisarzy i próbuję ich uczyć, żeby pewnego dnia mogli rozpocząć własne projekty i współpracować z reżyserami. To zajęcie wymaga wiele cierpliwości. Dyskutuję z nimi, poznaję ich możliwości, a to zabiera mnóstwo czasu. Przy Ciepło, cieplej, gorąco pracowała ze mną dziewczyna z tej grupy, którą przygotowywałam przez trzy lata. Bycie pisarzem nie jest proste i miałam szczęście spotykając Panga. Jest bardzo surowy, ale wie wszystko o pisaniu. Dał mi wiedzę i mogę ją teraz przekazać innym. Jestem wdzięczna za możliwość pracowania z takimi ludźmi.

R. Ch.: Na koniec pytanie, które zawsze zadaję swoim rozmówcom. Czego nauczyłaś się sama, a wolałabyś żeby ktoś cię tego nauczył?

J. L.: Może powiem o związkach. Kiedy jest się młodym nikogo się nie słucha, co prowadzi do złych doświadczeń. Niektóre z nich są dobre dla twojej przyszłości, inne nie. Gdybym w tamtym czasie słuchała innych, a nie polegała tylko i wyłącznie na własnym osądzie, byłoby mi łatwiej. I moim bohaterkom również.

Redakcja tekstu: Sławomir Wasiński

Za możliwość przeprowadzenia wywiadu dziękuję organizatorom festiwalu

PIĘĆ SMAKÓW-2015_Logo PL N++

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: