San Andreas – Wydanie DVD

The Rock wstrząśnie waszym światem.

San Andreas (2015) to na pozór film stworzony według przepisu na kino katastroficzne Rolanda Emmericha. Będzie więc szybko, widowiskowo, nieraz zabawnie, a całość zostanie podszyta amerykańskim patosem i pochwałą konserwatyzmu. Niby wszystko się zgadza, ale coś jest nie tak. Już w pierwszej scenie reżyser Brad Peyton daje nam znak, że zamierza wystawić naszą znajomość hollywoodzkich zasad na próbę. Następnie dociska pedał gazu i, kolokwialnie mówiąc, robi sobie jaja.

saRay, a właściwie The Rock, gdyż przez cały seans postać kreowana przez byłego wrestlera była po prostu The Rockiem i tak będę ją tytułować w dalszej części tekstu, na początku prezentowany jest niczym superbohater. Jego twarz wyłania się z bieli, jakby zstąpił z niebios, aby uratować planetę przed katastrofą. Chociaż planeta to złe słowo, gdyż kiedy usłyszy o największym w historii trzęsieniu ziemi obejmującym całe wschodnie wybrzeże, zainteresowany będzie jedynie swoją rodziną. Rodziną, z którą nie ma ostatnio zbyt dobrego kontaktu. Jest w trakcie rozwodu z Emmą (Emmą), jego córka Blake (Alexandra Daddario) woli spędzać czas z nowym chłopakiem matki Danielem (Ioan Gruffudd), a do tego wszystkiego krąży nad nim demon przeszłości.

Równolegle z ekspozycją protagonisty rozwijana jest postać Lawrence’a (Paul Giamatti), naukowca, który wraz z przyjacielem odkrył w jaki sposób można przewidywać nadchodzące trzęsienia i ich natężenie. Nikt nie słuchał pary sejsmologów, a kiedy doszło do katastrofy było już za późno. W skrócie schemat na schemacie pogania kolejny schemat. Jednak każdy z nich doprowadzony jest do takiego ekstremum, że nie sposób traktować tego poważnie.

Szczególnie patrząc jak The Rock dwoi się i troi, aby wraz z byłą partnerką dotrzeć do córki, która utknęła w San Francisco, a ojczym porzucił ją przy pierwszej lepszej okazji. Żeby uratować latorośl prowadzi niemal każdy z możliwych pojazdów; od prozaicznego samochodu do motorówki (po co komu oryginalna fabuła kiedy The Rock ściga się z czasem, aby wpłynąć na tsunami?). Kolejne przeszkody stawiane przez Peytona na drodze bohaterów i następne zbiegi okoliczności są tak niewiarygodne, że aż śmieszne. Można też odnaleźć kilka odniesień jak Blake stojąca niczym Tyler Durden w Podziemnym kręgu (D. Fincher, 1999) przed oknem wieżowca i obserwująca upadające miasto, czy lekkie sprofanowanie Śpiącej królewny (proszę o wybaczenie tego drugiego, ale skojarzenie jest bardzo adekwatne).

Protagonista wraz z żoną, nieraz pomagając innym, muszą przejść przez to wszystko, aby zrozumieć, jak ważna jest rodzina. Bo chociaż całość pozbawiona została patosu, to w ostatniej scenie twórcy machają nam amerykańską flagą przed oczami i dają sporą dawkę nadziei. A w sumie raczej wywołują śmiech, gdyż wtedy pozbawiają widza wątpliwości, dowodząc że była to jedna wielka zgrywa. Jedyne czego ten film może nas nauczyć, to żeby zawsze wykonywać polecenia kiedy wydaje je The Rock.

Chociaż pewnie już jest jasne, to tak jak twórcy filmu swoje tezy łopatologicznie wyłożę, że sercem tej produkcji jest czarnoskóry mięśniak. Dzięki niemu można wysiedzieć bez znużenia do końca seansu. Ponownie igra ze swoim wizerunkiem twardziela, nie doprowadzając go tym razem do ekstremum jak w ostatnich Szybkich i wściekłych (J. Wan, 2015), ale egzaltując swoją wrażliwość. Pomimo pokaźnego bicepsa jest troskliwym ojcem i mężem, walczącym z poczuciem winy wywołanym dawną tragedię. Podchodzi do swojej roli z odpowiednim dystansem stąpając na granicy karykatury, ale jednak jej nie przekraczając. Raz z uśmiechem wyrywa drzwi do samochodu, a kiedy indziej ze łzami w oczach mówi o swojej przeszłości. Ewidentnie zabawa na planie sprawiała mu radość, co w naturalny sposób udziela się widzowi.

W San Andreas chodzi o przyjemność płynącą z patrzenia na katastrofę, wyłączenia szarych komórek i oglądania kolejnych głupotek. Chociaż jest to film przewidywalny, to Brad Peyton potrafi nieraz zaskoczyć odwlekając nieuchronną, kliszową kulminację danej sceny. Odbierając film na poważnie nie ma możliwości, aby się spodobał. Należy do niego podejść raczej jak do subtelnej parodii, a może nawet bardziej pastiszu i patrzeć jak The Rock kopie tyłek przyrodzie i facetowi, który przykłada mu broń do głowy. Produkcja idealna na leniwe niedzielne popołudnie czy posiedzenie ze znajomymi przy piwku.

Mając San Andreas w swojej domowej kolekcji możecie obejrzeć go z polskim lektorem bądź napisami albo bez żadnego tłumaczenia lub z angielskimi napisami, żeby podszkolić swój język. Oglądanie tego trzęsienia ziemi na laptopie bądź jakimś gorszej jakości sprzęcie to wręcz grzech. Dźwięk Dolby Digital 5.1 przenosi nas do świata przedstawionego, pozwala znaleźć się w samym środku wydarzeń i doświadczyć katastrofy mając nieraz ciarki na całym ciele. Przy odpowiedniej głośności czuć jak podłoga ucieka spod stóp, kiedy siedzimy wygodnie w fotelu, a The Rock przechodzi przez ten koszmar bez większych obrażeń.

Fani dodatków również nie powinni być zawiedzeni. Na płycie prócz samego filmu znajdziecie usunięte sceny. Utwierdzają one w przekonaniu, że Peyton dobrze wiedział o czym chce opowiedzieć i w jaki sposób. Prócz jednej, wszystkie spowalniałyby akcję. Byłyby pustą retardacją. Ubolewam jednak nad nie pokazaniem potyczki Lawrence’a z gubernatorem. Uczyniłoby to finalną wersję bardziej zrozumiałą. Te cztery minuty dodatkowego materiału wzbogacone są również komentarzem reżysera, tłumaczącym się ze swoich decyzji. Za każdym razem stwierdza, że był zadowolony z danej sceny, jednak wiedział czego oczekują widzowie. Ma na myśli wartką akcję i zabójcze tempo. A to San Andreas ma nawet w nadmiarze.

Tekst opublikowany również na łamach portalu

rz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: