The Walk. Sięgając chmur

Jakiś czas temu nastał dla mnie, jako kinomaniaka, pewien przykry etap. Przestałem czerpać charakterystyczną przyjemność z oglądania. Co prawda nie potrafiłem sobie wyobrazić dnia bez przynajmniej jednego seansu, ale za każdym razem wydarzenia na ekranie były mi raczej obojętne. Sięgałem po kolejne produkcje z automatu, mechanicznie, nie odczuwając większych emocji. Wiedziałem jednak, że prędzej czy później trafię na film magiczny, który na nowo obudzi zapalonego fana (działa to zgodnie z zasadą, czym się strułeś, tym się lecz). Rękę wyciągnął do mnie Robert Zemeckis. Pomimo lekkiego lęku wysokości chwyciłem ją i wskoczyłem na dachy pewnych nieistniejących już wież.

posterNa początek reżyser postawił Josepha Gordona-Levitta na Statule Wolności, kazał mu mówić z francuskim akcentem i mnie zaczarować. Mnie! Bo aktor, wymawiając pierwsze padające z ekranu słowa, patrzy wprost w kamerę, a co za tym idzie – na mnie i jednocześnie wszystkich na sali. W ten sposób zaprasza nas do świata pewnego kuglarza, który chciał zrobić coś szalonego, niemożliwego, niebezpiecznego, a przede wszystkim nielegalnego. The Walk. Sięgając chmur (2015) ubrane zostało więc w płaszcz heist movie. Jest to opowieść o największym artystycznym przestępstwie w naszych dziejach, gdy Philippe Petit w 1974 roku rozwinął linę pomiędzy wieżami World Trade Center i urządził sobie spacer w chmurach.

Historia sama w sobie jest niewiarygodna. Oczywiście już ją słyszeliśmy, wystarczyło obejrzeć oscarowy dokument Człowiek na linie (J. Marsh, 2008), aby wiedzieć, jak to się wszystko potoczy. Z tego powodu utrzymywanie opowieści w kluczu realizmu byłoby prawdopodobnie prostą drogą do katastrofy. Znając zakończenie, ciężko o suspens czy większe napięcie (chociaż podczas seansu nie sposób nie poczuć dreszczyku emocji). Świadomy tego twórca Forresta Gumpa (1994) proponuje więc ucieczkę w bajkę. Odrealnia świat przedstawiony, wyciągając na wierzch magię towarzyszącą danemu etapowi z życia Francuza.

Postaci, z protagonistą na czele, są przerysowani do granic, a sztampa i przejrzystość doprowadzone do ekstremum. Już nawet sam Nowy Jork z lat 70. ubiegłego wieku wydaje się baśniową Nibylandią. Miejscem najeżonym pułapkami, ale jednocześnie pięknym. Zamieszkanym przez kuriozalne osobistości, z których każda jest dla ciebie życzliwa. W pierwszym lepszym sklepie możesz spotkać swojego rodaka i porozmawiać z nim w ojczystym języku, a także namówić do przestępstwa. Słowem, przy odrobinie szczęścia i uporu osiągniesz wszystko.

Film tylko na pozór jest o wspomnianym przejściu, a w rzeczywistości dotyka bardziej uniwersalnych tematów. Fakty służą twórcy jako pretekst do opowiedzenia historii, może nawet i naiwnej, o spełnianiu marzeń. Marzenie jest niczym ożywający potwór. Dlatego kiedy Petit ustala datę swojego spaceru, w tle słychać grzmot, a jego słowa brzmią niczym fraza wypowiedziana przez doktora Frankensteina, kiedy powołał do życia stworzone przez siebie monstrum. Marzenie jest największą obsesją głównego bohatera, jego przekleństwem, a jednocześnie błogosławieństwem. Marzenie dało mu powód do działania, uczyniło go takim, jakim go znamy.

The Walk. Sięgając chmur jest filmową ciekawostką. Robert Zemeckis opowiada tę historię według hollywoodzkiego podręcznika. Otrzymujemy odpowiednią dawkę humoru, dramatu i romansu. Uproszczenia nie przeszkadzają, a pozwalają na głębsze wejście w umysł szaleńca, który wyśnił sobie cel i ścisnął go za gardło. Reżyser przenosi widza do świata przedstawionego już pierwszą sceną i nie pozwala z niego wyjść do ostatniej. Dotyka istoty kina jako rozrywki i pokazuje, jak należy wykorzystywać 3D. Nie można mówić o tej produkcji w oderwaniu od efektów specjalnych. Całość to jeden wielki, oniemiający efekt specjalny; kuglarska sztuczka mająca dostarczyć oglądającym rozrywki. I chyba dlatego, że w żadnej scenie twórca nie próbuje nadawać swemu dziełu większego znaczenia, ogląda się je z przyjemnością. Zobaczyć trzeba, bo kiedy będzie kolejna okazja, aby wejść na World Trade Center i urządzić sobie spacer między wieżami wśród chmur? I jakie inne medium mogłoby to powtórzyć?

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

Reklamy

2 komentarze

  1. No i nawet jest tam takie małe wzruszenie na finał z biletem wstępu na zawsze…
    Przyjemna recenzja, a osobiste wypady zawsze są dla mnie w cenie.

    Ps. Nie chciałem tego wcześniej pisać, bo to przecież był zapewne Twój wybór, ale teraz mogę… Dobrze, że zmieniłeś szablon! 🙂 Oczy mnie bolą od białego tekstu na czarnym tle 🙂 Pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  2. Dzięki za miłe słowa. O bilecie nie chciałem pisać, bo wzruszenie mieszało się z nerwami na zamachowców 9/11.
    A szablon jeszcze wymaga pracy. Może w weekend mi się uda go dopieścić.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: