We are still here

We are still here skonstruowano z dobrze każdemu znanych elementów różnych układanek. Debiutujący Ted Geoghegan komponuje je w nowej konfiguracji. Sprawdza, co powstanie kiedy połączy jeden gatunek z drugim, w środek włoży trzeci, a wszystko scali czwartym, przy okazji wyrzucając kilka ogniw każdego z nich. W takim wypadku ma dwie możliwości. Stworzy dzieło oryginalne albo bezkształtną masę rozsypującą się po podejściu do niej bliżej. 

waPierwszym członem tej łamigłówki jest starsze małżeństwo, próbujące poradzić sobie z niedawną tragedią. Drugim – dom skrywający mroczną tajemnicę („Każdy dom ma swoją historię” – mówi grany przez George’a Brolina, nieświadomy nadchodzących wydarzeń, George Lutz w Horrorze Amityville). Logiczne ich połączenie to para kupująca nieruchomość. Do tego należy dorzucić kolejne spoiwo historii czyli miasteczko, gdzie stoi budynek i jego mieszkańcy nie będący dumni ze swojej przeszłości. Jeszcze jeden składnik to przyjaciele protagonistów, hipisi May i Jacob, mający coś wspólnego z ich tragedią (chociaż nie zostaje to do końca potwierdzone). W miarę rozwoju akcji Geoghegan podaje nam strzępki informacji dotyczących wszystkich wspomnianych niedomówień. Powoli pozwala zapełniać puste miejsca wiedząc, że na początku to one, pomimo zapachu gatunkowej sztampy, budują napięcie i nie pozwalają na oderwanie oczu od ekranu. Powstaje coraz więcej pytań, a kiedy pada jakaś odpowiedź wcale nie musi być prawdziwa.

Reżyser rozpoczyna swoją opowieść jakby miał to być kolejny horror, w którym jakaś umęczona dusza nęka niewinnych ludzi, aby ci odnaleźli porzucone ciało i odkryli sekret stojący za jej śmiercią, tym samym pozwalając odejść w spokoju. Oglądając pierwsze minuty łatwo ulec pokusie, aby posądzić twórcę o uleganie popularnemu trendowi – ciężej znaleźć jego godnych przedstawicieli, choć nie mówię, że takowych nie ma – aby grozę budować nie szokiem, a delikatnie nastrojem i atmosferą. Na szczęście to wrażenie szybko mija.

Wraz ze stopniowym odkrywaniem tajemnicy, częściej częstowani jesteśmy coraz śmielszymi dawkami przemocy i krwi. Fani nieco wygładzonego gore powinni być zadowoleni. Przynajmniej do czasu ostatnich dwudziestu minut. Bo wtedy z pewnością będą piać z radości. Co prawda finałowej rzezi brakuje nieco do słynnego „koszenia” zombie z Martwicy mózgu, ale posoki i czarnego humoru jest pod dostatkiem. Nie niszczą wcześniej zbudowanej grozy, gdyż podane są w takich proporcjach, żeby nie przekroczyć granicy parodii. Sekwencja stanowi pomost między powagą, a następującą po niej groteską. Dzięki niej cukierkowe zakończenie odbiera się bardziej jako żart z często współcześnie powielanej tendencji.

Osadzenie akcji w przeszłości nie jest jak w przypadku Obecności determinowane miejscem prezentowanych wydarzeń w rzeczywistości i niemające większego znaczenia. Rok 1979 wyraża epokę w dziejach horroru, do którego opowieść nawiązuje wykorzystywanymi konwencjami. Tęsknotą za lepszym okresem dla kina grozy wyrażana jest nostalgią, bijącą zarówno z formy jak i fabuły. Protagoniści to przewrotnie dla gatunku starsze osoby. Aktorka wcielająca się w główną bohaterkę kobiecą Barbara Crampton znana jest wśród fanów opowieści z dreszczykiem chociażby ze względu na wystąpienia w ekranizacjach prozy H. P. Lovecrafta Reanimator i Zza światów. Daje popis swoich umiejętności, kradnąc show pozostałym odtwórcom. Błyszczy w każdej scenie skupiając na sobie całą uwagę. Drobnymi gestami rysuje portret psychologiczny matki mającej nerwy w strzępach, zdeterminowanej, aby utrzymać wspomnienie syna przy sobie. Natomiast kiedy trzeba podchodzi do swojej postaci z odpowiednią dawką siły i zdecydowania. Wygrywa z Lisą Marie kreującą jej przyjaciółkę, w przedbiegach. Warto zobaczyć produkcję chociażby dla niej.

Tematem przewodnim filmu są dawne czasy. Twórca opowiada o niemożności ucieczki przed przeszłością. Ona ciągle gdzieś tam krąży, czy to jako cyklicznie powracająca klątwa, czy wspomnienie ukochanej osoby. Każdy z bohaterów jest po tragicznych przejściach, zbiorowych lub indywidualnych. Muszą oni jakoś się z tym uporać, pójść naprzód lub radzić sobie z problemami starymi, bynajmniej nieidealnymi, sposobami. Postaci bez przywiązania do historii, nie szanujący jej, szybko giną z rąk demonów nawiedzających dom, bądź osób chcących za wszelką cenę ochronić panujący spokój.

Ted Geoghegan eksperymentuje z dobrze znanymi i sprawdzonymi konwencjami, tworząc dzieło oryginalne i pokazując obowiązującym tendencjom środkowy palec. Z mniej lub bardziej znanych klisz układa mapę, mającą nas przeprowadzić przez różne odmiany horroru. Składa hołd każdej z nich i wyraża swoją wielką do nich miłość. Przechodzimy od historii o duchach, przez home invasion i po drodze odwiedzając slasher, aż w końcu dochodzimy do eksploatacji. W We are still here można zachłysnąć się klimatem produkcji z lat 70. i 80. Pobrzmiewają echa klasycznych przedstawicieli tamtego okresu bo przecież pogrzebacz nie stoi przy kominku dla ozdoby i gdzieś z tyłu głowy przemykają wspomniany Horror Amityville, czy nawet Egzorcysta. Atmosfera pochłania, groza przytłacza, jump scaresy wywołują zamierzony efekt, a odnajdywanie kolejnych odniesień to zabawa, która zadowoli każdego fana gatunku.

Tekst opublikowany również na portalu rz

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: