Ant-Man

Druga faza MCU (Marvel Cinematic Universe) została zakończona. Ostatnim jej składnikiem jest Ant-Man (P. Reed, 2015). Skoro rok wcześniej wytwórnia stworzyła interesujący film na podstawie komiksu, w którym występuje rozmowny szop i trochę mniej elokwentne drzewo, to opowieść o bohaterze wielkości mrówki również musi się bronić. Nakłonienie widzów do wydania pieniędzy na bilet powinno być łatwe jak zabranie dziecku cukierka. I chociaż w przypadku poprzednich produkcji rzeczone dziecko często po rzeczonej kradzieży było zadowolone, a nawet chętnie oddawało rzeczony cukierek jeszcze kilkakrotnie temu samemu złodziejowi, tak tym razem płacze w poduszkę.

antW przypadku Strażników galaktyki (J. Gunn, 2014) mieliśmy do czynienia z gatunkową, oldschoolową jazdą bez trzymanki, w której reżyser zrzucał na nas bomby absurdów z uśmiechem na ustach i w odpowiedniej częstotliwości. Nazwisko Edgara Wrighta wśród scenarzystów Ant-Mana obiecywało coś podobnego. W wielu scenach czuć pazur twórcy Wysypu żywych trupów (2004). Z pastiszem jest on za pan brat, a w filmie możemy posmakować elementów klasycznego heist movie. I pewnie gdyby miał więcej do powiedzenia w tym czteroosobowym zespole bądź stanął również za kamerą, byłoby o wiele lepiej.

Wystarczy spojrzeć na wcześniejsze dokonania Peytona Reeda, aby mieć ogólny pogląd, czym jest jego kolejna produkcja. Dziewczyny z drużyny (2000), Sztuka zrywania (2006) i Jestem na tak (2008) mówią nam, jakie są horyzonty i zainteresowania reżysera. Rażąca infantylność, klisze, suche żarty i przewidywalne twisty to wszystko czego należy oczekiwać. Zabrakło przede wszystkim spójności wizji co do kształtu tego kuriozum.

Reed bardzo chce wyciągnąć cały potencjał ze scenariusza. W niektórych scenach próbuje zaznaczyć swój dystans do opowieści, jak to robił Matthew Vaughn w Kingsmanie (2014). Nie ma jednak jego sprawnej ręki i podchodzi do tego ostrożnie, aby nie przesadzić z absurdem. Przez swoją zachowawczość podaje żarty z pokerową miną, nieraz wprawiając w konfuzję. Na każdy gag przygotowuje nas odpowiednio wcześniej, przez co ich zakończenia nie bawią, a żenują. Operowanie kiczem – w tym wypadku z pewnością świadome – jest nieudolne. Kiedy nonsensowna sytuacja wywołuje śmiech, rozbija również narrację, jakby przyjechała czołgiem z innego filmu.

Takie zawieszenie między – kolokwialnie mówiąc –robieniem sobie jaj, a próbą zachowania powagi czyni film nijakim, czyli dokładnie takim, jakimi są występujące w nim postaci. Scott Lang początkowo jawi nam się jako cwaniaczek z kąśliwym żartem i skłonnością do popisów (skojarzenia ze Quillem jak najbardziej na miejscu). Przy swojej córce jest już zupełnie inny. Wszystkie sceny z rodziną spłaszczają jego wizerunek. Eksponowane w nich cechy stoją w zbyt wielkiej opozycji do tych zauważanych wcześniej i wręcz nie można uwierzyć, że to ta sama osoba. Podczas sekwencji treningowej, kiedy odkrywa tajniki kostiumu, twórcy próbują nas rozśmieszyć i jeszcze bardziej osłodzić wizerunek byłego skazańca. Kładą nacisk na jego miłą stronę, ale o wzruszeniu nie ma mowy, a śmiechu na sali również lepiej nie oczekiwać. Gra Paula Rudda to jedna z jaśniejszych stron produkcji, nawet jeśli wzmaga uczucie zakłopotania. Aktor utrzymuje swoją kreację gdzieś pomiędzy psychologicznym realizmem, a lekką ironią i przerysowaniem, niekiedy jednak doprowadzając je do zbyt paradoksalnego ekstremum.

Większość pozostałych bohaterów również ma problem ze swoją osobowością. Nawet antagonista Darren Cross (Corey Stoll) to pozbawiony charakteru, stereotypowy kapitalista pragnący zarobić i nie zwracający uwagi na to, kogo krzywdzi. Świat przedstawiony zamieszkują wyjęte z gatunku charaktery, które widzieliśmy dziesiątki razy. Są płaskie i napisane na kolanie. Wyjątek stanowi dr Hank Pym (Michael Douglas). Skrywa tajemnicę, przez co potrafi zafascynować.

Do dobrze wykorzystanych klisz zaliczyć można trio niezbyt rozgarniętych złodziejaszków. Bezużyteczny Latynos Louis (Michael Peña), czarnoskóry kierowca (T. I.) i biały nerd Kurt (David Dastmalchian) swoimi pomysłami i głupimi odzywkami potrafią wywołać szczery uśmiech. Myślą, że znaczą więcej niż w rzeczywistości, co prowadzi do kilku komicznych dialogów. Zatrudnienie ich do pomocy w misji mającej na celu uratowanie świata nie wydaje się najlepszym pomysłem. Nieudacznictwo i pech oczywiście nie odstępują ich na krok. Sceny z udziałem tej drużyny marzeń nadają opowieści cień charakteru.

Brak wyrazistości w tego typu opowieści czyni ją przeciętną – kolejnym dziełem Fabryki Snów, ale bez czytelnej pieczątki Marvela. Gdyby powstała w czasie pierwszej fazy kinowego uniwersum, pewnie przyjąłbym ją dużo lepiej. Dzisiaj, kiedy studio każdą kolejną produkcją podnosi jakość i wzmaga oczekiwania widza wobec następnej, jestem zawiedziony. Nijakość reżyserii Peytona Reeda uczyniła Ant-Mana rzemieślniczym utworem, poprawnym, ale nie potrafiącym zdobyć uwagi. Sam trailer jest bardziej interesujący i błyskotliwy od całości. Wykastrowany antybohater w najbardziej wykastrowanym blockbusterze tego lata, a może nawet najbardziej wykastrowany film od początku MCU. Oby był to odosobniony przypadek.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: