Terminator: Genisys

Alan Taylor postanowił igrać z kultowym bohaterem i poniósł sromotną porażkę. Pomimo wielomilionowego budżetu nie udało mu się nawet sięgnąć pięt oryginału. Dopóki jedynie kopiuje, wprowadzając nieznaczne zmiany, jego Terminatora: Genisys (2015) można oglądać. Kiedy próbuje dodawać coś od siebie, obnaża niespójność swojej wizji, niedostatek pomysłów, a przede wszystkim brak umiejętności sprawnego opowiadania.

tgPunktem wyjścia jest finałowa rozgrywka między bojownikami ruchu oporu, a robotami Skynetu. W 2029 roku żołnierzom pod dowództwem Johna Connora (Jason Clarke) udaje się zniszczyć bezduszne maszyny. Ostatnim ratunkiem sztucznej inteligencji jest wysłanie Terminatora w przeszłość, aby zabił matkę dowódcy przeciwników. Wiemy, jak to idzie dalej. Wojownicy wysyłają swojego człowieka za cyborgiem, ten ratuje sytuację etc. Coś jednak jest nie tak. Sarah Connor (Emilia Clarke) to już nie ta bezbronna kelnereczka znana z filmu Jamesa Camerona z 1984 roku. Przypomina heroinę z Dnia sądu (J. Cameron, 1991). Wjeżdża ciężarówką w sam środek walki między Kyle’em Reesem (Jai Courtney) a T-1000 (Byung-hun Lee) i rzuca znanym z oryginału onelinerem.

Tym samym twórcy pozbawiają się możliwości pokazania jej przemiany. Ale nic to, bo znana z roli Daenerys Targaryen aktorka jest tak urocza, że można na nią patrzeć bez przerwy, nawet jeśli nie ma długich blond włosów, a jej postać to jednowymiarowy manekin. Podobnie jest z weteranem Schwarzeneggerem, będącym jedynym powodem, dla którego wytrzymałem do napisów końcowych, a nawet do sceny po nich (nie warto). Były gubernator stanu Kalifornia pokazuje, że wciąż ma to coś. Oldschoolowy twardziel jest – co często podkreśla – „stary, ale przydatny”. Ciągle wygląda jak wielki cyborg, chociaż nabrał nieco gibkości. Jakby przez te wszystkie lata przybyło mu cech ludzkich. Kreacja koresponduje z tymi z połowy lat 80. i początku 90. Aktor nawiązuje do nich za sprawą rozpoznawalnych gestów, słów, czy chociażby idąc z wielkim pluszowym misiem do szpitala. Walka między siwym Arniem a jego młodszą wersją to prawdopodobnie najbardziej cool moment, jaki was czeka w kinie, chociaż i tak nie jest w pełni dopracowana.

Wszystkie kolejne nawiązania, cytaty (żeby nie użyć określenia – bezczelne kopie) i parafrazy znane z pierwszych filmów szybko zaczynają nudzić i męczyć. Służą jedynie spowolnieniu rozwoju wydarzeń i wywołaniu śmiechu widowni, co nie zawsze się udaje. Nadmiar, humor i – kolokwialnie – robienie sobie jaj pozbawia historię spójności, sprawiając, że kolejne epizody połączone są ze sobą na słowo honoru. I chociaż scen akcji jest sporo, to żadna nie robi odpowiedniego wrażenia. Nieraz ziewałem podczas seansu.

Oczywiście twórcy próbują nas zainteresować na wszelkie możliwe sposoby. Wprowadzony zostaje szereg nowych postaci, nowy Terminator, który jest najbardziej niebezpieczny jak do tej pory etc. Wydarzenia z wcześniejszych części, a nawet z Kronik Sary Connor (D. Nutter, 2008–2009) spowodowały namnożenie alternatywnych linii czasowych i opóźniły apokalipsę o dwie dekady. To pomieszanie z poplątaniem nieraz wprowadza w konfuzję i ciężko skupić się na śledzeniu fabuły.

Mroczny, techno-noirowy klimat pierwszych części zastąpiła cukierkowatość, intensywne, jasne kolory i PG-13. Wszystko jest nieznośnie ładne, delikatne i wygenerowane komputerowo. Zabrakło przede wszystkim ikry w opowiadaniu. Kiedy grany przez Michaela Biehna Resse musiał tłumaczyć Sarze, skąd przybywa podczas ucieczki przed cyborgiem, nieraz krzycząc i do niego strzelając, tak tutaj wszelkie ekspozycje są pustą retardacją. Można wręcz odnieść wrażenie, że antagoniści czekają, aż bohaterowie powiedzą sobie wszystko, co mają do powiedzenia, aby móc ich z czystym sumieniem zaatakować.

Podobnie nieznośna jak wizualna jest strona dźwiękowa. Kompozytor Lorna Balfe zadbał, aby nawet niewidomi mogli zrozumieć przedstawiane na ekranie wydarzenia. Jego muzyka w sposób irytujący ilustruje kolejne sceny. Miewałem nawet wyrzuty sumienia, nie odczuwając tego, co w danej chwili życzą sobie twórcy. Momenty patetyczne są jeszcze bardziej patetyczne, wygrana jeszcze bardziej radosna, miłość jeszcze bardziej wzruszająca, a napięcie jeszcze bardziej intrygujące – i to tak bardziej, że może wywołać mdłości. Poza tym usłyszymy kilka hitów z naszych czasów. Jak nieśmiertelny utwór Bad Boys zespołu Inner Circle, bawiący do łez, kiedy Arnie próbuje uśmiechnąć się do policyjnego zdjęcia. Przy okazji, jeśli w 2017 roku w radiu znowu będzie puszczane w kółko Love runs out One Republic, to osobiście stworzę Skynet, żeby zniszczył ludzkość.

Terminator: Genisys skierowany jest do wszystkich, a jednocześnie do nikogo. Alan Taylor kłania się fanom serii za pomocą nawiązań, aby nie zauważyli, że zgwałcił ich ukochanego Terminatora. Ilość akcji i efekty specjalne mają przyciągnąć spragnionych emocji nastolatków, a jednocześnie być na tyle kolorowe i mało brutalne, aby nie przestraszyć nieco młodszych. W skrócie – cyborgi zostały wykastrowane. Ostatnie cięcie zostało wykonane w jednej z końcowych scen, będącej nieznośną, dosłowną, łzawą apoteozą możliwości decydowania o swojej przyszłości. Myślenie można wyłączyć wraz z wejściem na salę. Podobnie należy porzucić wszelką nadzieję na dobrą rozrywkę. Najbardziej niepotrzebny oraz nijaki sequel i blockbuster tego roku. Chyba lepiej, żeby dali już Arniemu spokój i nie tworzyli kolejnego. Jeśli to miało być prawdziwe domknięcie oryginalnej trylogii, to ja dziękuję. Twórcy chcieli zresetować serię, która resetu nie potrzebuje. Po tylu latach od premiery oglądając pierwowzory czuć świeżość, pasję, oryginalność. Wszystkie te cechy znikają, kiedy franczyzy dotyka ktoś inny niż James Cameron.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: