Chew: Międzynarodowy Smak – John Layman i Rob Guillory

Dwóch policjantów. Jeden służbista, drugi ma procedury w głębokim poważaniu. Pracują razem i wprowadzają chaos gdziekolwiek się pojawią. Nienawidzi ich szef, a publika kocha. Brzmi jak sztampa? Buddy cop movie się kłania? A może to tylko przykrywka, aby wzbudzić w nas domysły co do homoseksualnych podtekstów w filmach z twardymi gliniarzami w rolach głównych?

Chew-Międzynarodowy-smakO komiksie Chew Johna Laymana i Roba Guillorya można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest kliszą. Konwencje gatunkowe zmieniają się jak w kalejdoskopie i przenikają, a twórcy ciągle przyśpieszają tempa, wkładając do swojej opowieści postaci, motywy i elementy z różnych parafii. Komedia walczy z horrorem i akcją, które konkurują z kryminałem i romansem, czującymi oddech science-fiction na karku. Kanibale pożerają wampiry, robocopy biją handlarzy drobiu, recenzentka kulinarna doprowadza czytelników do wymiotów i wszyscy żyją ze sobą w dystopii, w której zakazano jedzenia kurczaków ze względu na morderczą ptasią grypę. W sumie kanibali należałoby wymienić na cybopatów, czyli osoby, które potrafią opowiedzieć historię spożywanego pokarmu. Kimś takim jest protagonista Tony Chu (Chu i chew rozumiecie? He he). Kiedy zjada hamburgera, czuje to, co krowa podczas śmierci; smakując jabłko, może powiedzieć, skąd pochodzi i jakimi pestycydami je spryskano; kosztując trupa, może wskazać mordercę. Jeśli pracuje się jako agent specjalny wydziału do spraw żywności i leków, to bardzo przydatna umiejętność, będąca jednocześnie wrzodem na tyłku, jeśli szef cię nienawidzi i wysyła na miejsca zbrodni, gdzie przestępcy zostawili swoje odchody. Ta zdolność to dla autorów pretekst do czarnego humoru i wprowadzenia odrobiny gore.

W Przysmaku konesera żartów było więcej, ale za to stonowanych. W Międzynarodowym smaku humor jest dosadniejszy i bardziej absurdalny, ironiczny. W pierwszym zbiorze autorzy rozpoczęli budowę świata i przybliżyli nam postaci, niektórych „usuwając z kadru” szybciej, niż byśmy sobie tego życzyli. Stworzyli prostą fabułę i jedynie zarysowali wątki. W drugim ewidentnie czerpią przyjemność z obcowania z wytworami własnej wyobraźni. Intryga kryminalna nabiera rumieńców, można zauważyć większy nacisk położony na samą historię, jej rozbudowanie. Podczas lektury należy porzucić różnego rodzaju antycypacje, bo nawet kogut może wywołać tutaj bunt wśród ludności. I oczywiście ponownie nie można przyzwyczajać się do bohaterów.

Chu zmienia swoich partnerów i pomagierów jak rękawiczki. Nie dlatego, że chce, ale dlatego, że umierają bądź zdradzają, bądź ktoś ucina im twarz tasakiem. Ale to nie powód, żeby nie mogli wrócić. I tak „cholernie dobry” glina, jakim przed wypadkiem w pierwszym zeszycie poprzedniego tomu był John Colby, może mówić „I’m back”. Dzięki cudom techniki zreperowano mu ciało i teraz jest niczym grany przez Schwarzeneggera Terminator, o czym nie waha się wspomnieć. Odniesienia do popkultury można mnożyć bez końca. Layman i Guillory w kadrach swojej opowieści ukrywają mnóstwo easter eggów. Puszczają oczka do czytelnika niemal na każdym kroku: tu napisem na murze, a gdzie indziej twarzą, którą widzieliśmy kiedyś na srebrnym ekranie albo kanale TCM. Patrząc na gubernatora Haupai, nie mogłem opędzić od siebie porównania z Peterem Lorrem, czyli charakterystycznym, trochę pokracznym, niskim odtwórcą z wyłupiastymi oczami, znanym szerzej jako Ugarte z Casablanki.

Rysunki Roba Guillory nadają światu przedstawionemu specyficzny klimat. Postaci są karykaturalne w kreskówkowy sposób, nasuwający na myśl Zwariowane melodie. Estetyka posunięta została krok dalej niż w poprzednich zeszytach. Bohaterowie są jeszcze bardziej kanciaści, a ich mimika jeszcze bardziej wyrazista, przerysowana i zabawna. Artysta czasami rezygnuje z realnego tła i zastępuje je sygnałem mającym podkreślić emocje w danym kadrze. Oprawa graficzna nasuwa skojarzenia z mangą (twórca w wywiadach mówi otwarcie o swoich inspiracjach), co zostaje na swój sposób uzasadnione przez azjatyckie pochodzenie protagonisty. Sama historia jest odpowiednio odrealniona, a oprawa graficzna tylko to podkreśla, hipnotyzując czytelnika feerią barw. W bonusie na koniec albumu wydanego przez Mucha Comics możecie podziwiać szkice, niewykorzystaną okładkę i pocztówkę świąteczną. Dodatkową atrakcję stanowią zabawne notki biograficzne autorów. I od nich polecam zacząć lekturę, aby lepiej wczuć się w humor panujący na kartach komiksu.

Panowie pod przykrywką lekkiej i przyjemnej historii przemycają krytykę konsumpcyjnego stylu życia. Postaci ogarnięte są obsesją na punkcie drobiu, przestępcy potrafią zabić za kurczaka, którego odpowiednik zostaje w końcu odkryty. Zamiast martwego zwierzęcia można podać owoc, smakujący tak samo, a pewnie będący dużo zdrowszy. Substytuty zastępują prawdziwe doznania. Jednocześnie autorzy wyśmiewają współcześnie panującą tendencję na nazywanie kucharzy artystami. Bo jak inaczej odebrać postać Fatanyerosa, serwującego klientom swoje interpretacje dzieł Szekspira na talerzu? Ale może to tylko moje odczucia. Bo przecież liczy się zabawa, a ta jest przednia. Najbardziej emocjonujące sceny i zawieszenia akcji są bardzo emocjonujące i zawieszające akcję, bo zostajemy o tym poinformowani (dodatkowymi napisami). Dystans do opowieści bije z każdej planszy i chmurki dialogowej. Miłośnicy rozpieszczania swoich podniebień nieraz mogą poczuć niesmak, ale na pewno nie na tyle, aby przerwać lekturę. Komiks czyta się z rumieńcami na twarzy i niekontrolowanymi wybuchami śmiechu, tak że lepiej nie robić tego w celu uprzyjemnienia sobie porannej kawy (doświadczenie autora niniejszego tekstu) czy przekąski.

Nie będę oryginalny, snując kulinarne porównania, ale przy Chew nie można inaczej. Przysmak konesera był jedynie aperitif, podczas gdy Międzynarodowy smak jest… Nie chciałbym użyć określenia „danie główne”, bo wciąż są wydawane nowe zeszyty i jestem przekonany, że twórcy nie zwolnią tempa i jeszcze nieraz czymś nas zaskoczą. Drugi tom pod wieloma względami przewyższa pierwszy i jest bezpardonową przejażdżką rollercoasterem. Nie bez powodu seria otrzymała dwie nagrody Eisnera. John Layman i Rob Guillory pod szyldem Image Comics serwują niepozwalającą się zaszufladkować szaloną zabawę gatunkami. Posiłek pyszny niczym obiad przygotowany przez Magdę Gessler i Wojciecha Modesta Amaro. Nie zostaną nawet okruszki.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

mucha

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: