Avengers: Czas Ultrona

W Avengers: Czas Ultrona (2015) Joss Whedon próbuje nadać fantastycznym marvelowskim bohaterom bardziej ludzki wymiar. Pozwala bliżej poznać Clinta „Hawkeye” Bartona (Jeremy Renner) – przedstawia nam nieznane nawet jego współpracownikom fakty z życia prawdopodobnie najmniej użytecznego członka grupy, który sam zaznacza, że nie wie, co robi w tym towarzystwie. Prezentuje go jako kochającego męża i ojca, który lubi majsterkować. Muszę przyznać, że były to najnudniejsze sceny w całym filmie.

apNawiązuje się też romans między Natashą (Scarlett Johansson) a Bruce’em Bannerem (Mark Ruffalo). W niezwykle łzawej scenie Czarna Wdowa porównuje się do Hulka, uznając siebie i jego za potwory. Jest to dokładnie tak absurdalne, jak brzmi. Nic dziwnego, że Renner i Chris Evans nazwali panią Romanoff kobietą lekkich obyczajów. U tego drugiego jest to jeszcze bardziej uzasadnione, bo uganiał się za kreującą ją aktorką już w 2007 roku w Niani w Nowym Jorku (R. Pulcini, S. Berman).

Pozostałe postacie można odczytywać jako metafory problemów nękających współczesny świat i stanowisk zajmowanych przez poszczególne strony. I tak na przykład Kapitan Ameryka (Chris Evans) sprawia wrażenie personifikacji Stanów Zjednoczonych. Ultron zwraca się do niego słowami „Myślisz, że możesz żyć bez wojny?”, a on rzuca patetycznymi onelinerami typu: „Za każdym razem, kiedy ktoś próbuje wygrać wojnę, zanim ta się rozpocznie, giną ludzie”. Próbuje być ucieleśnieniem wartości, uczyć innych, jak powinni żyć. Zwraca uwagę Iron Manowi (Robert Downey Jr), kiedy ten używa wulgaryzmu, co potem w sposób humorystyczny zostanie wielokrotnie wypomniane. Narastający konflikt między Steve’em Rogersem, a Tonym Starkiem można odbierać jako preludium do wydarzeń, których będziemy świadkami przy starcie trzeciej fazy MCU (Marvel Cinematic Universe) w Civil War zapowiedzianym na 2016 rok.

Nie tylko oni prowadzą między sobą sprzeczki. Dla umięśnionych i napakowanych testosteronem mężczyzn wszystko jest powodem do rywalizacji. Każdy chce podnieść młot Thora (Chris Hemsworth), bo żaden nie przyjmie do wiadomości, że nie jest tego godny. Sam nordycki bóg boi się utracić swoją pozycję w grupie i kiedy jego broń bez problemu unosi Vision (Paul Bettany), próbuje wybrnąć z zawstydzenia gładką gadką. Gdy Banner radzi sobie z wyrzutami sumienia po tym, jak jego mr Hyde siał spustoszenie wśród wrogów, syn Odyna rzuca poetyckim tekstem niczym z Szekspira (czyżby pozostałości po Branaghanie?). W ten sposób między kolejne mordobicia wplatany jest humor pełniący funkcję retardacyjną. Kiedy herosi nie drą kotów między sobą, nie rzucają onelinerami, muszą sprawdzać się w walce z jeszcze groźniejszym wrogiem niż poprzednio.

Miejsce Lokiego (Tom Hiddleston) jako przeciwnika zajmuje Ultron (głos Jamesa Spadera) będący największym koszmarem cyberpunkowców. Jest programem komputerowym, który nie widzi różnicy między „ratunkiem ludzkości a jej zniszczeniem”. Został stworzony w celu ochrony naszego świata. Spędził kilka minut w internecie, po czym stwierdził, że nie jesteśmy godni życia. Wydaje się bogiem, który jest na nas zdenerwowany i chce zacząć wszystko od nowa – przez dezintegrację wznieść nas na nowy poziom ewolucji. Poruszany temat jest więc na czasie, wystarczy wymienić Ex Machinę (A. Garland, 2015). Wynika z tego też smutna prawda, że sami będziemy, a właściwie już jesteśmy, winni naszej rychłej zagładzie.

Pesymistyczny wydźwięk nie jest ani podbijany, ani specjalnie eksponowany. Jak na blockbuster tego typu przystało chodzi o zabawę i porządne mordobicie. Pod tym względem Avengersom: Czas Ultrona (2015) nie można nic zarzucić. W sequelu jest więcej, szybciej, mocniej, a jednocześnie wolniej, mniej śmiesznie i mniej Hulka. Ogólnie fabuły można nie znaleźć, ale to niezbyt przeszkadza. Joss Whedon robi wszystko, abyśmy nie nudzili się przez dwie i pół godziny. Sekwencje akcji pod względem realizacji to małe perełki kina gatunkowego. Już na samym początku podczas przedstawiania bohaterów na jednym ujęciu prezentowane nam są umiejętności poszczególnych herosów. Wprowadzony zostaje szereg nowych postaci, ale przy takiej ich liczbie nie sposób rozwinąć każdej w satysfakcjonujący sposób (przed dystrybucją wersja reżysera miała ponad trzy godziny, może kiedyś dane będzie nam ją zobaczyć i porównać z obecną na ekranach). Mimo to kontynuację hitu sprzed trzech lat uważam za udaną. Na pewnych płaszczyznach nie sięga pierwowzorowi do stóp, ale na innych wyprzedza go o lata świetlne.

Fan serwuje innym fanom czystą zabawę z ukochanymi postaciami, nie zapominając o obowiązkowym występie Stana Lee. Filmowe uniwersum się powiększa. Przeszłość bohaterów ich prześladuje i łączy się ze sobą. Wydarzenia z wcześniejszych produkcji mają tutaj swoje odbicia bądź konsekwencje. Mimo to jeżeli w świecie Marvela jesteście laikami, niech nie powstrzymuje to was od wyjścia do kina. Nie trzeba znać na pamięć wszystkich poprzednich filmów, aby nadążać za przedstawianymi tutaj wydarzeniami. Superbohaterowie wiedzą, jak dokopać, robią to z gracją, która zadowoli zarówno najmłodsze dzieci, jak i te nieco starsze.

Tekst opublikowany również na łamach noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: