Mad Max: Na drodze gniewu

Mad Max: Na drodze gniewu (2015) to wyzwanie rzucone współczesnym blockbusterom przepełnionym akcją i CGI. To także bomba atomowa wycelowana w publiczność. W każdej kolejnej sekwencji można zobaczyć uśmiech reżysera, który wyciąga palec w naszą stronę i z przekornym uśmiechem mówi: Myślisz, że widziałeś już wszystko? Gówno prawda.

mmpWulgaryzm jest jak najbardziej uzasadniony (a podczas seansu padały gorsze jako komentarz do tego, co widzę na ekranie), ponieważ siedemdziesięcioletni George Miller ciągle dociska pedał gazu. Już w prologu ustawia poprzeczkę bardzo wysoko. Słyszymy monolog tytułowego Maxa (Tom Hardy) i oglądamy wbijający w fotel pościg. Potem, podobnie jak w Adrenalinie (M. Neveldine, B. Taylor; 2006), jest już tylko szybciej i szybciej. Film składa się z kilku sekwencji akcji przerywanych krótkimi dialogami. Wyobraźcie sobie zapętloną drugą połowę Gone in 60 seconds (H. Halicki, 1974) tylko w postapokaliptycznym świecie i dodajcie do tego trochę Ceny strachu (H. Clouzot, 1953), a wszystko pomnóżcie kilkaset razy przez siebie. Oto, czego należy oczekiwać.

Reżyser nawet nie próbuje udawać, że tworzy kino wyższych lotów. Widać wielomilionowy budżet, ale przynajmniej dobrze wykorzystany. Nie musi już skrzętnie ukrywać braku pieniędzy, a może pokazać, co mu się żywnie podoba, i tak też robi. Bo kiedy akurat nie żremy piachu i nie wąchamy benzyny, a postacie odpoczywają od obijania sobie mord, to słyszymy ich łzawe rozmowy o poszukiwaniu nadziei i odkupienia, podbite wzruszającą muzyką. O samych bohaterach niewiele można powiedzieć. Maxa napędzają wspomnienia i wyrzuty sumienia, bo w przeszłości nie zdołał uratować swoich bliskich. W psychodelicznych scenach odwiedza go córka (nie miał syna w pierwszej części?). Poza tym znowu chce odzyskać swój samochód, przybywa znikąd i przeprowadza rewolucję w Cytadeli. Czyli można zauważyć analogie do filmów z 1981 i 1985 roku.

W mitologię szalonego protagonisty wprowadzane są drobne zmiany, czym uzasadnione zostaje zastąpienie kreującego go aktora. Tom Hardy chociaż radzi sobie dobrze, nie jest młodym Melem Gibsonem ze specyficznymi iskierkami furii w oczach. Widząc Brytyjczyka w żelaznym kagańcu, fani na pewno uśmiechną się pod nosem i nie będą mogli odpędzić od siebie porównania z rolą w filmie Mroczny Rycerz powstaje (C. Nolan, 2012). Bez przerwy balansuje na krawędzi, ale nie przechodzi w karykaturę. Jest małomówny, a po obowiązkowym chrząknięciu zwykle rzuca chwytliwym onelinerem. Takiemu twardzielowi wystarczają czyny, nie potrzebuje słów. Max jest tym razem jeszcze bardziej bezwzględny i pełen gniewu. W rolę jego przeciwnika wcielił się znany z pierwszej części Hugh Keays-Byrne, którego twarz ukryta jest za charakteryzacją tworzącą Immortana Joego.

Tak więc pomimo przeprowadzania rewolucji w postapokaliptycznym świecie Mad Maxa Miller składa hołd oryginałowi. Niekoniecznie trzeba znać trylogię na pamięć, aby zrozumieć, o co chodzi w czwartej części. Oczywiście są ukłony do fanów pod postacią drobnych przedmiotów, takich jak grająca zabawka z Wojownika szos (1981) czy pewnych nasuwających skojarzenia scen. Całość stanowi jednak osobny, zamknięty rozdział historii. Z tego powodu nie do końca wiadomo, jak traktować Na drodze gniewu. Czy jest to reboot, remake, sequel? Ale tak naprawdę to żadna różnica. Liczy się adrenalina i opływająca testosteronem rozrywka.

Chociaż wchodzimy w męski świat, to w epicentrum tego huraganu są kobiety. Kiedy pierwszy raz widzimy porwane przez Imperatorkę Furiosę (Charlize Theron) więźniarki Joego, są one prezentowane niczym boginie. Ubrane na biało, na środku pustyni z erotyczną rozkoszą obmywają swoje ciała wodą, którą są polewane. Jedna z nich ostentacyjnie zrzuca z siebie metalowy pas cnoty (ach, cóż za symboliczna scena wyjścia z patriarchatu). Sama główna postać kobieca jest równie twarda co Max. Twarz ma umazaną smarem i mimo braku ręki tworzy z protagonistą niemający sobie równych duet. Partnerzy kontrastują nawzajem swoją grę, a jednocześnie rozumieją się bez słów. Chemia między nimi to napędzające akcję paliwo. Ona, często oszczędniejsza w mimice i gestach, wie, kiedy pozwolić sobie na zerwanie smyczy i jeszcze bardziej odrealnić swoją bohaterkę, żeby doprowadzić do zakończenia, które może być odczytane jako manifest feministyczny. Być może zawarto w filmie również zapowiedź nowej serii, gdzie Furiosa będzie grała pierwsze skrzypce. Dostrzegamy podobne zwyczaje, jak zabezpieczenie pojazdu przed kradzieżą, charakterystyczne dla granego przez Gibsona wojownika szos.

Wszelkie niedociągnięcia fabularne, klisze, płaskie postacie, brak genezy… Ogólniej śladowe ilości scenariusza gubią się w zalewie latających kończyn, wybuchów, kraks samochodowych, kaskaderskich akrobacji i dziwacznych pomysłów z facetem napędzającym pojazd grą na gitarze ziejącej ogniem na czele. Pomieszanie z poplątaniem. Mitologia nordycka przechodzi do świata przyszłości, zostawiając jeszcze miejsce na czczenie silnika samochodowego. Mimo to opowieść jest spójna i konsekwentnie nie pozwala na oderwanie oczu od ekranu.

Mad Max: Na drodze gniewu jest dowodem, że reżyser to uwięziony w ciele staruszka nastolatek, który po trzech spokojniejszych dekadach może w końcu dać upust swojemu buntowi. Aż ciężko uwierzyć, że ten sam człowiek odpowiada za Babe – świnkę w mieście (1998) czy dwie części animacji o pingwinach Happy Feet (2006 i 2011), z których pierwszą uważam za jedną z najbardziej psychodelicznych bajek dla dzieci ostatniego dziesięciolecia. George Miller jako stary wyga pokazuje filmowcom nowej generacji, jak wyciągnąć z kina akcji jeszcze więcej i szybciej i jak nie oszczędzać widza. Śmieje się w twarz Sylwestrowi Stallonowi i Jossowi Whedonowi, a ich Niezniszczalni i Avengersi to przy jego produkcji nudy. Jeśli będziecie mieć okazję, tak jak ja, obejrzeć wersję 4D, lepiej zjedzcie popcorn jeszcze na reklamach, a kubełek przyszykujcie na ewentualne wymioty. Przechylaniu i wibrowaniu foteli, uderzeniom w plecy, podmuchom wiatru nie ma końca. Pokonajcie też strach i nie zamykajcie oczu, kiedy nadejdzie burza, bo to dopiero początek. Dwie godziny męczą bardziej niż przejażdżka rollercoasterem, ale dają jednocześnie więcej satysfakcji. I kiedy nadejdzie zapowiedź najbardziej krwawej akcji, niech was nie zaskoczy, jeśli pozbawiony skrupułów twórca zastosuje elipsę. Zapnijcie pasy, bo opuścicie Kansas i traficie do krwawej, aczkolwiek magicznej krainy pełnej piachu, wyjących machin i benzyny.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

 Za seans dziękuję sieci kin

cc

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: