Camp X-Ray – 8. PKO OFF Camera

W swoim debiucie Peter Sattler tworzy ciasny, opływający testosteronem świat. Próbuje z nim walczyć ciągle poszukując ludzkiego pierwiastka, jakiegoś ciepła, punktu oparcia. W Camp X-Ray (2014) jedna wojna o równouprawnienie wydaje się wygrana. Pytanie tylko ile jeszcze podobnych trzeba będzie stoczyć?

oklAmy Cole nie musi udowadniać, że jest tak twarda jak mężczyźni. W przeciwieństwie do postaci granej przez Demi Moore w G. I. Jane (R. Scott, 1997) od razu zostaje uznana za równą wszystkim służącym w armii. Koledzy żartują sobie z niej tak jak z innych podczas jazdy autobusem i chwalą za dobrą ripostę. Kiedy odmawia wykonania jednego z rozkazów, dowódca pyta czy jest żołnierzem, czy kobietą żołnierzem. Trafia do tytułowego obozu, czyli Guantanamo Bay i od początku próbuje dostosować się do panujących tam zasad. Zgodnie z nimi i podobnie jak jej przełożeni dusi w sobie człowieczeństwo i współczucie dla więźniów, przepraszam zatrzymanych. Żołnierze nie mogą ich nazywać więźniami, gdyż gdyby byli tak określani podlegaliby konwencji genewskiej. Kiedy szeregowa kreowana przez Kristen Stewart uznaje, że kara wymierzona Aliemu (Peyman Moaadi) za oblanie jej „gównianym koktajlem” (tak, nazwa wskazuje na jego składniki) jest zbyt wysoka, wyraża niezbyt zdecydowany sprzeciw. Wciąż toczy walkę o własną tożsamość w zero-jedynkowym świecie, do którego trafiła.

Aktorka z podobnego starcia w naszej rzeczywistości wyszła obronną ręką. Kojarzona głównie z rolą Belli z ekranizacji kolejnych części sagi Zmierzch po raz kolejny udowadnia, że była niesłusznie wyśmiewana przez internautów. Kristen Stewart rysuje swoją postać drobnymi gestami, subtelną mimiką (nie mylić z jedną miną, gdyż to nieprawda) uwydatnia psychomachię targającą jej postacią. Odtwórczyni raz odziera bohaterkę z empatii, a kiedy indziej kontrując i równoważąc swoich partnerów, prezentuje większe jej pokłady. Inaczej zachowuje się w zamknięciu, a inaczej kiedy wychodzi poza mury obozu.

Jej ciasny pokój, cele, wąski korytarz opuszczamy niezmiernie rzadko. Można też odnieść wrażenie, jakby ściany były coraz bliżej protagonistki, a ona próbowała je odsunąć. Do tego ascetyczne wystroje i mdłe kolory pozwalają poczuć chłód i bezwzględność świata, do którego trafiliśmy. Klaustrofobiczny klimat osiągnięty dzięki zdjęciom Jamesa Laxtona udziela się widzowi. Wręcz nas dusi, chcemy z niego uciec. Kiedy Sattler wypuszcza Amy na otwartą przestrzeń (a nam pozwala zaczerpnąć oddechu) szeregowa przypomina sobie o tym, kim jest. Na imprezie strażników czuje pociąg do jednego z nich i zaczyna go całować. Pragnie ponownie zostać uznaną za kobietę i rzuca zazdrosne spojrzenie kiedy kolega spogląda na inną. Ale dla wszystkich jej znajomych jest po prostu kolejnym żołnierzem. Nie otrzymuje taryfy ulgowej, musi doświadczyć tego co reszta i żyć według określonego regulaminu.

Kobiety otrzymały więc to, o co walczyły; brak dyskryminacji. Ale to im chyba nie wystarczyło. W Camp X-Ray są wręcz lepsze od mężczyzn. Ich przedstawicielka w przeciwieństwie do swoich towarzyszy nie chce akceptować rzeczywistości, jaką jest. Odmawia pilnowania zatrzymanych podczas prysznica, a nawet składa skargę, kiedy zostaje do tego zmuszona. Stoi na straży praw ludzi, którzy praw zostali pozbawieni. Łamie jedną z głównych zasad i zaprzyjaźnia się z będącym pod jej kuratelą muzułmaninem. Tym samym samą siebie skazuje na ostracyzm ze strony kolegów. Wrażenie wyalienowania, bycia samej przeciw wszystkim wzmaga minimalna ilość muzyki, subtelnie ilustrującej stan głównej bohaterki. W większym stopniu cisza podkreśla samotność i sprzeczne uczucia nią targające, pozwalając na ich kontemplacje. Kiedy stopniowo poznajemy jej ludzką stronę, jednocześnie powoli odkrywamy intencje reżysera, gdyż coraz bliższy staje się nam Ali. Obserwujemy rozwijanie mającej początek w nienawiści przyjaźni między wyznawcą Islamu, a Amerykanką. W miarę rozwoju akcji zauważamy coraz więcej cech wspólnych między wrogami. Zestawione zostają ze sobą ujęcia, kiedy obie strony wykonują te same czynności. Mimo tautologicznego przedstawienia pointa nie jest zbyt przekonująca.

Jest to mój jedyny zarzut w stosunku do filmu. Ciągle miałem poczucie, że sceny, które do niego trafiły są zbyt słabe, a najważniejsze wydarzenia miały miejsce w czasie elips. Jakby reżyser bał się dosadnie przekazać swoich tez. Balansuje na granicy sprzecznych uczuć, ale nie potrafi doprowadzić żadnego z nich do ekstremum. Opowiada historię grzecznie, jakby nie chciał nikogo urazić, przez co może nie dotrzeć do widza. Swój udział w kreowaniu takowego poczucia z pewnością ma również zbyt długi czas seansu. Kolejne, nawet i wstrząsające wydarzenia wplątane w nie posuwające akcji do przodu sceny tracą siłę wyrazu i szybko umykają z pamięci.

Peter Sattler próbuje przekazać uniwersalną prawdę, o tym że wszyscy jesteśmy ludźmi. Początkowe zezwierzęcenie zatrzymanych zostaje zastąpione przez ich ludzki wymiar, powoli odkrywany również przez protagonistkę. Może rzeczywiście należy ciągle przypominać o dwóch stronach medalu, dwóch wersjach tej samej historii, dopóki w końcu morał nie dotrze do wszystkich. W tym wypadku reżyser ponosi jednak porażkę. Po seansie Camp X-Ray będziemy mieć poczucie niesprawiedliwości panującej na świecie. Zniknie ono jednak tak szybko, jak tylko przeczytamy o kolejnej zgwałconej kobiecie ukamienowanej za zdradę, czy dowodzeniu braku ruchu Ziemi wokół własnej osi na przykładzie samolotu i celu.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: