Fanka

Punkt wyjścia w pełnometrażowym debiucie Jeanne Herry przypomina wydarzenie sprzed kilkunastu lat. W 2003 roku francuski gwiazdor Bertrand Cantat pobił w przypływie złości swoją dziewczynę, aktorkę Marie Trintignant. Kobieta zmarła na skutek obrażeń, a sąd skazał skruszonego wokalistę zespołu Noir Desir na osiem lat pozbawienia wolności. W „Fance” Vincent Lacroix po mającej podobne konsekwencje sprzeczce, chcąc uniknąć więzienia prosi swoją najwierniejszą wielbicielkę Muriel, aby ta pomogła mu pozbyć się ciała. Wszystko ma idealnie zaplanowane, ale gubi go bycie pewnym bezgranicznego oddania tytułowej miłośniczki swojemu idolowi.

fankaNie bierze pod uwagę, że jest ona nałogową kłamczynią. Herry już w pierwszej scenie eksponuje właśnie tę cechę, wkładając w usta protagonistki historię o bezproblemowym udawaniu kogoś innego, a kolejnymi opowieściami bohaterki coraz bardziej podważając jej wiarygodność. Reżyserka i scenarzystka wykorzystuje achronologię, aby wywołać u widza dezorientację. Posługuje się sztuczką znaną z „Podejrzanych” Bryana Singera, wplatając między kolejne zmyślone wspomnienia ujęcia sugerujące, skąd w umyśle Muriel narodził się dany pomysł. W końcu tracimy pewność, co jest prawdą, a co wymysłem samotnej kobiety. Sandrine Kiberlain kreuje „Fankę”  z dystansem i odpowiednią dawką ironii. Przechodzi sprawnie z drapieżności i chęci walki, do zmęczenia i zagubienia. Buduje portret psychologiczny na paradoksach; kiedy opowiada fałszywe wspomnienia, nieraz zaprzecza sobie mimiką i gestami. Widzimy jak wzrokiem szuka pomocy gdzieś w otoczeniu, lub po prostu zachodzi w głowę,  co powiedzieć, aby nie zostać nakrytym na kłamstwie. Aktorka swoją grą wzmaga wrażenie, jakoby postać źle czuła się we własnej skórze i chciała być kimś innym, lepszym.

Słabość do zmyślania sprowadza na Muriel coraz to nowe kłopoty, aż w końcu utyka w spirali własnych wymysłów. Nawet najbliżsi nie mogą uwierzyć w jej wersję zdarzeń i nagle własne wyobrażenie o sobie jako kimś lubianym i interesującym, zastępuje świadomość bycia obiektem kpin. W ten sposób napędzana jest intryga. Uwiarygadnia ją fascynacja na punkcie życia i twórczości Vincenta Lacroixa. Jej pokój z czasów dzieciństwa wygląda jakby należał do nastolatki. Ściany obklejone są plakatami z wizerunkiem idola, a matka cały czas zbiera dla niej wycinki z gazet dotyczące wokalisty. Ta obsesja jest więc ciągle przypominana, a nawet wzmagana. Wybuchowa mieszanka wyegzaltowanych cech prowadzi protagonistkę do fałszywych wniosków dotyczących uczuć mężczyzny, którego wadę również bardzo szybko rozpoznajemy. Zastanawiające jest ile cech własnego ojca, będącego tego typu muzykiem Juliena Clerca, zawarła w nim reżyserka i w jakim stopniu film przybrał dla niej formę autoterapii.  Nadmierna pewność siebie, brak skrupułów przy wykorzystywaniu innych do swoich celów jest powodem kolejnych spotykających fikcyjnego bożyszcza pechowych zbiegów okoliczności. Przekonanie, że może zrobić wszystko zostaje przeciwstawione rzeczywistości, co stanowi dla niego bolesną pobudkę. Kiberlain tworzy z Laurentem Lafitte osobliwą parę. Aktor gra Lacroixa podobnie z odpowiednim przerysowaniem i balansując między dwoma wizerunkami. Jednym dla swojej publiczności, dla której jest amantem, a drugim kiedy jest zależny od łaski innych i przepełniony strachem. Duet uzupełnia się, kontruje, równoważy. Ona będąc na skraju załamania kontrastuje jego pewność siebie i vice versa.

I chociaż pojedynek między gwiazdą a fanką i prowadzona intryga są interesujące, pełne twistów, to jednak drugie plany je przykrywają. Bardziej interesujące są losy stereotypowego, upartego, niepokornego gliniarza, mającego problemy z puszczalską żoną. Przygody Antoine i Coline próbujących pogodzić wspólną pracę i związek zdobyły pełnię mojej uwagi. Przestałem deliberować nad rozwinięciem akcji głównej i skupiłem się na tym duecie. Między nimi bardziej iskrzy, a w ich relacjach jest więcej emocji niż w szybko odkrywanych tajemnicach Muriel i Vincenta. Ba, rozwiązanie wątku pary policjantów jest nawet ciekawsze od morału płynącego z tego pierwszoplanowego.

Bohaterowie muszą przejść przez wszystkie perypetie, aby zrozumieć kim są i co jest dla nich ważne. Wychodzą z tego proste prawdy, których wielbiciele muzyków i tak nigdy nie przyswoją. Jeanne Herry od drugiej strony dotyka tematu podejmowanego w „Królu Komedii” i „Fanie”. Kreowane przez Roberta De Niro postaci, kierowane niezdrową fascynacją na swój sposób próbowały spełnić swoje marzenia, czy to o występowaniu w blasku reflektorów, czy pomocy sportowcowi w zdobyciu większego uznania. W „Fance” mamy do czynienia z gorzkim rewersem tych historii. Za mało w niej humoru, aby zdecydowanie zakwalifikować ją jako czarną komedię, czy satyrę. Najbliżej jej do farsy. Przyjemnej w oglądaniu, ale jednak nie powodującej głębszych przemyśleń.

Tekst opublikowany również na łamach portalu filmaster.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: