Coś za mną chodzi

Być może tworzymy sztuczne horrory, aby poradzić sobie z prawdziwymi[1].

cośŁatka gatunkowa, którą David Mitchell przypina swojemu drugiemu pełnometrażowemu filmowi Coś za mną chodzi (2014), to jedynie pretekst, aby dosadnie przekazać horror dojrzewania. Temat rozpoczął w debiutanckim The Myth of the American Sleepover (2010). Demitologizował stworzoną przez Hollywood legendę wokół nastolatków wchodzących w dorosłość. Coming of age nie było u niego powodem do radości, a raczej początkiem prawdziwych kłopotów. Jego bohaterowie w ostatnią noc wakacji tułali się po przedmieściach, próbując wypełnić pozostałe im godziny wolności. Pili, ale nie celebrowali minionego czasu, a raczej nosili po nim żałobę. Każda z przeplatanych ze sobą historii kolejnych osób miała gorzki wydźwięk i produkcja pozostawiała po sobie niemożliwego do szybkiego wyleczenia kaca.

Jaki jest najprostszy sposób aby wpaść w tarapaty? Seks. I zawsze był.

W Coś za mną chodzi dojrzewanie to już nie krążące nad postaciami niewypowiedziane przekleństwo, a spersonifikowane zagrożenie. Przybiera formę powolnej niczym zombie zjawy o wyglądzie znajomego bądź nieznajomego, żywego bądź martwego. Zobaczyć ją mogą jedynie ludzie zarażeni, a zarażają się przez seks. Jay – widziana ostatnio w Gościu (A. Wingard, 2014) Maika Monroe; kreuje ją na zagubioną nastolatkę z odpowiednią dozą dystansu, ale bez przesadnych, karykaturalnych gestów – po upojnej nocy z Hugh – Jake Weary początkowo gra młodego, pewnego siebie młodzieńca, ciągle jednak z niewiadomych powodów przerażonego, aż w końcu przeistacza się w żyjącego w ciągłym strachu Jeffa – budzi się przywiązana do krzesła, a chłopak pokazuje jej (i nam przy okazji) tytułowe Coś, co od tej pory będzie za nią chodzić. Podążającego za Jay potwora można uznać za metaforę choroby wenerycznej, ciąży, ogólnie – konsekwencji z chwili grzesznej przyjemności. Wchodzenie w dorosłość zespolone jest w tym wypadku ze stosunkiem (niekoniecznie pierwszym). Klątwa to łańcuszek przekazywany kolejnej osobie jak taśma z The Ring (H. Nakata, 1998) czy coś innego z jakiegoś podobnego japońskiego horroru i jego amerykańskiego remake’u. Trafia na ludzi niekoniecznie zasługujących na taki los.

W tych filmach seks rzadko kończy się przyjemnością, a najczęściej przemocą.

Bohaterowie są stonowani, zarysowani delikatnie, a jednocześnie wielowymiarowi, bez przesadnie wyegzaltowanych cech. Nie ma tutaj typowej „puszczalskiej” czy „grzecznej dziewicy” znanych z tego typu filmów. Nie ma nałogowych imprezowiczów, ćpunów, buntowników i nielubianych przez nikogo członków paczki, ale zagubieni, inteligentni i czytający Dostojewskiego, poszukujący swojej tożsamości młodzi ludzie. Jakby wyciągnięte z ikonografii slashera postaci były już zmęczone ciągłymi imprezami i walkami z psychopatycznymi mordercami goniącymi ich po domach, lasach, szkołach, obozach etc. Mitchell szuka osób odpowiedzialnych za ich zmęczenie, apatię, błędy, zagubienie i ignorowanie możliwych – ba, chłopcy proponują Jay „swoje usługi” chociaż wiedzą, co ich potem czeka – konsekwencji płynących ze zbliżenia.  Młodzi ludzie muszą odkrywać seks sami, co niesie ze sobą wiele niebezpieczeństw. Podobnie jak w The Myth of the American Sleepover  reżyser spycha starsze pokolenie na margines. Wyciąga oskarżający palec w stronę nieodpowiedzialnych rodziców, przeistaczając walkę z zagrożeniem w psychoanalityczną terapię dla nastolatków. Dorośli nie biorą udziału w życiu swoich wychowanków, pozbawiając ich wzorów do naśladowania i edukację seksualną dzieci pozostawiając pisemkom erotycznym.

Kiedy gasną światła, to, co widzisz, czego nie widzisz, co myślisz, że widzisz, jest poza twoją kontrolą. Jesteś skazany na łaskę twórców.

Reżyser buduje swoją opowieść na domysłach. Prowadzi z nami grę. Wymyślonym przez niego potworem może być każdy, klimat zagęszcza niepewność, czy dany przechodzień widoczny jest dla wszystkich, czy tylko zarażonych.   W żadnej scenie nie jest dosłowny, a my nie możemy być pewni, co czeka nas za chwilę. Suspens przykuwa do fotela, na którym podskakujemy jedynie na rzadkie false scares, jak uderzenie piłką o okno.  Nie uświadczymy tu obrzydliwych scen w stylu gore, nie będzie hektolitrów krwi, morderstw co kilka minut, wijących się w rozkoszy nagich ciał, a jedynie przerażenie. Strach towarzyszy zarówno fikcyjnym postaciom, jak i widzom.

Możesz zakryć oczy, ale nie możesz jednocześnie zatkać uszu.

Przerażenie jest podbijane, prowokujące, drażniące narządy słuchu za sprawą kryjącego się pod pseudonimem Disasterpeace kompozytora. Ścieżka dźwiękowa przywodzi na myśl muzykę tworzoną przez Johna Carpentera. Elektroniczne dźwięki wpędzają w trans i działają na wyobraźnię. Kiedy potwora nie ma przed naszymi oczami, to jego obecność jest wyczuwalna. Krąży jak fatum nad każdą ze scen. A jeśli posłuchać uważnie, można odnaleźć takty przywodzące na myśl inne, prócz Halloween (1978), klasyki gatunku.

Już kiedy kupujesz bilet, wiesz, że to dostaniesz, pytanie tylko jak, gdzie i kiedy.

Chociaż podczas seansu nachodzą nas pewne skojarzenia, coś już gdzieś widzieliśmy, to czuć powiew świeżości w tak często przekreślanym przez publikę i krytykę gatunku. David Mitchell podczas zabawy naszymi przyzwyczajeniami nigdy nie przekracza granicy absurdu czy dobrego smaku. Przyprawia swoją opowieść pojawiającymi się na drugim planie elementami humorystycznymi, ale nie pozostawia wątpliwości, że mamy do czynienia z horrorem. Dzięki metaforom dotyka tematu, z którym mierzy bądź mierzył się z różnym skutkiem każdy z nas, co czyni film jeszcze bardziej przerażającym. Strach towarzyszący nam podczas seansu Coś za mną chodzi podąża za nami jeszcze długo po nim.

Powtarzasz sobie: to tylko film, to tylko film. Prędzej czy później nadchodzi jednak czas, aby pójść do domu.

Tfu, uprawiać seks.

Tekst opublikowany również na łamach noircafe.pl

[1] Wszystkie cytaty stanowiące tytuły akapitów pochodzą z dokumentu Terror in the Aisles (A. Kuehn, 1984); tłum. własne.

Za seans dziękuję sieci kin

cc

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: