Disco Polo

Na początku chciałbym się do czegoś przyznać. Czasami, gdy próbuję zabić nudę, oglądając telewizję i skacząc po kolejnych kanałach muzycznych, moją uwagę przykuwa któraś ze stacji prezentujących teledyski disco polo. Szczególnie, kiedy zauważę kawałek znany mi z kultowego w czasach mojego dzieciństwa programu Disco Relax. Patrzę na tę potężną dawkę kiczu, modne wówczas ubrania i fryzury, ujęcia zmontowane jak ślub moich rodziców na VHS-ie i zadaję sobie pytanie: czy wykonawcy patrząc na to po latach, czują wstyd? Przełączają jak najszybciej? Czy może podchodzą do tego z dystansem i zakrywając oczy, stwierdzają, że tak właśnie było?

disco1Kochaj i rób co chcesz (1997) było kinowym dzieckiem złotej dekady disco polo. Było to dziecko nieśmiałe, zawstydzone, a nawet trochę upośledzone. Robert Gliński chociaż nie unikał kiczu związanego z tym gatunkiem, to utrzymywał historię w realiźmie. Podszedł do tematu zbyt poważnie i zabrakło chłodnego spojrzenia na cały fenomen, jakim była i teraz na nowo jest muzyka grana (nie tylko) na wiejskich imprezach. Z zupełnie innego założenia wyszedł Maciej Bochniak. Debiut fabularny twórcy dokumentu Miliard szczęśliwych ludzi (2011) o karierze zespołu Bayer Full w Chinach jest już pewnym siebie dzieckiem postmodernizmu, w którym kicz i tandeta to powód do dumy.

Reżyser wypacza polską rzeczywistość tamtego okresu. W swoim filmie, noszącym taką samą nazwę jak niesłuchany przez nikogo, a znany wszystkim gatunek muzyczny, unika realizmu, chociaż osadza opowieść w konkretnym miejscu i czasie; unika idealizowania, chociaż zawiera dużo romantyzmu; unika taniego sentymentalizmu, chociaż nasącza pewną nostalgią. Nie stroni od pastiszu, a czasami nawet parodii. Pokazuje nasz piękny nadwiślański kraj w metaforze: jako Dziki Zachód. Polacy po transformacji patrzyli z nadzieją w stronę Ameryki i w filmie przewrotnie prezentowani są jako cowboye raczkującego kapitalizmu.

Prolog rozgrywa się w odległych latach 90. Nie takich, jakimi je pamiętamy, ale gdzieś w westernowej scenerii, gdzie grupa poszukiwaczy szuka ropy. Postaci mówią po angielsku, a polskie dialogi czyta kultowy lektor Tomasz Knapik. Z takim przywodzącym na myśl Aż poleje się krew (P.T. Anderson, 2007) wstępem wprowadzani jesteśmy do świata przedstawionego. Wśród robotników cowboy Tomek (Dawid Ogrodnik) odnajduje dawnego znajomego Rudego (Piotr Głowacki) i pokazuje mu, jakie możliwości niesie ze sobą kariera w branży muzycznej. Na koniec w niebo wybuchają złoża czarnego złota, a nas atakują jaskrawe napisy czołówki. Wtedy rozpoczyna się szalona przejażdżka różnymi konwencjami, pod którą Bochniak ukrywa kolejną opowieść o miłości i wspinaniu się na szczyt.

Reżyser i Mateusz Kościukiewicz (Janek z Wszystko, co kocham «J. Borcuch, 2009») oparli swój scenariusz na kliszach-samograjach. W historii zawarli wszystko, co nigdy nie nudzi się blockbusterowej widowni. Schlebiają masowym gustom, cytując znane wszystkim filmowe evergreeny. Kłaniają się również przed bardziej wyrobionymi widzami, niestroniącymi od europejskiego kina artystycznego. Możemy usłyszeć 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni (C. Mungiu, 2007) czy zobaczyć wcielenie zła pod postacią panów ubranych na biało, przypominających duet z Funny Games (1997). Późniejsze nawiązanie do filmu(ów) Michaela Haneke, stanowiące finałowy twist będzie już niestrawne, wręcz żenujące, niczym niewybaczalne naruszenie sacrum. Dla twórców nie istnieją żadne świętości, krytykują i wyśmiewają co tylko popadnie. Nie pozostawiają suchej nitki na mentalności Polaków, przemyśle muzycznym, show-biznesie ogólnie i politykach.

Pełno tu znajomych z rodzimej sceny disco twarzy. W małych rolach zobaczymy samozwańczego króla tej muzyki Tomasza Niecika, lidera zespołu Weekend Radosława Liszewskiego etc. Niejednego ucieszy również kreacja Jerzego Urbana, będąca jego życiową rolą, przebijającą nawet bycie rzecznikiem rządu w latach 1981–1989. Oczywiście nie można też zapomnieć o zawodowych aktorach, którzy stanęli na wysokości powierzonego im zadania. Każdy z nich gra na granicy karykatury, nieraz ją przekraczając. Goniący za sławą i pieniędzmi Tomek, czyli Dawid Ogrodnik, stworzył z Rudym, Piotrem Głowackim, uzupełniający się na zasadzie przeciwieństw duet. Jeden pełen werwy, korzystający z życia i optymistycznie patrzący w przyszłość, drugi stonowany i niepewny. Joanna Kulig w przerysowanych strojach gwiazd tamtej epoki jest niczym pierwsza dama ery disco polo. W pamięć najbardziej zapada jednak Tomasz Kot, wcielający się w szefa wytwórni Daniela Polaka, a jego nazwisko mówi wszystko na temat roli. Nawet Aleksandra Hamkało w sposób zabawny i cudownie absurdalny kreuje tutaj swoją postać.

Aktorom przygrywają hity uważane przez wielu za plebejskie. Usłyszymy popularne w latach 90. piosenki m.in. formacji Boys, Bayer Full i Akcent oraz te stworzone już podczas obecnego renesansu muzyki disco, jak Ona tańczy dla mnie. Bo chociaż akcja osadzona jest w dziesięcioleciu kończącym XX wiek, niezainteresowani realizmem twórcy pozwalają sobie na totalny miszmasz. Stają na głowie, aby zdobyć zarówno publiczność wychowaną w dekadzie disco polo, jak i tę dopiero poznającą ten gatunek. Nie zdziwcie się więc, jeśli zobaczycie gdzieś logo Polo TV.

Sam film przypomina jeden długi teledysk. Szybki montaż i triki realizacyjne nadają płytkiej i niezbyt ciekawej historii rumieńców i czynią ją zjadliwą. Przyjemnie pochłania się ten kicz i odrealnienie, na swój paradoksalny sposób uwiarygadniające opowieść. Wstępujemy do oderwanej od rzeczywistości Polski, aż zapominamy o dręczących nasz kraj problemach, zarówno teraz, jak i dwadzieścia lat temu. Jeśli szukać wartości opowieści, to właśnie w tym. Próżno oczekiwać głębi czy jakichkolwiek prawd, a nawet logicznych związków przyczynowo-skutkowych, ale niesie ona ze sobą coś ważnego. Przelotne wrażenie, że nauczyliśmy się śmiać z samych siebie. Może właśnie sięgając po obciachową część naszej popkultury, reżyser nakłania nas do większego dystansu? Może już czas na porządną ironię i brak traktowania siebie tak serio? Może to lekarstwo na prawicę gardząca Oscarem dla Idy (P. Pawlikowski, 2013)?

Może wykonawcy disco polo patrzą ze wstydem na swoje stare teledyski i plują sobie w brodę za błędne decyzje zawodowe w przeszłości. Jakie to jednak ma znaczenie? Ten gatunek to część naszej historii, której nie możemy wymazać. Chyba już czas spojrzeć na to z przymrużeniem oka. Uznać, że to tylko swego rodzaju parodia, a jej twórcy świadomi są braków większych wartości artystycznych. Film jest dokładnie taki sam jak ta muzyka. Infantylny, prosty, zabawny, kiczowaty i tandetny. Maciej Bochniak mnoży absurdy, nieraz popada w schematy, dobrze się przy tym wszystkim bawiąc. Z tego powodu kino można opuścić jedynie w pozytywnym nastroju i z „plebejskimi” hitami na ustach. Nie jestem ani przeciwnikiem, ani entuzjastą produkcji, bo ma wiele wad. Mimo to chciałbym nakłonić osoby idące na seans, aby nie były zawstydzone. Panie stojące za mną w kolejce do kasy wymawiały tytuł po cichu, jakby był to jakiś wulgaryzm, jakby robiły coś karygodnego. Zamiast tego spróbujcie mówić Disco Polo (2015) z dumą godną prawdziwego Polaka, Daniela Polaka i czerpcie guilty pleasure z każdej kolejnej głupiej i pustej sceny. Bo „przyjemna” to najlepsze określenie tej pełnej obciachu komedii.

Tekst ukazał się również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję

Krakowskie Centrum Kinowe Ars

Krakowskie Centrum Kinowe Ars

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: