Spongebob: Na suchym lądzie

Minęło jedenaście lat, odkąd w kinie mieliśmy okazję odwiedzić Bikini Dolne za sprawą Spongeboba Kanciastoportego. Bohaterowie przez ten czas wcale się nie zmienili. Ciągle są tak samo głupkowaci i niedojrzali, ba, próbując znaleźć swoje miejsce w obowiązujących dzisiaj realiach, zgłupieli jeszcze bardziej.

spongeSerial animowany Nickelodeona cieszy się niesłabnącą popularnością już przeszło piętnaście lat. Do grona fanów dołączają kolejne pokolenia. Nie dziwi więc, że Spongebob: Na suchym lądzie (2015) w weekend otwarcia przebił Snajpera (C. Eastwood, 2014). Za segmenty animowane w drugim filmie kinowym o przygodach gąbki w kanciastych portkach odpowiada wieloletni scenarzysta i producent serii Paul Tibbitt, a za aktorskie – Mike Mitchell. Podobnie jak w 2004 roku Stephen Hillenburg twórcy proponują nam to samo, co oglądamy w dwudziestominutowym odcinku, tylko dłuższe.

W mieście położonym na dnie oceanu wszystko po staremu. Mieszkańcy zajadają się kraboburgerami w restauracji Eugeniusza Kraba, dla którego ważny jest tylko zysk. Sekretny przepis na to danie wciąż próbuje zdobyć Plankton, właściciel konkurencyjnego interesu o nazwie Kubeł Pomyj. Kolejne próby kradzieży udaremniane są przez wiernego kucharza Pod Tłustym Krabem, tytułowego Spongeboba Kanciastoportego. Podczas ich potyczki przepis nagle znika w niewiadomy sposób. Podejrzenia padają na Planktona. Mały zielony organizm połączy siły ze Spongebobem, aby udowodnić swoją niewinność (założą „zepsuł”). Oczywiście cała ich podróż będzie miała charakter inicjacyjny i postaci będą musiały odkryć tandetną prawdę o sile pracy zespołowej. Tani dydaktyzm skierowano do dzieci. Nie znaczy to, że dorośli z przygód gąbki i planktonu nie wyciągną nic dla siebie. Pod płaszczem infantylnego przesłania i pełnej absurdów fabuły ukryta jest nie nachalna, nie rażąca, a zabawna krytyka konsumpcjonizmu.

Bohaterowie nie mogą sobie poradzić z nagłym brakiem kraboburgerów. Tempo, w jakim szaleństwo ogarnia morskie stwory, rozbawi każdego. Bikini Dolne w momencie, w którym zaczyna brakować przysmaku, zmienione zostaje w miasto wyjęte z postapokaliptycznego spektaklu. Premiera Fury Road (G. Miller, 2015) coraz bliżej i nie sposób uniknąć skojarzeń z wcześniejszą trylogią Mad Max George’a Millera. Na mieszkańcach pojawiają się skórzane ubrania, są żądni krwi, a budynki trawi ogień (przypominam, że miasto umieszczone jest na dnie oceanu). Znajdziemy tu też cechy charakterystyczne dla wielu innych gatunków (chociażby motyw podróży w czasie z kina science-fiction). Twórcy mnożą intertekstualne odniesienia, które w animacjach zwykle stanowią główną atrakcję dla starszych widzów.

Tytuł sugerujący przeniesienie większości akcji na suchy ląd można uznać za zwodniczy. Podobnie jak w poprzedniej części bohaterowie w ostatnim akcie opuszczają dwuwymiarowy, kolorowy morski świat i przenoszą się do naszej rzeczywistości, tylko tym razem na dłużej. Nasi płascy milusińscy (trzeba zaznaczyć, że pierwszy raz) za sprawą cudów techniki CGI zyskują trzeci wymiar. Przez chwilę miałem za złe twórcom ten zabieg, bo Spongebob stanowił dla mnie odżywczy powiew w zalewie (chociaż pięknych) animacji pochodzących ze stajni Disneya i Dreamworks. Szybko przestaje to przeszkadzać, bo wciąż są uroczy i zabawni, nawet kiedy wyglądają, jakby komuś mieli zrobić krzywdę. Grupa stworów, która wyszła z dna oceanu, w pewnym momencie przywodzi na myśl Avengersów czy ekipę z niedawnej Wielkiej Szóstki (D. Hall, C. Williams, 2014). Ponieważ ich przeciwnikiem jest pirat Burgerobrody (Antonio Banderas), końcowe pół godziny przypomina przejazd kolejką między marvelowskimi filmami superbohaterskimi, a światem „Piratów z Karaibów”. W ten sposób Nickelodeon śmieje się prosto w twarz konkurencji i pokazuje jej środkowy palec. Reżyserzy łączą kilka tendencji panujących we współczesnym kinie głównego nurtu i spajają je w pastiszową, ale nieuciekającą od parodii formę.

Wychodzi im to całkiem zgrabnie, czego nie można powiedzieć o połączeniu części animowanej z częścią aktorską, które jest, delikatnie mówiąc, umowne i na siłę. Jakbyśmy w czasie jazdy rozpędzającej się kolejki górskiej trafili na małą przerwę w torach. Poza tym rozwiązania typu deus ex machina są jeszcze bardziej wyeksponowane i absurdalne niż w pierwszym kinowym Spongebobie i doskwierała mi nieobecność Davida Hasselhoffa (I want the Hoff back!). Nie będę dłużej rozwodził się nad mankamentami, bo nie mają one większego znaczenia. Dzieci w rzędzie przede mną nie zwracały na nie uwagi. Tańczyły, krzyczały, dostawały drgawek ze śmiechu i płakały. A czy nie o to właśnie chodzi?

Wszystkie wady zostają przytłoczone przez ilość atrakcji, z rapującym delfinem z przyszłości na czele. Paul Tibbitt i Mike Mitchell w żadnym momencie nie zachowują powagi i nie istnieje dla nich coś takiego jak sacrum. W ich filmie jeden absurd poganiany jest przez kolejny, a gdzieś tam za nimi wlecze się na ślimaku kilka następnych. Nie próbują nadać gagom jakiegoś większego sensu ani nie moralizują, bo koniec końców z inicjacyjnej podróży, podobnie jak w Spongebobie Kanciastoportym, bohaterowie nie przyswoją prostych prawd. Ale właśnie za to ich kochamy. Reżyserzy proponują przypominającą trip po narkotykach surrealistyczną wycieczkę w głąb swoich szalonych umysłów, podczas której wszystko jest możliwe. Nikt o zdrowych zmysłach nie byłby w stanie wymyślić takich gagów. Niezależnie od waszego wieku, od tego, czy jesteście fanami gąbki chodzącej w kanciastych spodniach, ze Spongeboba: Na suchym lądzie wyjdziecie z uśmiechem i śpiewem na ustach.

Tekst opublikowany również na łamach noircafe.pl

PS Jeśli będziecie mieć wątpliwości, który format wybrać, radzę odrzucić 3D. Trójwymiar daje o sobie znać jedynie przez zmęczone oczy, a przez resztę seansu można zapomnieć, że w ogóle jest.

 

Za seans dziękuję:

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: