Jupiter: Intronizacja

Premierę Jupiter: Intronizacja (2015) planowano na 25 lipca 2014 roku. Postanowiono przesunąć ją na luty kolejnego roku, aby twórcy mogli dopracować efekty specjalne, a także żeby przygotować odpowiednią akcję marketingową. Pierwszy raz film pokazany został publiczności na niedawno zakończonym festiwalu w… Sundance. Na projekcję niespodziankę zaproszono wybraną grupę osób. Nie było wśród nich krytyków, a ci którzy jednak dostali się na seans, otrzymali wytyczne dotyczące terminu publikacji recenzji. W trakcie ponad dwugodzinnego seansu ludzie spali i chrapali, a po zakończeniu panowała cisza, nie rozległy się żadne owacje[1].

Reakcja widJupiterowni, która nie oczekiwała, że na tego typu imprezie przyjdzie im zobaczyć wielomilionowy (kosztował dokładnie 175 milionów dolarów) blockbuster, była jak najbardziej uzasadniona. Wachowscy od wielu lat nie mają nic ciekawego do powiedzenia, a ich najnowszy film to potwierdza. Mnożą w nim wątki i elementy znane z poprzednich produkcji, mając nadzieję na oszukanie swojej publiczności. Sposób narracji przywodzi na myśl Atlas chmur (2012), sceny akcji Speed Racer (2008), a mrok i teorie spiskowe trylogię Matrixa.

Przyznam szczerze, że Matrix (1999) to jedyne dzieło twórców, które mogę oglądać bez bólu i czerpać z niego nie małą przyjemność. Niestety, w pozostałych dwóch częściach Lana i Andy próbowali wyjaśnić wszystkie tajemnice, przez co popadli w tendencję i zniszczyli całą budowaną mitologię. Podobnie jest w przypadku Jupitera: Intronizacji. Przez pierwszą połowę, kiedy nie wiadomo jeszcze, o co dokładnie chodzi, można nawet nieźle się bawić.

Szczególnie jeśli wybierzecie seans ze wszystkimi bajerami, czyli w formacie 4DX. Podczas scen akcji fotele ruszają się we wszystkie strony i największym tego pożytkiem jest, że nie ma wtedy możliwości patrzenia na przedstawiane wydarzenia. Wszystkie kopniaki, upadki, strzały można na sobie poczuć, kiedy oparcia atakują plecy, a świsty niczym lasery przelatują koło uszu. Co jakiś czas wiatr delikatnie pieści nasze twarze i odczuwa się przyjemny chłód. Możemy zostać oblani wodą lub poddać się pieszczotom nozdrzy. Liczyłem na większe rozwinięcie tej ostatniej atrakcji, pragnąc przeżyć to, co widownia Polyesteru z 1981 roku. Ludzie idący na seans dostawali przed wejściem na salę kartę ze zdrapkami zwaną „Odorama”. Na ekranie migały cyferki informujące, które miejsce należy zdrapać i powąchać, aby poczuć to, co bohaterowie. John Waters nie miał litości dla publiczności i można było „sztachnąć się” na przykład odorem brudnych butów. W filmie Wachowskich nie musimy obawiać się tego rodzaju niespodzianek.

Tak wyglądała Odorama

Tak wyglądała Odorama

Seans byłby dużo ciekawszy, gdyby ograniczał się do tych przypominających przejazd kolejką górską atrakcji (zawroty głowy są przyjemniejsze niż patrzenie na kolejne sceny). Niestety akcja co jakiś czas przerywana jest dialogami i próbą zarysowania psychologii postaci. Aż w końcu nadchodzi czas podawania odpowiedzi. Nie zrozumcie mnie źle. Tak naprawdę do końca nie mogłem rozgryźć, o co chodzi, dlaczego jest tak, a nie inaczej, czemu dana postać nagle zniknęła etc. Prawdopodobnie żałowałbym straconego czasu, gdybym poświęcił nawet kilka minut na rozmyślania nad (nie)nurtującymi pytaniami, dlatego postanowiłem tego nie robić.

Rodzeństwo Wachowskich pisze historię świata i podąża śladami Ericha von Danikena, tworząc nową, pełną dziur i absurdów mitologię i wychodzi im to gorzej niż Ridley’owi Scottowi w Prometeuszu (2012). Podają to w konwencji space opery, podobnej do tej gorszej trylogii Gwiezdnych Wojen. Nie stronią od intertekstualności, korzystają z tekstów kultury popularnej (szczególnie, jak już wspominałem, tych własnych) pełnymi garściami. Nie brakuje więc klisz gatunkowych. Czeka nas wiele twistów, kiedy ktoś ratuje kogoś w ostatniej chwili. Ofiarą zwykle jest tytułowa bohaterka (Mila Kunis). Konstrukcja fabuły ogranicza się do przedstawiania kolejnych tarapatów, w które wpada.

Umiejętności aktorskie gwiazdy Różowych lat 70. (T. Hughes, D. Trainer, T. Ryder, 1998 – 2006) współgrają z biernością postaci. Dama w opałach oczywiście musi mieć swojego rycerza na białym koniu. Tym razem to były żołnierz ze skrzydłami, Likantant, czyli krzyżówka człowieka i psa (Jupiter kocha psy). Pełni on funkcję podobną do Morfeusza (Laurence Fishburne) z Matrixa. W dodatku jest albinosem, co może stanowić najzabawniejszy autotematyczny żart twórców. W rolę Caine’a Wise’a (zwróćcie uwagę na symbolikę nazwiska) wciela się Channing Tatum i radzi sobie w niej całkiem dobrze. Najbardziej w pamięć zapada jednak Sean Bean i emocje związane z losem kreowanego przez niego Stingera (tu należy zamieścić kolejny żart o oczekiwaniu na jego śmierć). Wszyscy ci pozytywni bohaterowie muszą mieć z kim walczyć. W roli superłotra występuje Eddie Redmayne. Tym razem nie rzuca kolejnymi mądrościami i aforyzmami o przekraczaniu granic jak w Teorii Wszystkiego (J. Marsh,2014), a próbuje budzić trwogę, tłumacząc teorię piramidy społecznej. Jak taka piramida funkcjonuje zaprezentował Joon-ho Bong w Snowpiercer (2013). Mężczyzna, który cztery lata temu spędził tydzień z Marylin Monroe, powala jedynie charakteryzacją. To co prezentuje poza tym, ciężko nazwać grą aktorską. Miałem wrażenie, jakby był na planie, gdyż przegrał jakiś zakład, jakby trafił tam za karę, ale może jestem po prostu do niego uprzedzony.

Z pewnością słusznie byłem uprzedzony do najnowszej realizacji Lany i Andy’ego. Połączenie Matrixa, Gwiezdnych Wojen i z domieszką Zmierzchu należy zaliczyć do największych porażek rodzeństwa. Dodatkowe kilka miesięcy, które otrzymali na pracę nad efektami specjalnymi opłaciło się, gdyż od strony audiowizualnej film robi wrażenie. Przyjemnie patrzeć na kolejne wybuchy, niszczone budynki i inne wyanimowane atrakcje. Za muzykę odpowiada Michael Giacchino, częsty współpracownik J. J. Abramsa. Po tworzeniu dźwięków do dwóch części Star Treka (2009 i 2013) odgłosy kosmosu nie mają przed nim tajemnic. Jedyne, czego brakuje ładnym obrazkom i muzyce, to scenariusz. Od strony fabularnej Jupiter: Intronizacja leży i kwiczy. Jest to zbiór kolejnych epizodów na siłę posuwających akcję do przodu. Dlatego jeśli już musicie obejrzeć ten amalgamat będący wyrazem samouwielbienia twórców; wybierzcie się na seans 4DX, samo 3D tutaj nie pomoże, a 2D to wręcz samobójstwo.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

 

[1] http://variety.com/2015/film/news/jupiter-ascending-debuts-to-muted-crowd-at-sundance-1201417130/

Za seans dziękuję sieci kin

cc

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: