Dziewczyny

Film jest tragiczny, ale dobry.

plaChociaż główna bohaterka ma problemy emocjonalne, to nie należy do kobiecej ekipy Leny Dunham. Wbrew polskiemu tytułowi Dziewczyny (2014) debiut filmowy Stuarta Murdocha nie jest pełnometrażową wersją popularnego serialu.

Oryginalny tytuł God Help the Girl to także nazwa projektu muzycznego reżysera, który jest wokalistą Belle and Sebastian. Wydawnictwo (w skład którego prócz studyjnego albumu o tej nazwie wchodzą trzy single i jedna epka) zawiera piosenki o życiu młodych kobiet śpiewane przez różne wokalistki. Film jest zwieńczeniem tego pomysłu: jego przedłużeniem i ukoronowaniem. Opowiada historię Eve (Emily Browning) i Jamesa (Olly Alexander). Wraz z uczennicą chłopaka, Cassie (Hannah Murray), postanawiają założyć zespół. W miarę rozwoju akcji okazuje się, że do życia nie wystarcza sama muzyka.

Piosenki pełnią w filmie funkcję eskapistycznej kuracji. W jednej scenie Eve ma na sobie biały fartuch i prosi Jamesa o wyjawienie swoich myśli, a nawet – jak prawdziwy psychiatra – bierze za to pieniądze. Bohaterowie przy każdej możliwej okazji uciekają w kojący świat muzyki. Otwierają się w ten sposób i radzą sobie z dręczącymi ich problemami. Ma to jednak na celu pomoc nie tylko postaciom. Wykonując pierwszy numer, protagonistka spogląda na nas zza szklanej ściany. Zabieg ten powraca niemal w każdym musicalowym kawałku. Przełamywanie czwartej ściany w taki sposób sugeruje terapię również dla widzów. Akcja powoli brnie do końca, coraz bardziej wchodzimy w odrealniony świat przedstawiony, czas staje nagle w miejscu, a my mamy okazję spojrzeć na samych siebie, przystanąć na chwilę i zostać uwiedzionym.

Proste słowa mają największe znaczenie. Czar budowany jest za pomocą tekstów piosenek przypominających utwory z dokumentu Zespół punka (J. Karkkainen, J. Passi, 2012) o członkach grupy punkowej chorujących na zespół Downa. Tak jak tam numery mają swój niepowtarzalny urok. Zgrabne wyznanie uczucia, miłość wyrażona za sprawą wpadającej w ucho melodii, w rytm której James śpiewa pozwól mi szorować, zostaje w pamięci. Podobnie jak stworzona spontanicznie aranżacja przedstawiająca prozaiczny poranek. Nawet w zwykłych, banalnych czynnościach ukryta jest magia, prezentowane są one jako najpiękniejsza poezja.

Utwory spychają fabułę na dalszy plan, bo tylko czekamy na kolejne wykonanie i usłyszenie kojącego głosu Emily Browning. Aktorka tracąca niewinność w Śpiącej piękności (J. Leigh, 2011), tutaj ją odzyskuje. Już na samym początku stawia nam diagnozę i próbuje nas leczyć. Nie ma innego wyjścia, niż poddać się terapii. Jest naturalna i zjawiskowa niczym przybysz z innego, lepszego świata. Wszystko, czego chce to historia z happy endem. W wakacyjnej przygodzie towarzyszy jej Olly Alexander. Nieśmiały, od razu zdobywający sympatię Brytyjczyk. Ma zbyt miłą aparycję na kochanka, ale jako przyjaciel próbujący wydostać się z friendzone jest bardzo wiarygodny. Potwierdził to już rolą w Talerzu i łyżce (A. Bagnall, 2011). Duet uzupełnia Hannah Murray. Muszę pochwalić dobór aktorów, bo – podobnie jak w przypadku dopasowania postaci Jamesa do aparycji Alexandra – dziewczyna po prostu wygląda na przygłupią koleżankę, stereotypową blondynkę. Wszystkiemu się dziwi i przygląda z otwartymi ustami. Co więcej, jej zachowanie i wygląd sprawiają, że wierzymy, gdy zamiast wyjść drzwiami, próbuje stworzyć sobie linę z sukienek, aby niczym księżniczka zejść po niej z wieży. W końcu mamy do czynienia z bajką.

Przynajmniej przez jakiś czas. Niestety twórcom nie udaje się wywierać takiego wrażenia do samego końca. Ostatnie kilkadziesiąt minut wybudza nas całkowicie, sprowadza na ziemię. Zbudowany czar pryska bezpowrotnie, a opowieść zostaje rozbita. Nagle to, co wcześniej działało na plus, zaczyna irytować i nudzić. Oczywisty dylemat: mieć czy być; starcie dwóch opinii na temat powodu tworzenia muzyki, podobne jak we Franku (L. Abrahamson, 2014), pozostawia wiele do życzenia.

Dziewczynom można zarzucić więcej: brak realizmu (to musical!), zbyt duża łatwość w pisaniu piosenek (muzyka to całe ich życie), macosze potraktowanie problemów psychicznych (a kto by chciał się nad tym rozwodzić?). Sam film jest okropny, ale idealnie sprawdza się jako ucieczka od rzeczywistości. Po seansie zostaje przyjemne uczucie błogości. Na pierwszy plan wychodzi wrażenie zwierciadła, w którym widzieliśmy samych siebie. Trochę krzywego, deformującego nasze ciała i umysły, ale często trafiającego w punkt. Może Stuart Murdoch stworzył gorszy film niż piosenki, ale efekt osiągnął podobny. Jeśli wracacie zmęczeni z pracy, dziewczyna przed chwilą was zostawiła czy zdechł wam pies, ta produkcja będzie idealnym lekarstwem. Przypomina, że życie jest tragiczne, ale dobre, bo nawet jesienno-zimowy krajobraz po wyjściu z kina staje się jakiś przyjemniejszy.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: