Mów mi Vincent

v1Theodore Melfi w swoim pełnometrażowym debiucie wchodzi na tereny wyeksploatowane przez Hollywood do cna. Nawet nie próbuje szukać czegoś nowego. Wręcz zdaje się wierzyć, że widzowie w kółko chcą oglądać jedno i to samo. Sięganie po sprawdzoną formułę jest w tym wypadku gwoździem do trumny, bo Mów mi Vincent (2014) to film tak nijaki, jak przewidywalny.

Vincent (Bill Murray) to cyniczny starszy pan. Jak większość takich postaci nie stroni od kieliszka, jest wulgarny i niemiły. Nie można jednak powiedzieć, że tak jak Walt Kowalski (Clint Eastwood) w Gran Torino (C. Eastwood, 2008) jest rasistą. Nie patrzy na różnice rasowe, płeć czy wiek – nienawidzi wszystkich tak samo. Jego spokojna egzystencja, uprzyjemniana cotygodniowymi wizytami prostytutki w ciąży Daki (Naomi Watts) i częstym odwiedzaniem torów wyścigów konnych, zostaje zakłócona przez nowych sąsiadów. Do domu obok wprowadza się samotna matka Maggie (Melissa McCarthy) wraz z synem Oliverem (Jaeden Lieberher). Młodzieniec całkowicie odmieni udręczone życie staruszka i nauczy go czerpać radość z drobnych przyjemności.

Oczywiście korzyści z takiej przyjaźni będą obustronne. Tytułowy Vincent również przekaże chłopcu kilka przydatnych rad, chociaż dotyczyć one będą zasad hazardu i odpowiedniego zadawania ciosów natarczywemu koledze z klasy. Fabuła oparta jest więc na kliszach, a jej konstrukcja nieznośnie trzyma się hollywoodzkiego podręcznika pisania komedii. Jedyny pożytek z tego taki, że w odpowiednim czasie uśmiech rzeczywiście zagości pod nosem, a kiedy indziej łezka zakręci się w oku. Niestety nie należy oczekiwać nawet jednej salwy rechotu czy rzewnych łez. Ze względu na swoją tendencyjność i konwencjonalność film oddziałuje na emocje wyjątkowo subtelnie.

W takim razie, w czym może tkwić moc tej produkcji? Hasło reklamowe umieszczone na plakacie –„Prawdopodobnie najzabawniejsi ludzie świata” – pod znanymi wizerunkami sugeruje szukać jej w aktorach. Jedna z twarzy należy do Billa Murraya. Smutny klaun, jak zawsze udowadnia, że ma to coś, potrafi rozbawić i zmusić do konsternacji. W roli zgryźliwego tetryka sprawdza się lepiej niż przywołany na początku tekstu Clint Eastwood czy kwartet weteranów z Last Vegas (J. Turteltaub, 2013), a nawet Jack Lemmon i Walter Matthau z wiadomych filmów. Ku naszej uciesze rzuca kolejnymi kąśliwymi uwagami, a niekiedy nawet mamy ochotę postawić mu drinka za trafienie w samo sedno problemu, jak w scenie na samym początku, kiedy próbuje zlikwidować konto w banku.

W miarę rozwoju akcji obserwujemy jego przemianę oraz to, jak wpływa na niego postać grana przez debiutującego Jaedena Lieberhera. Młodemu chłopcu można jedynie zazdrościć energii i naturalności. Kontrastuje z o wiele starszym komediowym wyjadaczem, ale wcale od niego nie odstaje. Zadaje naiwne, dziecięce pytania z niezwykłym urokiem, a w finale filmu sprawia wrażenie o wiele dojrzalszego, niż w rzeczywistości jest. Vincent nie mógł trafić na lepszego życiowego mentora. Ten duet aktorski jest jedyną zaletą produkcji. Widoczne na plakacie (poza Billem Murrayem) osoby to Melissa McCarthy i Naomi Watts, ale nie mogę powiedzieć, żeby panie specjalnie się wysiliły. Wina zapewne leży po stronie scenariusza, bo pierwsza z nich już nieraz udowodniła swój talent komediowy. W zeszłym roku zarówno w Gorącym towarze (P. Feig) jak i w Złodzieju tożsamości (S. Gordon) bawiła do łez (chociaż same filmy nie były najlepsze). Tutaj nie miała nawet możliwości rozwinięcia skrzydeł. Jako samotna, zapracowana matka jest dobra, ale w tę rolę mogłaby wcielić się jakakolwiek inna aktorka, a nie ktoś charakterystyczny i posiadający taką charyzmę. Watts miała nieco większe pole do popisu, ale również nie zachwyciła. Ciężarna prostytutka, imigrantka ze wschodu zwraca na siebie uwagę jedynie innym akcentem. Goszczący w epizodach Terrence Howard i Chris O’Dowd marnują warsztat na stereotypowe postaci. Drugi z panów zapada w pamięć, ale pierwszy jest tak mało wyrazisty, że zaraz po wyjściu z kina można o nim zapomnieć.

Podobnie jak zapomnieć możemy o całym Mów mi Vincent – produkcji nie wnoszącej zupełnie nic do naszego życia. Co więcej, nie sprawdza się ona nawet jako opowiastka ku pokrzepieniu serc. Wszystko już widzieliśmy wiele razy. Theodore Melfi sięga po przepis na sukces, ale za bardzo go przestrzega. Przesadza w schlebianiu gustom masowej widowni, przez co nie można oprzeć się wrażeniu, że traktuje swoją publiczność jak półgłówków. Grubą kreską podkreśla to, co chce powiedzieć, ale nie ma tego wiele. Płytkość próbuje zatuszować wymogami konwencji. W takim razie powstaje pytanie, czy można uznać to jeszcze za gatunek, czy to już jego parodia?

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: