John Wick

jwppDwóch kaskaderów po raz pierwszy stanęło za kamerą. W swoim reżyserskim debiucie postanowili nie skupiać się na psychologicznej realności, ale na dostarczeniu widzom potężnej dawki mordobicia. Motywacje głównego bohatera zeszły na dalszy plan, a najważniejsza okazała się liczba trupów w jednym ujęciu.

Twórcy nie wypierają się „pulpowego” rodowodu Johna Wicka (2014). Protagonista (Keanu Reeves) jest jednoosobową armią. Nie straszni mu przeciwnicy liczeni w dziesiątkach, a może i setkach. Jego przeszłość podniesiona zostaje do rangi mitu. Przed byłym zabójcą każdy drży ze strachu i czuje respekt. Dowiadujemy się, dlaczego tak jest, kiedy jego były pracodawca, mafijny boss Viggo Tarasov (Michael Nyqvist), tłumaczy synowi Iosefowi (Alfie Allen), dlaczego ten popełnił największy błąd w swoim życiu, zabijając psa Johna.

Śmierć suczki Daisy rasy beagle okazuje się wystarczającym powodem do krwawej zemsty. Jakkolwiek absurdalnie to nie brzmi, w trakcie seansu nabiera pewnej, definiującej cały film, pokręconej logiki. Szczeniak jest ostatnim prezentem, jaki John otrzymał od swojej zmarłej żony. Kobieta przedstawiona została jako idea, symbol określający dawne lepsze czasy. Leitmotivem produkcji jest nagrany przez bohatera filmik, prezentujący wspólnie spędzone chwile na plaży. Często oglądane nagranie przypomina o słuszności krwawej eskapady byłego mordercy w mroczne zakamarki Nowego Jorku. Poszukiwania głębszego uzasadnienia działań Wicka, czy próby odniesienia ich do psychoanalizy są bezsensowne.

Chad Stahelski, kaskader zastępujący Brandona Lee po nieszczęśliwym wypadku na planie Kruka (A. Proyas, 1994), i David Leitch, człowiek z równie imponującym dorobkiem kaskaderskim, to duet uczciwy. Nie próbują maskować kolejnych absurdów scenariuszowych, a ku naszej uciesze pozwalają im mnożyć się i kumulować. Suche dialogi i komiksowe wręcz bohaterstwo przyprawiają o uśmiech. Nawet wymuszony sarkazm ma tutaj swój nieporadny urok. John Wick z dumą obnosi się swoim b-klasowym charakterem. Najbardziej interesujące są sceny akcji. Walki zainscenizowano perfekcyjnie. Stanowią popis całej ekipy. Ukłony należą się odpowiadającemu za zdjęcia Jonathanowi Seli, którego podążająca za bohaterem kamera prezentuje naparzanki jako swego rodzaju poezję. Nawet Keanu Reeves wypada przed nią dobrze.

Pomimo pięćdziesięciu lat na karku gwiazdor z wdziękiem i urokiem zadaje kolejne ciosy, łamie kręgosłupy przeciwników lub ładuje im kulki między oczy. Brak umiejętności aktorskich oraz twarz nieskalana mimiką współgrają z bezwzględnością postaci i jej beznamiętnym stylem bycia. Z kolei Alfie Allen wzbudza obrzydzenie, niechęć i pogardę. Ponownie, bo już jako Theon Greyjoy w serialu Gra o tron (D. Benioff, D.B. Weiss, 2011–wciąż) robił to samo. W przypadku serii opartej na twórczości George’a R.R. Martina w kolejnych odcinkach ciężko było mu nie współczuć, natomiast w Johnie Wicku odczucia względem niego nie ulegają zmianie. Znowu wciela się w niesfornego synalka wywołującego gniew ojca i zasługującego na karę. Widz kibicuje Wickowi w wymierzaniu sprawiedliwości, przepraszam za kolokwializm, temu gówniarzowi. Nie ma tak naprawdę innego wyjścia. Twórcy manipulują naszymi uczuciami, nie podając wielu informacji na temat przeciwników protagonisty. O sprzymierzeńcach również niewiele wiadomo.

Z resztą miasto prezentowane jest jako miejsce wyjątkowo niebezpieczne, a dawny przyjaciel może okazać się śmiertelnym wrogiem, którego skusiła nagroda za głowę Wicka. Nie potrzebujemy jednak więcej wiedzieć na temat drugoplanowych postaci, bo większość z nich i tak musi skończyć jako krwawa plama. Akurat w tym aspekcie film jest bardzo konsekwentny i chwała mu za to. Wypada za to gorzej pod wieloma innymi względami. Odnosiłem wrażenie, że twórcy w niektórych scenach boją się przesadzić.

Chociaż przez część seansu czerpałem niemałą przyjemność, ciągle brakowało mi czegoś w świecie przedstawionym. Nawet jeśli chodzi o groteskowy powód zemsty. Przywodził mi on na myśl motywacje Joego Hallenbecka (Bruce Willis) z Ostatniego Skauta (T. Scott, 1991). Mścił się za śmierć faceta sypiającego z jego żoną i ratował życie człowieka, przez którego kiedyś stracił pracę. Kiedy powiedziano to na głos, absurd sytuacji został uwypuklony i wyśmiany. Tutaj przypominanie powodu krwawej rzezi nieraz przybiera formę nieznośnego, łzawego patetyzmu.

Powiedziałbym, że jest za mało absurdu w absurdzie. Świadomy kicz i tandeta najczęściej nie spełniają swojej funkcji. Ciężko bawić się na tej produkcji tak dobrze, jak na niedawnym Gościu (2014), gdzie Adam Wingard i scenarzysta Simon Barrett nieraz przegięli strunę, ale zawsze robili to z niezwykłym wyczuciem. Debiutującym w roli reżyserów Davidowi Leitchowi i Chadowi Stahelskiemu brakuje sprawności w operowaniu kliszami i żonglerce konwencją. Johna Wicka ogląda się przyjemnie, niedostatki nadrabiane są wartką akcją, ale istotą tego typu kina jest namówienie widza na podjęcie pewnej gry, sprzedanie mu zabawy w najczystszej jej postaci, a to nie zawsze twórcom wychodzi. Bo dobre szmiry trzeba umieć robić.

Tekst opublikowany również na łamach portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin

cc2

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: