Wolny Strzelec

ncpAmerykański sen objawił się nagi, bezbronny, zawstydzony. Jego porażka jest tym bardziej miażdżąca, jeśli wziąć pod uwagę, że znokautował go debiutant. W roli reżysera po raz pierwszy wystąpił Dan Gilroy. Scenarzysta znany między innymi z Podwójnej gry (D.J. Caruso, 2005) czy Dziedzictwa Bourne’a (T. Gilroy, 2012). W Wolnym strzelcu (2014) zabiera nas do mrocznego Los Angeles, gdzie moralność i etyka już od dawna leżą sześć stóp pod ziemią.

Po nieprzyjaznym, niczym wyjętym z czarnego kryminału mieście oprowadza nas Louis Bloom (Jake Gyllenhaal). Obserwujemy, jak zostaje zatrzymany przez ochroniarza, kiedy próbuje ukraść siatkę z ogrodzenia terenu prywatnego. Za sprawą rozmowy udaje mu się uniknąć kłopotów. Jedzie na złomowisko, gdzie chce sprzedać swój łup, i błaga o pracę. „Nie zatrudnię złodzieja” – odpowiada mu właściciel. W drodze do domu bohater jest świadkiem wypadku i widzi, jak do miejsca zdarzenia podbiega mężczyzna z kamerą. Po krótkiej wymianie zdań postanawia sam nagrywać krwawe newsy i sprzedawać je do telewizji. Jest zdesperowany, zdeterminowany i gotowy na wszystko, aby zdobyć pieniądze i stać się najlepszym w nowej branży.

Branży wyzutej z człowieczeństwa, pozbawionej moralności i jakiegokolwiek przejawu empatii. Kiedy Louis przynosi taśmę z brutalnym nagraniem, Nina (Rene Russo) pyta tylko, czy pokazanie tego jest zgodne z prawem. Nieważni są bliscy ofiar, oficjalne informacje i prawda. Chodzi o to, żeby przyciągnąć ludzi przed ekran, żeby bezduszne słupki oglądalności skoczyły w górę. Etyka dziennikarska schodzi na dalszy plan. Czwartą władzę, która ma stać na straży demokracji, można raczej uznać za kolejnego dyktatora.

Zasady panujące w świecie przedstawionym są więc nadzwyczaj proste. Zabij albo zostań zabity; osiągnij cel albo zgiń, próbując; bądź pierwszy albo zrezygnuj; by zdobyć materiał, łam prawo manipuluj, kłam, oszukuj. Ma być krwawo i przerażająco, ludzie mają ze strachem wyglądać przez okno, siedzieć w domach i patrzeć na okrutną rzeczywistość migającą na błękitnym ekranie. Louis bardzo szybko orientuje się w tym wszystkim. Tylko czekamy, żeby zobaczyć, jakiego świństwa dopuści się w następnej scenie. Obserwujemy jego wspinaczkę po szczeblach kariery, a jednocześnie – upadek człowieczeństwa. Przypomina on Waltera White’a (Bryan Cranston) z bijącego rekordy popularności serialu Breaking Bad (V. Gilligan, 2008–2013). Na początku podobno mamy lubić nauczyciela postanawiającego zrobić karierę w branży narkotykowej, współczuć mu. Im bliżej końca tym bardziej należało nienawidzić go za to, w jakiego socjopatę ewoluował. Napisałem „podobno”, bo tak mi mówiono, ale miałem zupełnie inne odczucia. Zacząłem sympatyzować z Walterem dopiero, kiedy zhardział i był bezwzględnym Heisenbergiem. Nic na to nie poradzę – mam słabość do genialnych socjopatów. Mając to na uwadze, byłem przekonany, że identyczne odczucia będę miał względem Louisa. Gilroy zaskoczył mnie, tworząc postać, której nie mogłem podziwiać, kibicować jej. Na początku protagonistę odbierałem jako nachalnego kolesia próbującego zainteresować sobą niechętną do pogaduszek kobietę. Gardziłem jego słowotokiem. W miarę rozwoju akcji zaczynałem się go bać. Jego machinacje przyprawiały mnie o dreszcze. Najbardziej przerażające w nim było to, że to zwykły facet mający problem ze znalezieniem pracy. Obrzydzenie wzrastało w miarę zauważania, jak traktuje swego współpracownika.

Rick (Riz Ahmed) kontrastuje z głównym bohaterem. Przywodzi na myśl Jesse’ego Pinkmana (Aaron Paul) ze wspomnianej serii. Jako jedyny próbuje zachować resztki swojej duszy w tym okrutnym świecie. Przeciwstawia się pracodawcy, próbuje namówić go do bardziej etycznego zachowania, ale w końcu ulega sile perswazji (czyt. pieniędzy). Cała reszta postaci to stereotypowe samograje. Najciekawszą z nich jest Nina. Karierowiczka, twarda kobieta, pragnącą utrzymać swoją pozycję. Daje sobą manipulować, znosi poniżenia, aby wciąż dostawać materiały od Louisa. Z ich kontaktów płynie nauka, że nie trzeba w ramach próby zdobycia kobiety zabierać jej do kina porno, jak to robił Travis Bickle (Robert De Niro) w Taksówkarzu (1976). Szantaż daje dużo lepszy efekt.

Produkcja posiada kilka cech wspólnych z wybitnym dziełem Martina Scorsesego. Nowy Jork zamieniono na Los Angeles, ale miasto pozostaje tak samo żarłoczne i niebezpieczne. Fabuła opiera się na epizodach, a kolejne wydarzenia wywierają wpływ na psychikę protagonisty, doprowadzając do krwawego finału, również walki o niewinność. Bohater, podobnie jak wspomniany Travis, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce. Nie chce zlikwidować motłochu, brnie w bagno coraz głębiej. Bliżej mu nawet do Ruperta Pupkina również granego przez De Niro z Króla Komedii (1983) reżyserowanego też przez Scorsesego, nie przeszkadza mu ubrudzenie rąk w trakcie docierania do celu. Dewizę: „Jeśli chcesz wygrać na loterii, zarób na los” zamienił na radę Tony’ego Camontego (Paul Muni) z Człowieka z blizną (H. Hawks, 1932): „Zrób to pierwszy, zrób to sam i trzymaj się tego”. Czasy są za to zupełnie inne. Zachowania kiedyś wymagające kary bądź hołubione uległy przewartościowaniu. W Ameryce anno domini 2014 bezwzględność i łamanie reguł moralnych są wzorami do naśladowania.

Dan Gilroy wraz z etatowym operatorem Paula Thomasa Andersona, Robertem Elswitem, wyciągają z Los Angeles to, co najgorsze. Tworzą klimatyczny thriller zawierający w sobie elementy czarnej komedii, satyry, noir, a nawet groteski. Świat przedstawiony nie mógłby być bardziej nieprzyjazny. Sposób pokazania współpracy między twórcami wiadomości a freelancerami został skrytykowany przez ludzi z branży. To i pewne uproszczenia nie są jednak ważne. Emocje podczas seansu Wolnego strzelca sięgają zenitu, mrok wbija w fotel, a gra Jake’a Gyllenhaala powala na kolana. Druga w karierze nominacja do Oscara gwarantowana, tym bardziej że Akademia kocha się w tego typu przemianach fizycznych. Zobaczcie wychudzonego, bladego jak ściana aktora z tłustymi włosami i pozwólcie mu kopać powalony przez reżysera na ziemię mit Ameryki.

 

Tekst opublikowany również na portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję

ars

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: