Gość

Wywodzący się z nurtu mumblegore[1] (połączenie mumble ‘bełkot’ i gore) Adam Wingard i scenarzysta Simon Barrett pracują ze sobą dopiero od czterech lat. Prócz współtworzenia mumblecore’owej komedii erotycznej Autoerotyzm (wraz z Joem Swanbergiem, 2011) zajmowali się kinem grozy. Na swoim koncie mają trzy pełne metraże i tyle samo etiud w antologiach V/H/S (2012), The ABC’s of death (2012) i V/H/S 2 (2013). Teraz nadszedł czas na film z o wiele większym budżetem niż dotychczasowe, dzięki czemu twórcy nie muszą korzystać z pomocy przyjaciół ani bełkotać, a twarz protagonisty już gdzieś widzieliśmy. Gość (2014) to esencja zabawy w kino i w kinie.

Poprzedni film pełnometrażowy Wingarda i Barretta, Następny jesteś ty (2011), odsyłał nas do kina lat 70. Było to brutalna home invasion z dużą dawką czarnego humoru. W najnowszej produkcji widać wpływ lat 80. Twórcy bawią się kiczem, a miejsce krążących wtedy odniesień do zimnej wojny zajął terroryzm i konflikt na Bliskim Wschodzie, który jest niczym klątwa ciążąca na Amerykanach. Matka (Sheila Kelley) płacze nad zdjęciem zmarłego dziecka, kiedy do jej drzwi puka były żołnierz David (Dan Stevens). Twierdzi, że służył wraz z jej synem, który zginął na misji. Tytułowy gość postanawia zostać na kilka dni w domu Petersonów, przez co poznaje problemy poszczególnych członków rodziny. Nie mówi wiele o sobie i swoich intencjach, a akcja zmierza w niespodziewanym kierunku.

Podejmowany temat już od początków kariery fascynuje reżysera. W horrorze Home sick (2007), do którego scenariusz napisał E.L. Katz (równie ważna postać dla mumblegore), na imprezę nastolatków przyszedł tajemniczy pan Suitcase, grany przez znanego fanom gatunku Billa Moseleya. Gość zmusił ich do uczestnictwa w chorej grze, w konsekwencji czego musieli walczyć o swoje życie. W Naprawdę strasznej śmierci (2010) – pierwszym wspólnym filmie Wingarda i Baretta – w życie Sary (mocno związana z mumblegore Amy Seimetz) wszedł tajemniczy Kevin (reżyser mumblecore Joe Swanberg). Oczywiście obsesja na punkcie niebezpieczeństwa, na które jesteśmy narażeni przez kontakt z obcymi, miała swoje apogeum w Następny jesteś ty. Tam grupka ludzi w maskach zwierząt atakowała rodzinę odpoczywającą w domku letniskowym. W Gościu zadawane są podobne pytania. Kogo wpuszczamy do domu? Na ile można wierzyć tej osobie? Jakie są jej motywacje? W jaki sposób powiązana jest z bliskim nam człowiekiem i czy w ogóle? Czy zabije nas z błahego powodu, żeby pojechać na miesiąc miodowy? Wingard nie podaje odpowiedzi i jak zwykle nie moralizuje. Pozwala bohaterowi robić swoje i z mieszania jego działań z losem rodziny czerpie niemałą przyjemność.

Przybysz z początku fascynuje każdego członka rodu Petersonów. Chętnie opowiadają mu o swoich problemach, a on pomaga im niczym Hesher (Joseph Gordon Levitt) z filmu Spencera Sussera (Hesher, 2010) tylko na swój – inny, ale równie chory – sposób. Rodzina nic o nim nie wie, a jednak wpuszcza go do swojego życia. Nikt nie ma pojęcia, do czego to doprowadzi. David mało mówi, ale dużo działa. Sprawia wrażenie prostego żołnierza, znającego odpowiedź na wszystko. Rozwiązanie konfliktów widzi w przemocy. Najbardziej zżywa się z nim Luke (Brendan Meyer), który jest poniżany i bity przez kolegów z liceum. Chłopak patrzy na niego zauroczonymi i pełnymi zaufania oczami, wierzy w jego uczciwość. Żołnierz imponuje mu swoją siłą, jest dla niego wzorem mężczyzny. Zdrowy rozsądek zachowuje jedynie córka, w której mężczyzna wcześniej wzbudzał pożądanie za sprawą kaloryfera na brzuchu. Dziewczyna dość szybko przestaje mu wierzyć – okazuje się mądrzejsza od dorosłych, widzących w przybyszu uczciwego przyjaciela zmarłego syna. W powietrzu ciągle krąży groźba, że tajemniczy gość w końcu odkryje swoją mroczną stronę i w najlepszym razie okaże się oszustem na miarę Paula (Will Smith) z Szóstego stopnia oddalenia (F. Schepisi, 1993), a w najgorszym – Harry’ego Powella (Robert Mitchum) z Nocy myśliwego (C. Laughton, 1955).

Fascynacja rodziny dość szybko przechodzi na nas. Ciągle wodzeni jesteśmy za nos, bo chociaż zdarza nam się wiedzieć o przybyszu więcej niż bohaterowie, to wciąż nie mamy pewności, kim jest i do czego zmierza. Powodem tego stanu rzeczy jest płynne przeskakiwanie między dwoma rzeczywistościami. Wingard i Barret osadzają swoją opowieść w realności, a za chwilę wznoszą ją na poziom odrealnionej i intertekstualnej zabawy. Swojego bohatera prezentują nieraz, bo jakżeby mogli inaczej, jako mitycznego boga. Każą mu wychodzić spod prysznica w otoczeniu pary i zachwycać swoimi mięśniami czy wnosić na imprezę nastolatków dwie beczki piwa naraz. Kontrapunktem jest demitologizacja pokazująca Davida przy prozaicznych życiowych czynnościach jak pranie (czego finałem będzie krwawa jatka), a także zachowywany w stosunku do niego dystans objawiający się czarnohumorystycznymi wstawkami lub tandetną transfokacją na jego twarz podczas sceny walki.

Dan Stevens kreśli swoją postać w podobny sposób. Nieraz prezentuje psychologiczną realność, a kiedy indziej gra w sposób lekko ironiczny, nadając Davidowi cech bohatera kina akcji, który powinien wpaść na plan kolejnej części Niezniszczalnych. Droczy się ze swoim dotychczasowym wizerunkiem grzecznego chłopca, błękitnookiego szlachcica z serialu Downton Abbey (J. Fellowes, 2010). Dobrze wyczuwa momenty, kiedy może sobie pozwolić na uśmieszek, a kiedy należy zachować powagę, aby nie przekroczyć granicy karykatury. Wzbudza sympatię, nawet kiedy przechodzi w tryb maszyny do zabijania. Robi to z wdziękiem i urokiem, najlepsze zachowując na koniec. Sprawia wrażenia połączenia Michaela Myersa i Terminatora, wyciągając z nich to, co najlepsze.

Chociaż zarówno po początku, jak i po trailerze można oczekiwać thrillera, zakwalifikowanie Gościa do jakiegokolwiek gatunku to zadanie karkołomne i uwłaczałoby temu, czym rzeczywiście jest. Zawiera w sobie elementy komedii, horroru, akcji i dramatu, ale koniec końców nie można go przypisać do żadnego z nich. Ta mieszanka jest sprawnie zrealizowanym, niepozwalającym się nudzić hołdem dla akcyjniaków z ery VHS. Adam Wingard i Simon Barrett to nie tyle młodzi gniewni, co młodzi wkurzeni, którzy chcą robić filmy, jakie sami oglądali w przeszłości, i teraz mają ku temu stosowne środki. Efektownie zmierzają do mainstreamu, a Hollywood powinno drżeć ze strachu.

[1] Termin używany do określania produkcji łączących w sobie cechy mumblecore i horroru.

Recenzja opublikowana również na portalu noircafe.pl

Za seans dziękuję sieci kin cc

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: