Rec 4: Apokalipsa

Reżyserzy Rec (2007) oraz Rec 2 (2009), Jaume Balaguero i Paco Plaza, rozdzielili się i postanowili osobno stworzyć kolejne odsłony franczyzy. Drugi z wymienionych panów odszedł od idei pierwowzorów i zaserwował slapstickową i odświeżającą cykl Genezę (2012). Nie zyskała przychylności krytyków i wielu fanów. Teraz wychodzi na jaw, jak bardzo byli w błędzie. Czwarta i finałowa część o podtytule Apokalipsa (2014), za którą odpowiada sam Balaguero, niszczy legendę.

Fabuła podąża bezpośrednio za wydarzeniami przedstawionymi w dwójce, ale pod uwagę brane są również te z trójki. Protagonistką ponownie jest Angela Vidal (Manuela Velasco). Reporterka po wyjściu z budynku opanowanego przez opętane zombie trafia na statek objęty kwarantanną. Płynący nim naukowcy próbują znaleźć antidotum na wirusa. Fan dziennikarki, Nic (Ismael Fritschi), odzyskuje nagranie z jej kamery, gdzie widać jak demon wchodzi do jej ciała. Angela będzie musiała udowodnić swoją niewinność, walcząc z coraz większą ilością zarażonych.

Bohaterkę otaczają głównie mężczyźni. Jedyną postacią kobiecą prócz niej jest staruszka (Maria Alfonsa Rosso), która myślami jest wciąż na weselu z Genezy. Reżyser w tym tryskającym testosteronem świecie każe kobiecie walczyć nie tylko z przewożonymi zarażonymi małpami, które po jakimś czasie zamieniają załogę w zombie, ale również z uzbrojonymi żołnierzami i zdeterminowanymi lekarzami. Angela jest tutaj niczym postać wyjęta z gry gatunku survival horror. Czołga się, rozwiązuje jakąś łamigłówkę i cały czas musi uważać na tabuny wrogów. Jej ranga podniesiona zostaje do heroiny, jedynej osoby mogącej zniszczyć demona i efekty jego działań. Świadczyć może o tym postać zafascynowanego reporterką Nica – otyłego geeka patrzącego na nią maślanymi oczami. Już na samym plakacie promującym film widzimy kobietę w obowiązkowym białym podkoszulku, trzymającą silnik od motorówki i spoglądającą na nas niby zalotnie, a jednak z dużą dozą wyższości. Jest w niej coś nieludzkiego, na myśl przychodzi wchłonięty przez nią szczep wirusa.

W ten sposób Balaguero od początku prowadzi z widzem nie do końca udaną grę. Pamiętamy zakończenie części drugiej i spodziewamy się, że demon w końcu uderzy, a Angela rozpęta najciekawsze piekło w historii horrorów. Podtytuł również zaostrza apetyt. Zapowiadana apokalipsa jednak nie nadchodzi, a przynajmniej nie w oczekiwany sposób. Reżyser zamiast zaskakiwać nas rozwiązaniami, szokuje naciąganym i pełnym klisz scenariuszem. Po przeglądaniu materiałów promocyjnych miałem cichą nadzieję na powrót do korzeni. Kilkanaście minut wprowadzenia, a potem horror do samego końca. Chociaż (a może właśnie dlatego) to najdłuższa z części (poprzednie nie przekraczały osiemdziesięciu minut), nie ma w sobie nawet krzty grozy jedynki czy dwójki. Ekspozycja szybko zaczyna nudzić, a kiedy już coś się dzieje, jest to rozwlekane w czasie i pozbawione siły.

Nie ma tutaj nawet odświeżającego powiewu części trzeciej. Przy okazji Genezy odejście od formuły pierwowzoru było zrozumiałe. Zafascynowanie tanimi w produkcji found footage powoli przemijało (jeśli można tak powiedzieć, bo mam wrażenie, że producenci wciąż próbują reanimować znienawidzoną przeze mnie estetykę). Paco Plaza zrezygnował z wiecznie trzęsącej się kamery ustawionej na ramieniu któregoś z bohaterów oraz poważnego tonu. W zamian zaoferował hektolitry krwi, dużo flaków, slapstickowy humor i odniesienia do klasyki gatunku gore. Balaguero w pewnym stopniu robi to samo. Bo jak spojrzeć na noszony przez bohaterkę silnik z motorówki, jeśli nie jak na odpowiednik kosiarki z Martwicy mózgu (P. Jackson, 1992)? Tym bardziej że zarażone małpy wpadają w pewnym momencie na jego wiatrak, co przywodzi na myśl do niedawna najbardziej krwawą scenę w historii kina ze wspomnianego filmu. Brutalnych momentów jest na tyle mało, że nie można ich uznać za zaletę. Reżyser za wszelką cenę próbuje oddać ducha pierwowzoru. Podchodzi do absurdalnych niekiedy scen z kamienną twarzą. Nie uświadczymy tutaj lekkości poprzednika. Jak wcześniej zabierani jesteśmy do wyizolowanego miejsca, budowany jest klaustrofobiczny klimat, a zdjęcia wykonane przez Pablo Rosso nie korzystają z estetyki pierwszych części, ale ją imitują. Roztrzęsiona kamera w połączeniu z falowaniem statku może doprowadzać nawet do wymiotów.

Rec 4: Apokalipsa plasuje się gdzieś między dwójką a trójką. Przez większość czasu miałem wrażenie, jakby Jaume Balaguero sam nie wiedział, jaka ma być ostatnia przecież część legendarnej już serii. Brak konsekwencji sprawia, że film jest nijaki. Jakby twórcy zostali pozbawieni chęci i pragnęli to jak najszybciej zakończyć. Część pierwsza nazwana była fenomenem hiszpańskiego kina grozy (a moim zdaniem dwa kolejne sequele są prawie tak samo dobre). Finalną odsłonę tego fenomenu określiłbym mianem nieudolnego kina grozy. Od wielu innych tego typu produkcji nic jej nie odróżnia, przez co szybko odchodzi w zapomnienie. Serca milionów fanów są złamane i krwawią. „Najlepsze zostało na koniec” – to hasło reklamowe dawało nadzieję na wyjątkowe doświadczenie. Po seansie wydaje się okrutnym żartem z widzów, którzy zaufali twórcom.

 

Za seans dziękuję sieci kin cc2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: