Sons of Anarchy. Synowie Anarchii

Nazwa fikcyjnego miasteczka Charming w Kalifornii może być zwodnicza. Kurt Sutter, twórca Sons of Anarchy, wykreował miejsce, w którym jest pełno tajemnic, machinacji, a z członkami tytułowego klubu motocyklowego lepiej nie zaczynać. Serial stacji FX należy do najbardziej wyjątkowych produkcji tego typu ostatnich lat. Ma niepowtarzalny klimat i jest środkowym palcem skierowanym w stronę grzecznej, amerykańskiej telewizji. Autorzy komiksu osadzonego w tym świecie stanęli przed nie lada wyzwaniem.

Akcja powieści graficznej ma swój początek po zakończeniu sezonu czwartego i biegnie równolegle z wątkami sezonu piątego. Album wydany przez SQN zawiera sześć rozdziałów, a dokładniej sześć zeszytów serii stanowiących zamkniętą opowieść. Poświęcone są one postaci Alexa „Tiga” Tragera (w serialu wciela się w niego Kim Coates). Motocyklista właśnie stracił córkę, która została spalona żywcem przez Damona Pope’a. Pogrążony w żałobie nie jest w stanie racjonalnie myśleć. Pewnej nocy do siedziby SAMCRO przychodzi Kendra Kozik. Jej ojca, byłego członka klubu, poznajemy w drugim sezonie serialu, a ginie on w czwartym, po nadepnięciu na minę. Dziewczyna prosi dawnych przyjaciół Hermana Kozika o pomoc. Wkrótce na jaw wychodzi, że polujący na nią Griggs to tylko płotka, a nad nim stoi ktoś jeszcze.

Okładka albumu, będąca jednocześnie okładką pierwszego zeszytu, mówi wszystko. Na pierwszym planie widzimy sylwetkę Tragera, za nim unosi się podobizna twarzy Charliego Huntmana, czyli serialowego Jaxa, prezydenta klubu. Pod nimi mamy trójkę pędzących na złamanie karku członków Sons of Anarchy. To ostatnie zapowiada ostrą jazdę bez trzymanki, a zawartość komiksu spełnia daną obietnicę. Zanim jednak przejdziemy do akcji, uraczani jesteśmy głębokim portretem psychologicznym Tiga. Nie może to dziwić. Za scenariusz odpowiada Christopher Golden. Przeniósł on na karty książki m.in. takich bohaterów jak Hellboy czy Buffy, postrach wampirów. W scenariuszu Nawiedzonej Ziemi napisanym z Mikiem Mignolą i Tomem Sniegowskim zgłębiał psychikę członków Biura Badań Paranormalnych i Obrony po odejściu z agencji Hellboya. W Sons of Anarchy tęsknota za utraconą osobą jest bardziej ewidentna, scenarzysta ma większe pole do popisu, może się skupić na jednej osobie. Najważniejsze są umysł i uczucia ojca w żałobie. Mężczyźnie puszczają nerwy, kiedy w barze widzi chłopaka szarpiącego jakąś dziewczynę za włosy. W pomocy córce przyjaciela znajduje możliwość odkupienia swoich win i wyzbycia się wyrzutów sumienia związanych ze śmiercią własnego dziecka. Widok spalonego żywcem ciała wciąż go prześladuje. Jego zagubienie i szaleństwo, w jakie wpada, jest zrozumiałe.

Psychikę pogłębiają rysunki. Odpowiada za nie Damian Couceiro, który na karty komiksu pomógł przenieść Planetę małp. Można twierdzić, że nie miał wiele do roboty, bo musiał jedynie przerysować twarze aktorów i znane z serialu miejsca. Nic bardziej mylnego. Każdy kadr to małe cacko. Większość akcji rozgrywa się w nocy, a rysownik doskonale operuje cieniami. Bohaterowie często wyłaniają się z ciemności i są nią częściowo zakryci. Mrok pada nie tylko na Charming, ale również na serca postaci. Częstymi detalami fragmentów twarzy rysownik potrafi nakreślić targające ludźmi uczucia. Najbardziej widać to na przykładzie Tiga. Pokryty krwią, wypowiadający kwestie zdaje się być uosobieniem szaleństwa. Poza tym na każdym portrecie członków klubu widać zmęczenie prowadzonymi wojnami oraz ciągle narastającymi i zapętlanymi problemami. Nie wchodzimy do świata alternatywnego, ale uzupełniającego ten serialowy. Nadawane mu są pewne dodatkowe cechy. Do tego dochodzą jeszcze nostalgiczne retrospekcje, przy których łezka kręci się w oku. Pokazują one postaci żywsze, szczęśliwsze, kontrastujące z akcją właściwą. Kiedy Trager rozmawia z Kozikiem na wyblakłych obrazkach, aż chciałem przyklasnąć i krzyknąć: „To cały Tig!”. Sympatyzowałem z postaciami, a autorzy manipulowali moimi uczuciami. Tu zmuszali do zdenerwowania, tu do współczucia, a tam do strachu o ich życie.

Duet twórców nie został więc dobrany przypadkowo. Panowie doskonale rozumieją się i kreują rzeczywistość bohaterów każdym możliwym środkiem. Ben Stenbeck swoimi pracami podobnie uzupełniał świat tworzony przez Goldena i Mike’a Mignolę przy okazji serii przygód lorda Baltimore’a. Tak jak tam czułem chemię między autorami, która doprowadziła do stworzenia magii na kartach komiksu. W Sons of Anarchy wszystko ma swoje znaczenie, a każdy pojedynczy kadr zdradza nam coś o postaciach, prowadzonej intrydze, a niekiedy nawet dodaje trochę humoru.

Chociaż długo jesteśmy wprowadzani w świat przedstawiony (nie uznaję tego za wadę), to od trzeciego rozdziału napięcie zaczyna wzrastać do niebotycznych rozmiarów. Akcja rozpędza się, trup ściele się gęsto, a w jednym kadrze pada kilkadziesiąt strzałów. Tempo wydarzeń zaprezentowano znakomicie. Z zapartym tchem przewracałem kolejne strony. Sytuacje pełne akcji są serwowane stopniowo, w krótkich odstępach. Czasami chwila oddechu jest potrzebna. Atmosfera powoli zagęszcza się coraz bardziej i zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z tykającą bombą, której detonacja nastąpi już niedługo. I wybucha w ostatnim rozdziale, będącym czystym szaleństwem, orgią zniszczenia, furii, nienawiści i żalu.

Spirala tych cech nakręca się gdzieś na białych liniach między kolejnymi kadrami. Najważniejsze jest to, co nie zostaje powiedziane wprost. Jax najbardziej obawia się wrogów ukrytych w cieniu. Zapowiedź wojny i ujawnienia się przez nich krąży gdzieś między kartami. Między jednym obrazkiem, a kolejnym negatywne emocje narastają. Tajemnice powoli wychodzą na jaw, ale wiele zostało jeszcze do odkrycia. Podobna sytuacja ma miejsce w serialu.

Te sześć rozdziałów można uznać za dodatkowy odcinek, swego rodzaju spin-off, mający przybliżyć nam jedną z postaci. Taka koncepcja bardzo mi odpowiada. Powstały już kolejne zeszyty. Numery od siódmego do czternastego rozgrywają się między trzecim a czwartym sezonem, kiedy Synowie Anarchii odsiadują wyrok. Fabuła skupiona jest wokół kobiet. W męskim świecie serialu panuje matriarchat, bo tak naprawdę wszystkim rządzi Gemma. W komiksie, który trafia do naszych rąk, jest to zauważalne. Nawet więcej. Jesteśmy świadkami starcia między wspomnianą matką obecnego prezydenta klubu (żoną dwóch poprzednich), a ukochaną Jaxa. Autorzy odwalili więc kawał dobrej roboty, oddając znane z telewizji realia.

Christopher Golden i Damian Couceiro proponują fanom serialu poboczne wątki, zachowując jednak cechy rzeczywistości wykreowanej przez Kurta Suttera. W żadnym momencie nie odchodzą od oryginalnej idei. Wiąże się z tym również pewien problem. Z albumu największą przyjemność czerpać będą wierni fani produkcji. Inni powinni zacząć swoją przygodę z klubem od oryginału. Nie zmienia to faktu, że komiksowe Sons of Anarchy to pozycja wyjątkowa i co najmniej godna uwagi. Wjeżdżając do tego czarującego miasteczka, musicie być gotowi na brak możliwości powrotu. Każda kolejna kartka coraz bardziej uzależniała mnie od adrenaliny. Kiedy skończyłem lekturę zeszytów, rzeczywistość sprawiała wrażenie przyjaznej, ciepłej, spokojnej, a jednocześnie wyjątkowo nudnej. Serial dobiega końca i dobrze mieć ten substyt na półce. Z pewnością jeszcze nieraz będę wracał do posępnego Charming.

 

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu logo_sqn

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: