Furia

W swoim najnowszym autorskim projekcie David Ayer zaprasza nas na wojnę błyskawiczną, totalną i brutalną. Tytułowa Furia (2014) to napis na lufie czołgu. Można go uznać za pełnoprawną postać. Czasami nawet z jego perspektywy patrzymy na szaleństwo, jakie ogarnęło cały świat. Nazwa shermana, którym poruszają się bohaterowie, to również uczucie goszczące w ich sercach podczas wojny.

Drugi kierowca Furii zostaje zabity podczas walk. Jego miejsce zajmuje młody, niemający doświadczenia w bitwie Norman (Logan Lerman). Dołącza do religijnego Boyda o ksywce „Biblia” (Shia LaBeouf ze śmiesznym wąsikiem), wzbudzającego niechęć „Coon-Assa” (Jon Bernthal) i „Gordo” (Michael Pena). Wszyscy oni służą pod dowództwem Dona „Wardaddy’ego” (Brad Pitt), który mówi po niemiecku lepiej niż Aldo Raine z Bękartów wojny (Q. Tarantino, 2009) po włosku. Razem będą mieli do wykonania misję, a czasu na uczenie nowicjusza nie ma wcale.

Chociaż fabuła może przywodzić na myśl filmy typu Parszywa dwunastka (R. Aldrich, 1967) czy Tylko dla orłów (B. G. Hutton, 1968), opowieść nie ma nic wspólnego z wojenną przygodą. Akcja osadzona jest pod koniec II wojny światowej, a bohaterowie przebywają na terenie III Rzeszy. Z każdej strony otaczają ich Niemcy. Amerykanie nie działają ani na tyłach wroga, ani incognito, ale stawiają zdesperowanym i świadomym przegranej przeciwnikom czoła w otwartych walkach. Nie uświadczymy tutaj lekkich momentów. Każda scena, nawet zaczynająca się od niewinnej rozmowy, naznaczona jest zagrożeniem. Napięcie stopniowo narasta, aż nadchodzi punkt kulminacyjny, w którym wybucha ktoś (dosłownie lub w przenośni) albo coś. Każdy przejaw humoru szybko zostaje zdeptany przez ciężkie żołnierskie buty. Zwycięstwo jest tak bliskie, a jednocześnie tak odległe. Czy jakąkolwiek wojnę można tak naprawdę wygrać? Czy po drodze nie trzeba odtrącić własnego ja?

Plastikowi i jednoznacznie źli są przez większość czasu niemieccy żołnierze. Desperacja sprawiła, że zmuszają oni do walki nawet kobiety i dzieci oraz wieszają na słupach wszystkich, którzy nie chcą ginąć za ojczyznę. Kontrastuje to z Amerykanami. Reżyser kładzie duży nacisk na psychologię tych postaci. Każdy z głównych bohaterów jest jakiś, nie ma jednowymiarowości. Są to ludzie z krwi i kości zmuszeni do zabijania. Po wygrywanych walkach twierdzą, że to najlepsza praca, jaką mieli, ale wypowiadają to pod wpływem adrenaliny – wcale tak nie myślą. David Ayer podobnie jak w swoich poprzednich filmach kreuje świat, w którym tylko najtwardsi mogą przeżyć. Nie ma tam miejsca dla kobiet: pojawiają się one rzadko i na krótko. Są bezbronnymi ofiarami wykorzystywanymi przez mężczyzn.

Można zauważyć cechy wspólne Furii i wcześniejszej trylogii policyjnej reżysera. Inne jest miejsce, czasy, przeciwnicy, ale zasady obowiązują te same. Zabijasz albo zostajesz zabity, przyjaciele ci dokuczają, przestępcy, a w tym wypadku Niemcy, zrobią wszystko, aby cię zniszczyć. Norman niewiele różni się od bohatera granego przez Keanu Reevesa w Królach ulicy (2008). Owszem, nie ma jego determinacji w oczyszczaniu miasta z tych złych, nie pije i nie musi odkrywać tajemnic swoich współpracowników, ale próbuje zachować iskierkę człowieczeństwa, w świecie wyzutym z wszelkich ludzkich odruchów. Nie rozumie zasad panujących w odmiennej rzeczywistości. Czemu każą mu strzelać do trupów? Znalazł się w miejscu, gdzie nie ma miejsca na empatię. Szkolono go do pisania na maszynie, a nie zabijania. Jest motorem napędowym akcji i będzie musiał przejść inicjację, aby zostać prawdziwym mężczyzną. W tym wypadku oznacza to pójście do łóżka z kobietą (bo twórca nie może pozwolić na rozwinięcie romansu) i znalezienie powodu do zabijania Niemców.

W Dniu próby (2001), do którego scenariusz napisał Ayer, a zrealizował go Antoine Fuqua, Alonzo Harris (Denzel Washington) pomagał Jake’owi Hoytowi (Ethan Hawke) poznać zasady obowiązujące w nowym miejscu, w Furii jest podobnie – Wardaddy jest przewodnikiem nowicjusza. Sierżant tęskni za normalnością, chwilą spokoju – udowadnia to scena posiłku. Dla niego nadziei już jednak nie ma. Na początku wymiotuje po zabiciu przeciwnika, ale chwilę wcześniej sam odsyła symbolicznego białego konia w siną dal. Jego ciało pokrywają blizny w całości zakrywające duszę. W miarę rozwoju akcji coraz bardziej widać zmęczenie, niechęć i nienawiść do Niemców. Nie traktuje ich jak ludzi, są dla niego jedynie zwierzyną. Musi ich wytropić i zabić, oni wywołali całe to szaleństwo, przez nich jest tam, gdzie jest. Każda chwila wahania może kosztować go życie. Doskonale rozumie prawo, jakim rządzi się wojna.

Hasło reklamowe „historia jest brutalna”, swoją drogą wypowiedziane w filmie, jest jak najbardziej adekwatne. Ayer nie oszczędza widzów: pokazuje rozstrzeliwanie czy gąsienice czołgu zgniatające głowy. Don Evans, konsultant techniczny produkcji biorący udział w rzeczywistych walkach, stwierdził, że niektóre sceny są bardziej ekstremalne niż to, czego doświadczył podczas dwudziestu ośmiu miesięcy służby[1]. Mimo to nie zdarza się często, aby przeciętny widz musiał odwracać głowę. Hiperboliczna brutalność i efekty gore działają na plus. Nadają walkom inny wymiar i zmniejszają obecny patos.

Amerykańscy żołnierze są oczywiście tymi najbardziej zmęczonymi, wojna odciska na nich największe piętno. Niczym Spartanie są gotowi stanąć do walki z przewyższającymi ich liczebnie oddziałami wroga. Wrażenia tego typu wzmaga muzyka. Ścieżka dźwiękowa stworzona przez Stevena Price’a (zdobywcę Oscara za muzykę do Grawitacji, 2013) sama w sobie jest przepiękna. W tego typu filmie dodaje jednak męczącego momentami uwznioślenia sytuacji. Na szczęście nie ma wiele takich scen i całość ogląda się bez bólu.  

David Ayer zadaje wiele pytań o człowieczeństwo. W swoich bohaterach próbuje odkrywać jego iskierki i szuka powodów braku ludzkich odruchów. Nie komentuje niczyich zachowań, pozwala widzom wyciągać własne wnioski i zostawia ich bez odpowiedzi. Odrealnia wojnę, przez co wydaje się ona jeszcze gorsza niż w rzeczywistości. Furia jest więc krwistą, męską rozrywką na wysokim poziomie. Pomimo kilku niedociągnięć, ponaddwugodzinny seans upływa szybko i przyjemnie.

[1] M. Cieply, ‘Fury,’ Starring Brad Pitt, a Raw Look at Warfare, [dostępny w Internecie:] http://www.nytimes.com/2014/08/03/movies/fury-starring-brad-pitt-a-raw-look-at-warfare.html?_r=0, [dostęp 24.10.2014].

Recenzja opublikowana również na portalu noircafe.pl

 Za seans dziękuję sieci kin cc2

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: