Mama

W Mamie Xavier Dolan zmusza swoich bohaterów do działania stawiając ich przed kolejnymi problemami. Dzięki temu odkrywają oni przed widzami coraz głębiej skrywane tajemnice swojej osobowości. Są zagubieni, szukają rozwiązania swoich problemów, nie mogą wyżalić się i często ukrywają swoje prawdziwe uczucia. Pod normalnością skrywają pewne neurozy i strach przed własnymi wadami. Nie możemy poznać ich do końca. Nieraz jesteśmy kierowani na manowce, twórca myli tropy każąc nam wierzyć, że jego postaci są inne niż w rzeczywistości. Zaprasza nas do zabawy w kotka i myszkę, ciągle będąc jeden krok przed nami.

Bohaterów umiejscawia w dystopijnej Kanadzie przyszłego roku, gdzie obowiązuje kontrowersyjna ustawa, pozwalająca oddać dziecko na oddział zamknięty, bez jakiejkolwiek papierkowej roboty. Syn Diane (Anne Dorval), Steve (Antoine-Olivier Pilon) zostaje wyrzucony z internatu za podłożenie ognia na stołówce. Wdowa musi zabrać go do domu i otoczyć opieką. Kontakty matki z chorym na ADHD potomkiem są wypełnione kłótniami, nie brakuje w nich rękoczynów. Niespodziewanie do ich życia wkracza kolejna osoba. Sąsiadka Kyla (Suzanne Clement) fascynuje tak samo kobietę, jak i chłopaka. Wydaje się, że będziemy mieli do czynienia z trójkątem miłosnym.

Jedna ze scen przywodzi na myśl pojedynek o względy boskiego Nicolasa (Niels Schneider) z Wyśnionych miłości (2010). Kyla rozmawia z Die w kuchni, kiedy z głośników zaczynają dobiegać pierwsze nuty evergreenu Celine Dion. Do kobiet przychodzi Steve i zaprasza je do tańca. Makijaż i strój chłopaka sugerują transgenderowe problemy bohatera filmu Na zawsze Laurence (2012). Czy to sąsiadka jest obsesją bohatera? Reżyser sugeruje widzom dojrzewający Freudowski kompleks Edypa. Podejrzenia o to padają niemal od początku, gdyż napięcie między głównymi bohaterami można odczuć nie tylko na linii rodzic-dziecko. Pod kłótniami i nieudanymi próbami porozumienia kryje się coś więcej. Podobnie jak wTomie (2013) nie padało wprost stwierdzenie homoseksualnej fascynacji, tak tutaj trzeba czekać na potwierdzenie lub zanegowanie naszych podejrzeń.

Rozpoczynając oglądanie wchodzimy w mikroświat zbudowany z misternie utkanych sieci niuansów i tajemnic. Dolan buduje swoje postaci za sprawą drobnych gestów, niewymuszonych, naturalnych reakcji. Tworząc portret psychologiczny bohaterów często używa zbliżeń, co pozwala widzowi wejść z nimi w intymniejszy kontakt, np. kiedy chwytają się za dłonie. Wrażenie bliskości wzmaga format obrazu 4:4. Z formatem reżyser eksperymentował już w swoim poprzednim filmie. Zamknięcie wydarzeń w kwadracie potęguje czytelność wspomnianych ruchów, a jednocześnie pokazuje ograniczenia portretowanych ludzi. Dokładniej – brak możliwości rozwoju i szans na upragniony happy end. Świadczyć o tym może dwukrotne rozszerzenie ram obrazu, kiedy wydaje się, że złe czasy minęły, a trójka najlepszych przyjaciół będzie żyła długo i szczęśliwie. Zabieg sprawdza się też jako podkreślenie ulotności marzeń matki względem ukochanego syna. Nasz stosunek do przedstawionych osób kształtowany jest nawet tym, co nie zostaje powiedziane. Za kłopoty Kyli z wysławianiem obwiniałem jej męża. Chociaż faceta widać kilka razy, a w dialogach występuje od święta, odnosiłem wrażenie, że jest osobą despotyczną, odpowiadającą za problemy zdobywającej sympatię kobiety.

Reżyser znowu, podobnie jak w Tomie, nie tyle przekracza granicę kiczu, co ją przesuwa. Efekt otrzymywany jest zupełnie innymi sposobami niż poprzednim razem. Już same postaci są kiczowate. Matka podpisując papiery wyciąga tandetny długopis doczepiany do breloczka, a nad „i” w swoim imieniu stawia serduszko. Przywodzi to na myśl komedię trailer trash comedy, o ludziach żyjących w przyczepach kempingowych (gdzie przyczepa jest metaforą pewnego stanu świadomości). Zwykle w tego typu produkcjach bawi poczucie własnej wartości przedstawianych ludzi, którzy uważają się za dużo lepszych i nie dostrzegają tego, jacy są naprawdę. W samej konwencji wymagany jest więc humor czarny. I rzeczywiście, podczas seansu często wybuchniemy śmiechem, aby po chwili naszła autorefleksja. Jeśli początek jakiejś sceny jest zabawny, to prawie zawsze jej koniec pozostawia gorzki posmak. W końcu na pierwszy plan wychodzi dramat rodzinny. Osładza go ścieżka dźwiękowa. O ile w poprzednim filmie zrezygnowano z muzyki i postawiono na siłę ciszy i odgłosów natury, tak tutaj możemy usłyszeć dźwięki będące hitami z „czasów młodości” mojego rówieśnika.

Xavier Dolan po raz drugi w karierze nie pojawia się na ekranie we własnym filmie (poprzednim razem przy okazji Na zawsze Laurence). Tym razem nikt nie będzie więc musiał całować jego narcystycznego tyłka[1]. Wciąż widać poważne, a przede wszystkim osobiste podejście do opowieści. Dojrzał, co można odczuć zarówno w inscenizacji, jak i fabule. Co prawda jest młodym, wciąż poszukującym siebie artystą, ale wszystko jest przemyślane, nie ma miejsca na przypadek, a jednocześnie nie można zarzucić sztuczności, czy absurdów scenariuszowych. Jego postaci są pełnokrwiste i nie można odmówić mu nosa do wyboru obsady. Kyla jest postacią, która bardzo łatwo mogłaby zostać przytłoczona przez siłę portretu matki i syna. Tutaj mamy jednak trójkąt równoboczny. Suzanne Clement w żadnym momencie nie daje się zepchnąć w cień.

O osiągniętej dojrzałości może też świadczyć to, że w swoim debiucie Zabiłem swoją matkę, do którego napisał scenariusz w wieku 16 lat(!), linczował matkę, jednocześnie samemu zachowując się, jak rozpieszczony gówniarz. Ileż to razy w ciągu seansu chciałem uderzyć go w twarz. W Mamie natomiast do całej sytuacji podchodzi zupełnie inaczej. Winę zrzuca na chorego nastolatka. A może nawet oskarża jedynie nastoletniość. Czyż Steve nie jest po prostu przerysowanym, groteskowym wręcz młodzieńcem, a jego zachowania uwiarygadniane są chorobą, aby uniknąć prześmiewczego tonu? Bardzo prawdopodobne, że jest to forma przeprosin matki. W każdym razie, ten dwudziestopięciolatek stworzył film przepełniony emocjami. Jeśli ktoś wątpił w jego geniusz, po Mamie powinien przestać. Jeśli we wcześniejszych obrazach miał problem z prowadzeniem narracji, a długi czas seansu mógł sugerować brak wiary we własny materiał, teraz nie ma o tym mowy. Nawet jeśli produkcja posiada kilka zbędnych ujęć, czy scen, czerpie się przyjemność z płynącego obrazu.

 Recenzja opublikowana również na portalu noircafe.pl

 

 

 

[1] Krytyk z The Hollywood Reporter David Rooney w swojej recenzji Toma wskazywał na zbyt częste zbliżenia na twarz reżysera. Artysta odpowiedział na twitterze: „You can kiss my narcissistic ass”.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: