Wędrowcem być… – wywiad z Calvinem Reederem, reżyserem The Rambler, prezentowanym na 7. Off Plus Camera

„…Chciałbym być tak cool jak Rambler. Podoba mi się pomysł faceta, który po prostu obserwuje nasze zachowania. Kiedy widzisz coś dziwnego, pierwszą reakcją zwykle jest chęć opowiedzenia o tym komukolwiek. Chyba ciekawiej jest nie mówić nikomu i pozwolić, aby działo się dalej.”

Rafał Christ: Co sprawiło, że zdecydowałeś tworzyć filmy takie jak The Oregonian czy The Rambler?

Calvin Reeder: Myślę, że ważne jest wywieranie wrażenia. Wydaje mi się, że w kinie amerykańskim wielu twórców kopiuje się nawzajem. Sprzęt jaki jest teraz łatwo dostępny sprawia, że ludziom łatwiej jest robić bedroom dramas, czy mumblecore z przyjaciółmi. Uważam, że nudne rzeczy nie zasługują, aby znaleźć się w filmie, ale w porządku. Osobiście chciałem zrobić coś, co pochodziło prosto z mojego umysłu. Inną sprawą jest to, że pomysły jakie przychodzą mi do głowy, zawsze są szalone. Im więcej filmów robię tym bardziej, w pewien sposób, odkrywam własnego siebie, moje sny. Po prostu nie boję się nieznanego.

R.Ch.: Zgadzam się, że Hollywood kopiuje samo siebie, a jak twoim zdaniem wygląda to z filmami niezależnymi?

C.R.: Mają ten sam problem. Uważam, że są tak samo nudne. Ktoś stwarza coś, co osiąga sukces i to staje się nową formułą. Nie oskarżam wszystkich, ale jest bardzo dużo filmowców, nie tylko w Stanach, którzy kończą szkołę i chcą kopiować znanych, niezależnych reżyserów. To tylko kolejne studio, kolejna instytucja. Podobnie z resztą jest ze współczesnymi horrorami.

R.Ch.: W Twoich filmach można wyczuć, że chcesz szokować, co często się udaje. Dlaczego tak to lubisz?

C.R.: Szokowanie zawsze było dla mnie efektowne. Zawsze reagowałem, kiedy coś mnie w filmie szokowało. Ciągle słyszę ludzi mówiących o waloru szoku jako podrzędnym. Nawet jeśli tak jest, nie interesuje mnie to. Mi się podoba. Lubię szok i nie uważam, żeby zawsze chodził w parze z horrorem. Myślę, że ma większą wartość, kiedy umieszczony jest w zupełnie innym gatunku. Wtedy dopiero się szokuje. Szok wywiera wrażenie. Myślę, że właśnie o to chodzi w prawdziwej sztuce.

R.Ch.: Twórcy chyba trochę zapomnieli o szokowaniu. Mieliśmy kino exploitation, a teraz wygląda to jak wygląda.

C.R.: Tak, to całkiem możliwie. Nie chcę, aby exploitation wróciło, to już było, ale mówisz prawdę. Masz obraz, masz dźwięk i szalone pomysły, więc pokazuj je innym. Jestem pewien, że twórcy mogliby tworzyć coś innego niż było tworzone do tej pory, tylko nie wiem, czy są tym zainteresowani. Niektórzy to robią.

R.Ch.: Twój pierwszy pełnometrażowy film The Oregonian nie był tak, nie wiem, pełny jak The Rambler.

C.R.: Tak, to prawda.

R.Ch.: Co się zmieniło w Twoim życiu, wrażliwości podczas okresu między tymi dwoma filmami?

C.R.: Scenariusz do The Rambler napisałem na długo przed The Oregonian. Stworzyliśmy krótkometrażową wersję The Rambler z nadzieją, że to pozwoli nam na nakręcenie pełnego metrażu. Niestety długo się na to nie zapowiadało. Postanowiłem więc zrobić taki skromny film. Wiesz, z minimalną ilością wydarzeń, ale jednak szokujący, gdzie mógłbym powiedzieć co miałem do powiedzenia. Musiał to jednak być mały film, gdyż mieliśmy na niego jedynie 15 tysięcy dolarów. Jest bardzo surowy, ale zdjęcia trwały tylko 9 dni. Firma, która podjęła się dystrybucji nazywa się Factory 25. Oni wydali DVD i soundtrack, a Sundance wypuścił The Oregonian na platformach cyfrowych.

R.Ch.: The Rambler na pewno jest oryginalny, ale czym inspirowałeś się tworząc go?

C.R.: Bardzo lubię muzykę. I tak na przykład Ramblin Jack Elliot, Jerry Jeff Walker, Guy Clark czy Woody Guthrie śpiewali o wędrowcach. To pierwsi amerykańscy piosenkarze z takimi opowieściami w piosenkach. Każdy też widział wiele filmów opartych na tego typu rzeczach. Spójrz na tych wędrowców z westernów. Stworzyłem więc tego wędrowca z psychotycznymi, psychodelicznymi wizjami drugiej strony.

R.Ch.: Wspomniałeś, że scenariusz do The Rambler powstał przed The Oregonian. Jakie są różnice między pierwszą wersją scenariusza, a tym co widzimy w filmie?

C.R.: W pierwszej wersji było dużo, dużo więcej. Kiedy już wiedziałem, że film powstanie skracałem i tonowałem wydarzenia. Musiałem też uprościć fabułę, ułożyć zdarzenia bardziej liniowo, żeby w ogóle móc zasiąść za kamerą. W zamyśle The Rambler miał być dużo bardziej szalony i dłuższy. Uważam jednak, że uproszczenie go, sprawiło, że jest lepszy. To co można zobaczyć jest najlepszą wersją.

R.Ch.: Po krótkometrażowym The Rambler powstał jeszcze jeden krótki metraż The Snake Mountain Colada.

C.R.: Tak, jednak wygląda jakby był zrobiony przed. Nakręciłem go zaraz po tym, jak przeniosłem się do Kalifornii. Jestem z Waszyngtonu. Wiedziałem, że musiałem zebrać ekipę nowych ludzi, aby zrobić ten film. Jest bardzo surowy i w ogóle dziki. Nie znałem mojego montażysty, operatora, czy nawet wielu aktorów. Po prostu namówiłem tych ludzi, aby wybrali się ze mną na pustynię i stworzyliśmy ten film w ciągu jednego dnia. To była druga część krótkiego The Rambler, ale także mój sposób na poznanie nowych ludzi. Później zrobiłem z nimi The Oregonian i pełny metraż The Rambler.

R.Ch.: W krótkim metrażu sam grałeś Ramblera, czemu nie chciałeś wcielić się w niego w pełnym?

C.R.: Z dwóch powodów. Przede wszystkim aktorstwo niezbyt mnie bawi. Po drugie The rambler był dość kosztowny, więc potrzebowaliśmy aktora rozpoznawalnego przez publiczność. Chodziło o to, żeby film się chociaż zwrócił.

R.Ch.: No ale wcielanie się w kogoś takiego musi być niezłą zabawą.

C.R.: Rzeczywiście tak jest, ale nie lubię na siebie patrzeć, a tym bardziej montować filmu z obrazów mnie samego. Samo granie z pewnością jest zabawą, gorzej później z oglądaniem. [śmiech]

R.Ch.: Jak się pracowało z Dermontem Mulroneyem?

C.R.: Był fantastyczny. To zabawny koleś. Wiele razy powinien być na nas wściekły, a nie był. Świetny gość. Prócz Lindsey [Pulsipher] to jedyny profesjonalny aktor, z którym pracowałem. Nie znałem go. Znaczy mam na myśli, że Lindsey na pewno jest profesjonalistką, zrobi wszystko o co się ją poprosi. Dermont to pierwszy rozpoznawalny aktor, z którym pracowałem.

R.Ch.: Propos Lindsey, nie jest już zmęczona graniem osób zabijanych, torturowanych, etc?

C.R.: Tak! Jest tym bardzo zmęczona i postanowiłem jej trochę odpuścić. W samym The Rambler zabiłem ją kilka razy. Ginęła również w krótkich metrażach. Jest short Little Farm, a jeszcze przed tym był Piledriver, gdzie też jej nie oszczędzałem. Skończyłem już z zabijaniem jej, teraz będę dla niej miły. Byłem strasznym palantem. [śmiech]

R.Ch.: Skoro jesteśmy już przy jej śmierciach, czy nienawidzisz postaci, które tworzysz?

C.R.: Nie, to nie tak. Po prostu lubię je krzywdzić. Tak naprawdę to je kocham, ale chce zobaczyć jak cierpią.

R.Ch.: Więc piszesz sobie scenariusz dajmy na to do The Rambler i myślisz sobie: teraz ta zdeformowana laska powinna narzygać na kolesia…

C.R.: Dokładnie. Myślę, że to tworzy postać. On przez to przeszedł i stał się bardziej interesujący. To taka jego historia. Coś jakbyś siedział przy barze i mówił: Wiesz co mi się przytrafiło?

R.Ch.: Niektóre sceny w The Rambler są jak teledyski, zmontowane pod muzykę…

C.R.: Tak, uwielbiam ciąć pod muzykę. Myślę, że to pomaga. W ten sposób odnajduję rytm filmu. Nie jestem szczególnym fanem dialogów, sam nie dużo mówię. Ten film nie jest jednym długim teledyskiem. W scenach pojawia się dziwna muzyka, ponieważ dialog nie jest potrzebny, ale montaż jak najbardziej. Nie taki w stylu Rocky’ego. Czasem z tymi scenami jest jak z podróżowaniem i potrzebują muzyki.

R.Ch.: Z tego co mówisz Rambler, podobnie jak Ty nie lubi gadać, raczej działa. Czy tworząc tę postać inspirowałeś się samym sobą?

C.R.: Nie, raczej nie. Bardziej przypominam tego taksówkarza. Chciałbym być tak cool jak Rambler. Podoba mi się pomysł faceta, który po prostu obserwuje nasze zachowania. Kiedy widzisz coś dziwnego, pierwszą reakcją zwykle jest chęć opowiedzenia o tym komukolwiek. Chyba ciekawiej jest nie mówić nikomu i pozwolić, aby działo się dalej.

R.Ch.: Taksówkarz? Facet, którego kręcą ranne dziewczyny?

C.R.: Nie. To po prostu wpadło mi do głowy. Pomyślałem o tym, jako ciekawym fetyszu.

R.Ch.: The Rambler jest filmem surrealistycznym. Jaki jest Twój ulubiony symbol, który w nim umieściłeś?

C.R.: Bardzo lubię symbol rozpościerającego się zachodu. Dla mnie to jest najsilniejsze. W pracach [Alejandro] Jodorowskiego jest dużo mocnych, religijnych symboli. Nigdy nie chciałbym umieszczać tego w swoich filmach. Nie podoba mi się to, nie chciałbym nadawać mocy tego typu rzeczom. Uwielbiam kiedy Jodorowsky to robi, ale dla mnie to jest raczej fałszywe. Uwielbiam zachód, jest tam dla mnie coś duchowego.

R.Ch.: Jak powinniśmy odczytywać The Rambler? To sen?

C.R.: Niech każdy czyta jak chce. To dziwny film i mam własną interpretację, ale nie ma możliwości złego oglądania i błędnej interpretacji mojego czy jakiegokolwiek innego filmu. Nie pozwólcie mi tego sobie niszczyć.

R.Ch.: Tytułem końca. Jakieś słowa zachęcające do obejrzenia The Rambler?

C.R.: Jeśli masz ochotę na coś innego, tajemniczego i amerykańskiego zobacz The Rambler.

R.Ch.: Jakiej rzeczy nauczyłeś się sam, a wolałbyś żeby ktoś cię tego nauczył?

C.R.: Hm… Ciężkie pytanie… Powiem co jest najlepszą rzeczą, jaką ktoś mnie nauczył. Używanie różnego rodzaju pił. To najlepsza rzecz, jaką ktoś mi pokazał.

Wywiad przeprowadzony dla portalu noircafe.pl

 

 

 

.

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: