Po śmierci laleczki – wywiad z Edwardem Mogilskim, autorem powieści „Martwa laleczka”

„(…)Nie ma kłamstwa, nie ma prawdy, każdy ma swoją wersję wydarzeń – szczególnie to widać, gdy się czyta albo słucha wypowiedzi ludzi związanych ze światem polityki. Wszystko jest cholernie płynne. Na podobne dylematy natrafia także Zalewski w czasie swojego śledztwa. Uważam zresztą, że jest to jeden z motywów przewodnich mojej powieści…”

Rafał Christ: Sam tytuł Martwa laleczka przywodzi na myśl powieść mistrza kryminału Raymonda Chandlera Żegnaj, laleczko. Adamowi Zalewskiemu, bohaterowi Pańskiej powieści trochę jednak brakuje do Philipa Marlowe’a. Kim Pan się inspirował tworząc tę postać?

Edward Mogilski: Nie było jednej postaci, którą bym się inspirował.  Nie chciałem też, żeby Zalewski przypominał jakiegoś konkretnego bohatera literackiego czy filmowego.  Co do tytułu nie jest on przypadkowy, ponieważ Zalewski jest swego rodzaju antytezą wszystkiego co reprezentował bohater Chandlera… Na pewno nie chciałem, żeby był jednowymiarowy, bo takich mamy na pęczki, tych wszystkich zmęczonych życiem komisarzy czy detektywów lubiących zajrzeć do kieliszka. Większość z nich to melomani, pasjonaci, ludzie honoru, a przy tym rozwodnicy uwikłani w skomplikowane relacje rodzinne i tak dalej, i tak dalej. Oczywiście Zalewski też został wyposażony w niektóre z tych cech, ale bez przesady. Poza tym otrzymał zestaw cech niezbyt chwalebnych. Jest małostkowy, potrafi być brutalny, a co najważniejsze jest nieprzewidywalny. Poza tym w przeciwieństwie do innych bohaterów kryminałów wcale nie jest specjalistą w swojej dziedzinie. Nie jest mistrzem dedukcji, niespecjalnie lubi się narażać, a poza tym uważa, że w życiu są ciekawsze rzeczy do roboty niż tropienie zdrad małżeńskich.

R.Ch.: Postaci drugoplanowe są trójwymiarowe, żywe, każda ma jakąś przeszłość i swoje na sumieniu. Czy są wzorowane, w mniejszym bądź większym stopniu, na kimś z Pańskiego otoczenia?

E.M.: Niektóre tak, niektóre nie.

R.Ch.: Jak zareagowały te osoby, gdy dowiedziały się, że są w powieści?

E.M.: Nie dowiedziały się i mam nadzieję, że tak już zostanie (śmiech).

R.Ch.: Wchodzi Pan w psychikę ludzi daleko oddalonych od normalności. Czy w tym, co robią swoim ofiarom jest coś, czego sam Pan się boi?

E.M.: Oczywiście. Boję się zarówno przemocy fizycznej jak i psychicznej. A najbardziej boję się tego, że tak niebezpieczne osoby są wśród nas i że jak pokazują różnego rodzaju wydarzenia wielokrotnie wymiar sprawiedliwości jest wobec nich bezradny. Dobry adwokat, pieniądze i układy, zamienią gwałt w kłótnię kochanków, a morderstwo w nieszczęśliwy wypadek. Kwestia semantyki, ot co… Nie ma kłamstwa, nie ma prawdy, każdy ma swoją wersję wydarzeń – szczególnie to widać, gdy się czyta albo słucha wypowiedzi ludzi związanych ze światem polityki. Wszystko jest cholernie płynne. Na podobne dylematy natrafia także Zalewski w czasie swojego śledztwa. Uważam zresztą, że jest to jeden z motywów przewodnich mojej powieści…

R.Ch.: Czemu kryminał, a nie np. horror? Niektóre postaci świetnie by się nadawały do wymogów tego gatunku.

E.M.: Szczerze mówiąc, słabo znam się na horrorach. W życiu przeczytałem może z kilka. Wolę jednak kryminał, zwłaszcza tę najbardziej czarną i mroczną odmianę, a stąd już niedaleko do horroru. Poza tym w jakim innym gatunku znajdziemy tyle rozważań o świecie, o gatunku ludzkim, jak nie w tym?

R.Ch.: Akcję osadził Pan w Częstochowie, która Polakom kojarzy się z jednym. W powieści nie ma jednak świętości, jest brud, grzesznicy i ciemne uliczki po których nie chce się chodzić samemu. Chodziło Panu o pokazanie, że nawet w takim miejscu może źle się dziać, czy po prostu miasto jest Panu bliskie?

E.M.: Miasto jest mi bliskie. Spędziłem w nim kilka lat i miałem okazję poznać je z zupełnie innej strony. Klasztor, pielgrzymki to pierwsze skojarzenia dla tych, którzy w Częstochowie nigdy nie byli, no ewentualnie przyszli do miasta razem z pielgrzymką i zabawili w nim raptem kilka dni. Te wszystkie ponure miejsca, które opisałem, istnieją naprawdę. Częstochowa jest wyjątkowa w tym względzie, ponieważ panuje tu niezwykłe napięcie na linii sacrum-profanum. Wystarczy oddalić się kilkaset metrów od klasztoru i jesteśmy w innym świecie.

R.Ch.: W Posłowiu Martwej laleczki możemy przeczytać, że nazwy ulic zostały zmienione, a krajobrazy zniekształcone. Czy to oznacza, że w Częstochowie jaka jest taka historia nie mogłaby się wydarzyć?

E.M.: Nie, nie! Właśnie odwrotnie (śmiech) Te, powiedzmy, kosmetyczne zmiany nazw ulic czy krajobrazów, miały na celu nadanie powieści bardziej literackiego charakteru. W końcu jakby nie było jest to fikcja, a nie jakiś paradokument czy reportaż.

R.Ch.: W jednym z wywiadów powiedział Pan, że Częstochowa w pełni zasłużyła, aby zaistnieć w literaturze kryminalnej. Dlaczego?

E.M.: Tak jak mówiłem, z jednej strony religia, z drugiej występek. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Poza tym samo miasto ma niesamowitą aurę, którą zresztą dostrzegli także inni autorzy. Nie jestem niestety pionierem, jeśli chodzi o odkrywanie Częstochowy dla kryminału (śmiech). W trakcie pisania Martwej laleczki pojawiło się na rynku kilka powieści o charakterze mniej lub bardziej kryminalnym z Częstochową w tle.

R.Ch.: Ile czasu trwał proces tworzenia powieści?

E.M.: Wstyd przyznać. Prawie cztery lata.

R.Ch.: Jak idzie praca nad kolejną i o czym będzie? Znowu kryminał?

E.M.: Tak kryminał, jednak tym razem inny czas, inny bohater, inne miejsce. Będzie sporo mroku i trochę okultyzmu. Powieść właściwie już jest napisana. Ta dla odmiany powstała w trzy miesiące. Jednak najgorsza część przede mną: muszę ją przeczytać, a potem nanieść poprawki…

R.Ch.: W pierwszym wpisie na blogu, napisał Pan „…nie żaden self-publishing, tylko profesjonalnie przygotowana książka.” Czy to oznacza, że autorzy uprawiający self-publishing nie zasługują na miano pisarzy, a ich książki nie mogą być profesjonalne?

E.M.: Nie to do końca miałem na myśli. W chwili obecnej na ebooku każdy może wydać co mu się żywnie podoba. Nie mówię, że muszą to być rzeczy złe. Wręcz przeciwnie. Niestety większość tych publikacji nie zostaje poddana korekcie ani redakcji, co może zniechęcać czytelników do sięgania po takie wydania. Poza tym pozostaje kwestia promocji. W przypadku self-publishingu pozostaje po stronie autora, a powiedzmy sobie szczerze nie każdy ma do tego głowę. I czas. Ja miałem to szczęście, że trafiłem na Koobe. Działają jak profesjonalne wydawnictwo, tyle że nie wydają na papierze. Gdybym wydał sam Martwą laleczkę miałbym problem z dotarciem do tak szerokiego grona czytelników. Właściwie mój wydawca zajmuje się tymi wszystkimi sprawami, którymi nie powinien zaprzątać sobie głowy autor. Myślę, że działanie pod skrzydłami wydawnictwa nawet małego, ale przykładającego się do swojej roboty, to spore ułatwienie dla młodych autorów.

R.Ch.: Co by Pan radził młodym autorom, którzy w self-publishingu widzą swoją jedyną szansę na zaistnienie?

E.M.: Trudno mi powiedzieć, ponieważ sam jestem młodym autorem (śmiech).  Jedyne co przychodzi mi do głowy, to żeby poszukali jakiegoś rozsądnego wydawnictwa, a jeśli się nie uda, to niech chociaż dadzą swój tekst do przeczytania innej osobie, a potem niech naniosą poprawki. Potem niech go przeczytają jeszcze raz i znów naniosą poprawki. I wtedy niech wrzucają swoje dzieło do sieci.

R.Ch.: Czy istnieją plany papierowego wydania Martwej laleczki?

E.M.: Toczą się rozmowy, ale co z tego wyjdzie, czas pokaże.

R.Ch.: Kogo Pan czytuje prócz oczywiście wspomnianego Chandlera?

E.M.: Różnych autorów. Dużo skandynawskich rzeczy, choć nie bawią mnie tak jak dawniej. Chyba mam przesyt autorów o dziwnie brzmiących nazwiskach (śmiech). Nadal jestem wierny Chandlerowi i Rossowi Macdonaldowi. Z autorów bardziej współczesnych to raczej ci mniej znani: Michael Koryta, Brian McGilloway, Steve Hamilton. Czasem wpadnie mi w ręce coś polskiego, ale niestety nie za często. Jeśli chodzi o inne gatunki, to nie mogę nie wspomnieć o Cormacu McCarthy’m. Jego proza poraża. Jest skończenie doskonała. Okazjonalnie czytam także takich autorów jak Murakami czy Coben, ale nie wiem, czy dobrze się tym chwalić (śmiech). Ten ostatni, mam wrażenie, że ciągle pisze jedną i tą samą książkę, ale robi to w tak wciągający sposób, że trudno oderwać się od lektury…

R.Ch.: Czy czytelnikom przyjdzie jeszcze spotkać Adama Zalewskiego?

E.M.: Jak najbardziej. Niebawem Koobe opublikuje moje opowiadanie, którego głównym bohaterem jest Zalewski. Będzie to taki prequel Martwej laleczki. Jeśli chodzi o pełnowymiarową powieść, to raczej na dziewięćdziesiąt procent będzie ona traktować o dalszych losach częstochowskiego detektywa. Pomysł jest, brakuje tylko czasu, żeby wziąć się za pisanie.

R.Ch.: Na koniec moje ulubione pytanie. Czego nauczył się Pan sam, a wolałby, żeby ktoś Pana tego nauczył?

E.M.: (śmiech) Asertywności…

R.Ch.: Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadzony dla portalu noircafe.pl

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: