„Zawsze będę robił filmy, które mogą nie znaleźć swojej publiczności.” – wywiad z Shade’em Rupe’em

Nowojorski publicysta, reżyser i krytyk filmowy w tym roku odwiedził Polskę. Zawitał na festiwalu „OFF PLUS CAMERA” dla którego zaprogramował sekcję „Kino spod ciemnej gwiazdy”. W naszym wywiadzie mówi o początkach swojej kariery, poprawnym zastosowaniu słowa kult, swoich filmach. Odpowiada także dlaczego należy zawsze sprawdzać szafy w pokojach hotelowych.

Rafał Christ: Twoja kariera zaczęła się bardzo szybko. W wieku dziesięciu lat otrzymałeś od Stephena Kinga odpowiedź na list, który mu wysłałeś i już wtedy wiedziałeś w jakim kierunku potoczy się twoje życie. Co takiego ci napisał?

Shade Rupe: Nic konkretnego. Chodziło o pewne uczucie. Napisałem list do sławnej osoby, a ona poświęciła czas, żeby mi odpisać. W pewnym sensie poczułem się ważny. W prostych słowach pomyślałem sobie: „Wow, może jest we mnie coś wyjątkowego”. Nawiązałem z nim pewną więź. Nie wiem, czy taka rzeczywiście istnieje, chociaż zna mnie – spotkaliśmy się kilka razy. W każdym razie wtedy zrozumiałem, że powinienem tworzyć, pisać i właśnie w tym kierunku podążać.

R.Ch.: Przez jakiś czas mieszkałeś w nielegalnym squacie dla artystów. Miało to miejsce zanim zdecydowałeś się wyruszyć na Manhattan w poszukiwaniu filmowych przygód. Powiedz, jak tam było.

S.R.: Niesamowicie. Trochę napisałem o tym w mojej książce Dark stars rising. Wspominam w niej Marka Shomburga, który wtedy nazywał siebie Obo. Wynajął byłą rozlewnię, gdzie mieszkał z przyjaciółmi. On po prostu chciał żyć inaczej. Stworzył własną przestrzeń do egzystencji. Ciekawym aspektem, było to, że nie interesował nas czas, nie mieliśmy zegarków ani kalendarzy, a okna były wyciemnione, nie miało dla nas znaczenia czy był dzień, czy noc. Tak naprawdę podążałem śladem Marka, podobnie jak inni tam mieszkający. Wszyscy coś tworzyliśmy. Większość muzykę, ja filmy, ale każdy chciał żyć gdzieś poza społeczeństwem, to było dla nas bardzo ważne. Budynek nazywaliśmy inkubatorem, Obo tak go ochrzcił. Chcieliśmy narodzić się na nowo. Słuchaliśmy wtedy dużo muzyki, hałasów, czasami rzeczy stworzonych przez Marka i jego przyjaciela Alana, którzy nagrywali dźwięki natury i sprawiali, że stawały się czymś innym. Chodziło głównie o to, żeby zabierać cząstkę realnego życia i przedstawiać ją jako coś zupełnie innego. Chcieliśmy stworzyć własną rzeczywistość i łamać zasady. Mark wstawił prysznice oraz toalety na piedestał w głównym audytorium, nie było do nich drzwi. Kiedy brałeś prysznic, byłeś nagi, wszyscy cię widzieli. Podobnie podczas wypróżnień nie było żadnego zakrycia. Chcieliśmy zlikwidować każde tabu. Ludzie uważają, że takie rzeczy robi się w odosobnieniu, nie powinno się tym dzielić, myślą, że w ich ciele jest coś paskudnego. Pozbyliśmy się tych zahamowań. Chodziliśmy nago i to było cudowne doświadczenie. Trochę w stylu hipisowskiej komuny, ale było to bardziej… Nie chcę powiedzieć idealistyczne. Kiedy to robiliśmy było to zdecydowanie posthipisowskie, ale także postpunkowe. Wiele rzeczy się wtedy działo. To był bardzo ważny etap w moim życiu i jestem szczęśliwy, że miał miejsce. Wszystko, co robiliśmy było akceptowalne społecznie, ale odrzucaliśmy reguły. Nie chcieliśmy ich, chcieliśmy po prostu być. Zamiast zasad narzuconych przez społeczeństwo tworzyliśmy własne. Czasami nie odzywaliśmy się do siebie całymi dniami, po prostu się mijaliśmy. Chcieliśmy być sobą i podążać w kierunku, który jakby ukształtuje zupełnie nowy system nerwowy, wprowadzi umysł na wyższe obroty.

R.Ch.: Teraz przejdźmy do filmów. Co sprawia, że dana produkcja jest kultowa?

S.R.: Bawi mnie, że ten termin jest dzisiaj nadużywany. Ktoś robi film i wydaje go tylko na DVD. Na opakowaniu jest napisane: „Od nowego twórcy kina kultowego”, a tak naprawdę, nie ma osoby, która by go znała. Kult potrzebuje czasu, zanim nazwiemy go kultem. Filmy Johna Watersa są kultowe, ludzie wciąż do nich wracają. Powiedziałbym, że kultowe są filmy, które ludzie oglądają wiele razy, po raz kolejny i kolejny. Tylko nie tak jak w przypadku Władcy pierścieni. Niektórzy widzą go trzydzieści, czterdzieści razy, ale to raczej nie sprawia, że nazwałbym go kultowym. Powiedziałbym, że film musi mieć jakieś cechy… wyrzutka, być jakby spoza znanej nam rzeczywistości, nie należeć do mainstreamu. To byłoby najlepsze zastosowanie terminu kultowy. Kult jest częścią słowa oKULTystyczny, co oznacza sekret. Musi mieć w sobie coś innego niż to, do czego jesteśmy przyzwyczajeni i na pewno nie może być łatwe do zdobycia. Coś, co jest wyrobione (ang. CULTivated) bardziej, niż po prostu dostępne.

R.Ch.: Jaki film jest kultowy dla Ciebie?

S.R.: Performance z Mickiem Jaggerem. Kocham ten film. Stał się moim ulubionym, gdy zobaczyłem go po raz pierwszy i pozostał nim przez ponad trzydzieści lat. Ludzie ciągle do niego wracają, pewnie dlatego, że występuje w nim wokalista The Rolling Stones. Natomiast ja to robię, gdyż uwielbiam go doświadczać.  Diabły Kena Russella, które bardzo ciężko zdobyć. Nawet ostatnie wydanie na DVD wciąż nie jest najdłuższą wersją, jaka mogłaby być wydana. Z pewnością Rocky horror picture show. Ten film najłatwiej wskazać jako kultowy. Byłem na nim kilka miesięcy temu i zdziwiłem się. Ludzie wciąż przebierają się i robią te wszystkie rzeczy co kiedyś. To było niesamowite. W swojej sekcji pokazuję kilka produkcji tego typu, jak np. Szybciej kotku! Zabij! Zabij!, bo przecież filmy Russa Meyera są kultowe. Mimo wszystko Performance jest dla mnie najlepsze. Mówi o wyobcowaniu, byciu oddzielonym od społeczeństwa i próbie osiągnięcia nowego etapu umysłu. Ma w sobie wszystkie te elementy, które kocham w filmach.

R.Ch.: Wspomniałeś o książce Dark stars rising, która została wydana w 2011 roku. Skąd wziął się na nią pomysł?

S.R.: To interesująca historia. Czyściłem dysk twardy na komputerze w 2002 i znalazłem dokumenty z wywiadami, które robiłem dla do Zina, portali czy czegokolwiek. Było tego sporo, chociaż i tak połowa z tego, co jest teraz. Napisałem do znajomego wydawcy, powiedziałem mu o swoim pomyślę na książkę z tymi rozmowami i spytałem czy myśli, że to dobry pomysł. Odpisał, że bardzo mu się podoba. Tak to się zaczęło. Potem zastanawialiśmy się nad jakimś spoiwem, które łączy te osoby. W końcu stwierdziłem, że przecież ci ludzie są częścią kultowego undergroundu, a ich mianownikiem wspólnym jestem ja. Przecież robiłem z nimi wywiady, wszystkich poznałem i interesuję się nimi. Zdecydowaliśmy więc, że to ja wymyślę tytuł. Trochę to zajęło, ale cieszę się, że padło właśnie na ten.

R.Ch.: Na tegorocznym festiwalu „OFF PLUS CAMERA” zaprogramowałeś sekcję, pod takim samym tytułem co twoja książka „Kino spod ciemnej gwiazdy” (ang. „Dark stars rising”). Czym kierowałeś się wybierając filmy?

S.R.: Najbardziej chodziło o dostępność. (śmiech) Początkowo chciałem stworzyć program złożony z krótkich metraży. Miał on zawierać jedno z wystąpień Johanny Went czy Hermanna Nitsche, jak i krótki film Richarda Kerna, który niedawno pojawił się na Blue-rayu. Organizatorzy zapytali czy mogliby puścić Repo man jako film z sekcji. Nie ma on nic wspólnego z którymkolwiek z wywiadów w książce, ale zamieściłem w niej moją recenzję. Myśleli, że to zainteresuje ludzi. Ja kocham Repo man, więc nie miałem z tym problemu. Faster pussycat… to był dość oczywisty wybór, znalezienie kopii było cięższe. Kocham Maniaka Williama Lustiga. To niesamowity film. Jest mroczny, ciężki, tak naprawdę to chory film i to ciekawe znaleźć produkcję, która nie próbuje być chora, a mimo wszystko jest. Bardzo się cieszę, że go pokazaliśmy.

Znalazł się też niedawno wyreżyserowany przeze mnie Play dead z Tellerem. Nie ma on szans na stanie się filmem kultowym, ledwie wystąpienie takie się stało. Penn i Teller mają wielu fanów, są znani w Ameryce. Film ma w sobie coś, co mogło przyciągnąć publiczność. Mieliśmy dwa pokazy, w tym drugi był wyprzedany. Święta góra to też był oczywisty wybór. Wspaniały seans! Kino wypełnione było po brzegi. Żałuję, że nie mogliśmy pokazać jakiegoś filmu Johna Watersa. Chcieliśmy pokazać Female trouble z Divine, ale okazało się, że w Europie nie ma dostępnych kopii. Znaleźliśmy jedną, jednak nie pozwolono z niej skorzystać, gdyż uznano, że jakość jest zbyt słaba. Miały być Różowe flamingi, ale zażyczono sobie zbyt dużo pieniędzy. Bardzo ucieszyłem się, że zamiast tego mogłem pokazać dokument Jeffreya Schwarza I am Divine, który wyszedł kilka miesięcy temu. Aż łezka się w oku kręci, kiedy mama mówi o jego powrocie do domu. Został dostrzeżony jako osoba, a nie jako ktoś wyobcowany, co wszystkich obraża.

R.Ch.: Wiem, że poznałeś Divine, gdy miałeś siedemnaście lat. Jaki był na żywo?

S.R.: Poznanie go wiele dla mnie znaczyło. Byłem bardzo młody, miałem przeprowadzić z nim wywiad, a niewiele o nim wiedziałem. Znałem jego muzykę i wiedziałem kim jest John Waters. Jednak już wtedy Divine był w pewnym sensie moim bohaterem. Poznanie go było bardzo ekscytujące. Rozmawialiśmy o jego bratanku. Powiedział, że mu go przypominam. Kiedy ktoś sławny mówi, że wyglądasz jak ktoś z jego rodziny, czujesz pewną więź. To bardzo miłe. Był bardzo otwarty i uprzejmy, aż nie mogłem w to uwierzyć. Można zobaczyć mój entuzjazm na naszym wspólnym zdjęciu.

Uwielbiał dawać ludziom rozrywkę i sprawiać, że się uśmiechają. Nie chciał tylko szokować, czy udawać wariata. Jak się poznaliśmy przechodził ważny etap w swoim życiu. Chciał zostać postrzeżony jako aktor, bardziej niż postać z filmów Johna Watersa. Był pochłonięty swoją nową rolą Hillie Blue w Trouble in mind, gdzie po raz pierwszy grał mężczyznę. To było dla niego ważne, że pokazał się bez damskich ciuszków. Poza tym był bardzo wesoły i chętnie pozował do zdjęć. Byłem na jego wystąpieniu dwa razy. Po jednym z nich zadzwoniłem do niego do hotelu i… Myślę, że był po prostu miły. Zapytałem, czy mnie pamięta, powiedział, że tak. Nawet jeśli kłamał, przyjemnie było to usłyszeć.

R.Ch.: Wróćmy do tematu. Tak z ciekawości – czemu Święta góra znalazła się w programie, a El topo nie?

S.R.: Jeśli mam być szczery to głównie dlatego, że Alejandro był w Nowym Jorku półtorej roku temu i obejrzałem El topo. Było to więc stosunkowo niedawno. Świętą górę widziałem kilka lat temu. Do tego okazało się, że dostępna jest kopia na 35 milimetrowej taśmie. Jak widzisz wynikało to z egoizmu. Drugim powodem było to, że oba filmy odbiegają od rzeczywistości, ale ten, moim zdaniem, bardziej. Ponadto bardzo lubię jego przekaz. Chciałem pokazać Świętą górę w Polsce, która jest bardzo katolicka, a tam jest ta scena gdzie produkują wielu Jezusów. Pragnąłem, żeby to stało się właśnie tutaj. Jak widzisz było wiele powodów, ale te są najważniejsze.

R.Ch.: Dobrze bawiłeś się wybierając filmy do sekcji?

S.R.: Oczywiście! Doprowadzałem Julię do szału. Była odpowiedzialna za znalezienie tych filmów i zastanawiała się skąd weźmie ich kopie. To było naprawdę ciekawe doświadczenie. Chciałem pokazać te krótkie metraże, ale organizatorzy puszczają tylko z Blue-raya, bądź taśmy 35 milimetrowej. Nie byli pewni, czy mają sprzęt do pokazywania 16 milimetrówek. Poza tym mógłby być problem, gdyż niektóre z tych filmów dostępne są tylko na kasetach VHS. Do tego dochodzi jeszcze, że nikt nie był pewny, czy to przyciągnie widzów, a dobrze mieć jednak pewność, że sekcja okaże się sukcesem.

R.Ch.: Redagowałeś dwie części Funeral party. Mógłbyś powiedzieć coś o tych projektach?

S.R.: Kiedy powstawało  Funeral Party, w Nowym Jorku wydawany był pewien magazyn dotyczący tematyki grozy, z którego odchodził redaktor. Przybyłem na nowojorski uniwersytet, tylko na czas wakacji, a dzieciaki z tego czasopisma zapytały czy będę ich redaktorem, więc się zgodziłem. Niektórzy pisali recenzje filmowe, inni robili wywiady, a jeszcze inni pisali opowiadania. Wszyscy braliśmy udział w tworzeniu tej książki. NYU (New York University) pokryło koszty wydania, gdyż pomysłodawcami byli studenci. Zrobiliśmy tysiąc kopii z czego pięćset zostało rozprowadzonych po kampusie, a ja dostałem drugą połowę. Porozsyłałem je do recenzji, po jednej do Stephena Kinga i Clive’a Barkera, co stworzyło relacje, które trwają do dziś. Funeral party było bardzo mroczne, jakby przesiąknięte obsesją na punkcie śmierci, wręcz w niej zakochane. Nie chciałbym powiedzieć gotyckie, jednak coś w tym jest. Przekształciło się to w coś, co w pewnym sensie czciło śmierć. Ludzie nie są przyzwyczajeni do tak zakręconych wariacji na ten temat, a mimo to podobało się. Magazyn z zachodniej Wirginii „Zine” zamieścił recenzję tego zbioru, bardzo krótką, nie było nawet zdjęcia. Nie mam pojęcia gdzie znaleźli tę książkę. Jakimś cudem recenzja dostała się w ręce Penna Jillette z duetu Penn & Teller. Zamówił on ode mnie kopię, którą potem przekazał Tellerowi i w ten sposób poznaliśmy się. Później z tym drugim przeprowadziłem wywiad dla magazynu „Screem”. Nieprzeredagowana rozmowa pojawiła się w mojej książce (Dark stars rising). W efekcie zostałem wybrany, aby wyreżyserować filmową wersję Play dead. Gdy myślę o tych książkach, rozpiera mnie duma. Jestem przekonany, że byłem pierwszą lub drugą osobą, która opublikowała prace brytyjskiego artysty Trevora Browna, mieszkającego obecnie w Japonii. Kupiłem od niego malowidła i wykorzystałem je na okładkach dwóch części. Przed drugą częścią, którą sam sfinansowałem, ludzie wciąż mnie wypytywali: „Kiedy zrobisz drugą część? Kiedy zrobisz drugą część?”. Nie mogłem się od nich opędzić. Myślę, że jest coś w sposobie, w który składam rzeczy w całość. Jest w tym determinacja, projektowanie, pewna intencja. Dzięki temu obie części były bardzo dobrze przyjęte. To wszystko oczywiście doprowadziło do Dark stars rising, które, za co jestem bardzo wdzięczny, również zostało entuzjastycznie przyjęte.

R.Ch.: Znalazłem twoje słowa dotyczące części drugiej: „To zrozumiałe, że hardcorowi rockowcy czy współcześni gotyccy punkowcy zostaną opętani przez tę książkę…” i potem: „Jesteśmy również świadomi, że są też inni – matki, żony, biznesmeni, laicy – którzy również będą nią zachwyceni.” Do kogo więc skierowane są te książki?

S.R.: Przez kilka miesięcy pracowałem w zakładzie oceniającym wyniki terapii ludzi umysłowo chorych. Pamiętam, że jedna kobieta uwielbiała czytać horrory. Posiadała książki pełne krwawych rzeczy na okładce. Ostatnio oglądałem Egzorcystę w multipleksie, gdzie publiczność nie była fanami horrorów, tylko zwykłymi widzami. Największą część odbiorców książek o prawdziwych seryjnych mordercach stanowią przysłowiowe kury domowe. Często potem odwiedzają ich w więzieniu i biorą z nimi ślub. Dla kobiet spędzających czas w domu jest coś podniecającego w przestępcach. Vincent Bugliosi, który napisał Helter Skelter. Prawdziwa historia morderstw Mansona był prawnikiem. Ludzie bardzo szybko zaczynają fascynować się wszelkimi aspektami przemocy, śmierci. Nie wiem ile żon prowadzących gospodarstwa domowe czytało Funeral party, nie mam pojęcia jak mogłyby to znaleźć.

R.Ch.: Wspomniałeś, że pracowałeś w placówce dla umysłowo chorych. Czy masz jakieś refleksje na ten temat?

S.R.: Było niesamowicie. To niezwykła sytuacja. Pracowaliśmy na tym samym piętrze, gdzie przebywali chorzy. Kiedyś ci ludzie spędzali tam całe swoje życie. Ronald Reagan z jakiegoś powodu zmienił tę sytuację. Wielu z nich wypuszczonych zostało na ulicę. Mogliśmy trzymać ich tylko przez krótki okres. Byłem odpowiedzialny za ułożenie psychospołecznych historii ich choroby. Musiałem czytać ich opowieści, dopasowywać je do siebie i natrafiałem na naprawdę szalone rzeczy. Był koleś, któremu Bóg kazał podróżować przez cały kraj i zabijać ludzi w swoje imię. Mogliśmy go trzymać tylko przez trzy dni, a potem wysłaliśmy go w świat. To dało mi do myślenia – ilu ludzi na zewnątrz ma bardzo dziwne wyobrażenie o swoim miejscu we wszechświecie. Wielu chorych jest zupełnie nieszkodliwych, tworzą tylko pewne teorie na temat swojej ważności dla świata i później wyobrażają sobie, że jacyś bogowie, każą im coś zrobić. Pamiętam jednego dzieciaka, który żył w grze video. Było mi go bardzo żal. Wszystko co widział to światła, lasery, a dźwięki to tylko: biii, bii, bi. To było jego życie, wszystko co znał było fikcją z gry. To była bardzo niecodzienna sytuacja.

R.Ch.: Jesteś też reżyserem. O czym są twoje filmy? Można powiedzieć, że należą do mainstreamu, czy raczej undergroundu?

S.R.: Nie interesują mnie filmy należące do mainstreamu. Widuję takie, które mi się podobają, ale po prostu mnie nie pociągają. To wspaniałe, że ludzie czerpią przyjemność z opowiadania historii, które stają się olbrzymimi hitami, mnie to po prostu nie interesuje. Większość produkcji science – fiction wygląda jak jeden, wielki efekt specjalny. Inni je kochają i nie mogą się doczekać kolejnej ekranizacji komiksu. Ja lubię Larsa von Triera, Romana Polańskiego, zawsze kochałem Kena Russella. Ludzi, którzy robią bardzo indywidualne filmy, przedstawiające ich własny świat, a to może zdarzyć się tylko w kinie. Nawet pokazywane w ramach sekcji Szybciej kotku! Zabij! Zabij!. Co za dziwny film! Trzy striptizerki spotykają parę, która robi okrążenia samochodem na czas. Kobiety zabijają faceta, porywają dziewczynę, a potem trafiają na bogatego kolesia na wózku… Co za dziwny film. Lubię produkcje, które są tak oddalone od rzeczywistości, że naprawdę zabierają cię do innego miejsca. Nie lubię podążać za śladem filmów z mainstreamu. Zawsze będę robił filmy, które mogą nie znaleźć swojej publiczności. Kocham Głowę do wycierania. Człowiek słoń też mi się podobał, a to w pewnym sensie film z mainstreamu. Mogę zobaczyć obraz, który dociera do mainstreamowej publiczności, ale moje pojmowanie go, zawsze będzie trochę bardziej skomplikowane. Byłem w Treblince, o której wiele czytałem. Gdybym robił o tym film mainstreamowy to by miało sens, ale jednak byłby o Treblince. Przecież są ludzie, którzy nie chcą oglądać Listy Schindlera. Robię i będę robił filmy spoza mainstreamu. Chociaż kto to wie. Czy ktoś przypuszczał, że David Lynch zrobi Diunę, ktoś się tego spodziewał? To było dziwne. Nigdy nie wiadomo, ale raczej nie będę chciał zrobić filmu o kobiecie, mężczyźnie i dziecku, mających problemy i których spotykają jakieś komiczne sytuacje.

R.Ch.: To teraz o jednym z twoich filmów. T is for trick to etiuda, która znalazła się w The ABC’s of death. Jak to jest usłyszeć od Clive’a Barkera, który niewątpliwie jest ikoną horroru, że były to elegancko nakręcone, dosadnie zmontowane i przekonujące oraz doskonale wyreżyserowane cztery minuty i że jest pod wrażeniem?

S.R.: To zmiotło mnie z powierzchni ziemi. Kiedy dostałem tego maila nie mogłem w to uwierzyć, moje życie zmieniło się. On jest bardzo zapracowanym facetem, ogląda wiele rzeczy. Dla niego to nie tylko poświęcenie czasu na napisanie tej notki, ale to znaczyło, że naprawdę obejrzał ten film. Przerwał swój zapracowany dzień, malowanie, tworzenie powieści i napisał tę notkę. Zapytałem potem czy mogę ją wykorzystać. Odczytałem to jako nazwanie mojej pracy wybitną. Nie dostajesz takich opinii często, nawet od ludzi, których kochasz. To znaczyło dla mnie wszystko. Sam jesteś sędzią wszystkiego co zrobisz, ale gdy ktoś kto ma pewne wpływy, kto jest tak bardzo zajęty, poświęca czas, aby coś takiego napisać znaczy to dla ciebie wszystko. Dzień, w którym dostałem tego maila, był naprawdę wspaniały. Minęły już prawie dwa lata, a ja wciąż nie mogę się z tego otrząsnąć.

R.Ch.: Play dead to twój pełnometrażowy film. Przeczytałem, że po premierze na 16-stym międzynarodowym festiwalu filmowym „Fantasia” w Montrealu pojawiłeś się razem z Tellerem i Toddem Robbinsem na Q&A, podczas którego Todd zjadł żarówkę, a Teller igły. Czy to prawda?

S.R.: Tak. Todd podczas wystąpień na żywo Play dead za każdym razem zjada żarówkę. Miał doświadczenie z pokazów dziwolągów na Coney Island, więc potrafił już wcześniej połykać miecze czy ogień. Zjadanie żarówki opanował zupełnie sam. Patrzenie, gdy robił to na „Fantasii” było cudowne, powalało na kolana. Co do Tellera, to jego zjadanie igieł również jest nie do opisania. Pokazuje ci jabłko, z którego je wyciąga i połyka. Jest też osoba, która przed nim stoi, nie ma nic pomiędzy nimi, co by ich blokowało. Teller otwiera usta, a ten ktoś świeci do środka latarką, żeby można było zobaczyć jego gardło. Następnie performer połyka nitkę, a wyciąga nawleczone na nią igły. Widziałem to kilka razy i naprawdę nie chcę wiedzieć jak on to robi. Lubię, gdy magia zmiata mnie z powierzchni ziemi. Nawet przy Play dead, wiem już jak robi się większość trików z przedstawienia, ale wciąż lubię się rozsiąść i pozwolić, aby mnie to powaliło.

R.Ch.: Jest jakiś powód dla którego to robią? Czy to tylko zabawa?

S.R.: Prawdopodobnie robią to, aby zakwestionować rzeczy, które widzisz. Penn & Teller z pewnością chcą, żebyś zwątpił w to co widzisz. Lubią odkrywać te rzeczy, chcą żebyś się nad nimi zastanowił, jakby wyzywają twój umysł, abyś uwierzył w to, co się dzieje. Mieli swój program telewizyjny przez sześć lat Bullshit. Odkrywali oszustwa ludzi różnego rodzaju. Był odcinek na temat butelkowanej wody. Poszli na tyły restauracji, napełnili szklanki wodą z węża ogrodowego i dawali ludziom do picia razem z innymi rodzajami. Kazali im potem wybierać, która smakowała najlepiej i wszyscy wskazywali na tą z ogrodu. Mówili: „Pijam tylko butelkowaną wodę, a to mój ulubiony rodzaj”. Bawili się ludzkimi oczekiwaniami wobec rzeczywistości.

R.Ch.: W 2007 zagrałeś w filmie Sama Raimi Spider-man 3.

S.R.: Bardzo małą rolę. Jakieś półtorej sekundy. Sam Raimi jest niesamowity. Wiem, że to nie był jego najlepiej przyjęty film, ale reżyser był bardzo miły i świadomy, że jesteśmy tylko ludźmi. Było gorąco, a my mieliśmy udawać, że jest zima. Wszyscy nosiliśmy płaszcze i swetry, więc umieraliśmy podczas nowojorskiego lata. Byłem z przodu tuż przed reżyserem, więc powiedziałem do niego: „Miałbyś coś przeciwko, gdybyśmy zdjęli nasze płaszcze?”. Na co on: „Nie ma problemu”, po czym do megafonu rzucił, żeby wszyscy je zdjęli. Miał inne rzeczy do roboty, reżyserował wielomilionowy hollywoodzki film, a poświęcił czas, aby potraktować nas jak ludzi i pracować tylko z nami. Świetnie się bawiłem na tym planie.

R.Ch.: I teraz na zakończenie. Jest coś takiego, czego musiałeś nauczyć się samemu, a wolałbyś, żeby ktoś ci o tym powiedział?

S.R.: Boże… Ta lista jest taka długa. Bardzo nienawidzę marnowania pieniędzy. Zawsze sprawdzaj szafy w pokoju hotelowym. Raz zostawiłem kurtkę i musiałem zapłacić za dodatkową noc w Kairze, co kosztowało mnie prawie tyle, co nowa kurtka. Nienawidzę takich sytuacji. Nie siadaj na słońcu bez olejku do opalania. Raz doznałem oparzeń i musiałem siedzieć w pokoju, za co też trzeba było zapłacić. Wszystko, co wiąże się z marnowaniem pieniędzy, bądź czasu. Jest też coś niemalże niemożliwe do nauczenia. Czasami ludzie, których bardzo dobrze znasz odwracają się od ciebie, źle o tobie mówią i chcą cię skrzywdzić. Nie masz pojęcia dlaczego i nie dowiesz się o tym, dopóki to się nie zdarzy. Nie mam pojęcia jak się przed tym zabezpieczyć. Boże, co za ciężkie pytanie. Chyba najbardziej chciałbym, żeby ktoś dwadzieścia lat temu powiedział mi, żebym nie wydawał wszystkich pieniędzy, tylko je zainwestował, np. w banku. Bardzo chciałbym mieć dzisiaj coś na koncie, dużo bardziej niż nic (śmiech). Tego chyba chciałbym najbardziej.

R.Ch.: Dziękuję za rozmowę.

S.R.: Dzięki i powodzenia.

Wywiad przeprowadzony dla portalu noircafe.pl

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: