„Nie skupiam się na przeszkodzie, tylko na pokonaniu jej.” – wywiad z Bodo Koxem i Wojtkiem Mecwaldowskim

Krytyka i publiczność pokochały Dziewczynę z szafy. Reżyser i aktor wcielający się w jedną z głównych ról na tegorocznej edycji Film Spring Open opowiadali o powstawaniu filmu i swoim podejściem zaczarowali publiczność. W rozmowie z Rafałem Christem i Tomaszem Cichockim mówią, dlaczego nie należy skupiać się na przeszkodach i o poświęceniu w zawodzie aktora.

Rafał Christ: Lepiej czujesz się pracując jako reżyser offowy, czy profesjonalny?

Bodo Kox: Nie rozróżniam tego. Jestem reżyserem i pracuję w takich warunkach, jakie w danej chwili mogę wykorzystać. Do tej pory pracowałem offowo, gdyż zaczynałem ten zawód. Teraz chce pracować jako profesjonalista. Te wszystkie przymiotniki, określenia, rzeczowniki, nazwy  nie interesują mnie. Jestem reżyserem.

R.Ch.: Czy doświadczenie offowe przydało Ci się podczas pracy na planie Dziewczyny z szafy, czy raczej przeszkadzało?

B.K.: Bardzo mi pomogło. Filmy offowe robi się często w bardzo skrajnych warunkach i kiedy na planie profesjonalnym są jakieś problemy moje doświadczenie z offu przydało się. Dzięki niemu nie panikuję, tylko szukam rozwiązań. Nie skupiam się na przeszkodzie, tylko na pokonaniu jej. Myślę, że to poważny błąd, kiedy ludzie skupiają się na swoich problemach, a nie na rozwiązaniach.

R.Ch.: W filmie jest wątek miłości braterskiej. Wydaje mi się, że stawiasz pytanie o granice tej więzi.

B.K.:Najlepszą osobą, która odpowiedziałaby na to pytanie byłby Piotr Głowacki, który grał Jacka i Wojtek Mecweldowski, który grał Tomka.

Wojtek Mecweldowski: Przede wszystkim zależało nam, żeby między mną, a aktorem grającym mojego brata, była chemia. Bardzo się cieszę, że Piotrek podchodzi do zawodu tak jak ja, czyli szanujemy zarówno aktorstwo jak i ludzi, którzy są wokół nas. Zależy nam, żeby zrobić naszą pracę najlepiej jak potrafimy. Naturalne było, że będziemy musieli na jakiś czas zamieszkać razem, bo obaj tego chcieliśmy. On mnie strzygł, robił mi śniadania, kładł do spania, budził rano, chodziliśmy razem do supermarketu, po prostu próbowaliśmy żyć jako bracia we Wrocławiu. W pomyśle Piotrka na postać Jacka podoba mi się, że tak bardzo nie kochał tego brata. To nie jest opowieść o dwóch braciach, w której jeden za drugim tylko „ojejku, ojejku mój braciszek”, tylko sam powiedział, że chce prowadzić tę postać tak, że ma momentami już dość Tomka. Nie może sobie ułożyć życia przez niego. Wiadomo, że kocha tego brata, który jest inny. Wystarczy spojrzeć na scenę kolacji, gdzie Magda Popławska pyta Jacka „Kochasz go prawda?” i zobaczyć co kolega zagrał. Chylę czółko przed tak wspaniałym aktorem, jakim jest Piotrek i cieszę się, że wreszcie mogłem z nim zagrać.

R.Ch.: Postacie w filmie nie są jednowymiarowe, a całkiem żywe. Czy wzorowane są na twoich znajomych?

B.K.: Wszystkie osoby są wymyślone. W przypadku Magdy i Jacka personifikowałem swoje fobie i cechy charakteru. Kwiatkowska symbolizuje tę część społeczeństwa, która żyje w hipokryzji.

R.Ch.: Czyli można powiedzieć, że czasami sam masz ochotę zamknąć się w szafie, jak Magda, bohaterka twojego filmu?

B.K.: Bardzo często to robiłem. Ostatnio zdarza mi się to coraz rzadziej, gdyż się pionuję i jestem coraz bardziej zadowolony z życia. Bywały jednak momenty, że nie wychodziłem z domu przez tydzień.

R.Ch.: Magda jest nieodgadnioną zagadką dla widza.

B.K.: Nie chciałem, tak jak w większości filmów na świecie, tłumaczyć dlaczego ktoś dokonał takiego, a nie innego wyboru. To jest tak, jak wsiadasz do pociągu, do przedziału, spotykasz jakąś osobę, nawiązujesz kontakt i nie wiesz skąd jedzie, dokąd jedzie, kim jest, ani jaki ma bagaż życiowy. Tak samo poznajesz bohatera w filmie i kompletnie nie wiesz, jaka jest jego przeszłość, jaka jest jego przyszłość dowiesz się za chwilę, ale masz pewien fragment życia ludzkiego, któremu się przypatrujesz i możesz sobie oceniać lub nie. Celowo nie chciałem tłumaczyć, dlaczego ona się zamknęła w tej szafie.

R.Ch.: Czy tworząc ten film wzorowałeś się na jakiejś produkcji, bądź twórcy?

B.K.: Główną inspiracją było dla mnie kino skandynawskie i można spokojnie wymienić Noi Albinoi. W ogóle klimat kina skandynawskiego i troszeczkę też mieszanka kina czeskiego. To są te kraje europejskie, których kinematografia robi na mnie wrażenie. Ogólnie to większość filmów robi na mnie wrażenie, ale kino skandynawskie ma w sobie to, co lubię najbardziej. Oni o poważnych rzeczach opowiadają posługując się czarnym humorem i ironią. Nie lubię śmiertelnie poważnych historii.

R.Ch.: A propos humoru. Nie bałeś się, że odezwie się pewna część społeczeństwa, te „Polaczki”, którzy zarzucą, że naśmiewasz się z ludzi chorych?

B.K.: Kompletnie o tym nie myślałem. Nie myślę też o Polakach, którzy są „Polaczkami”, robię filmy, żeby sobie coś wytłumaczyć, filmem wysłać pewien komunikat do widzów, ale nie zastanawiam się nad odbiorem tak bardzo, żeby to spinało moją pracę.

R.Ch.: Ale w scenie wystawy naśmiewasz się z pseudoartystów.

B.K.: Tak. To takie ironiczne podejście do pseudoartystów w pigułce. Tam są ludzie reprezentujący każdą dziedzinę sztuki. Jest reżyser filmowy, arogancki dupek i jest malarka zupełnie pozbawiona talentu, która jedyne co ma to uroda i jest jej profesor, który w dupie ma obrazy, bardziej wolałby ją rozebrać itd, itd. Trzeba mieć dystans i czuja do tego kto jest artystą, a kto tylko takiego udaje. Niektórzy wkładają więcej energii w kreacje… Ja oczywiście też się tym zajmowałem, dopóki nie poczułem, że już się wykreowałem i to, co miałem do powiedzenia mogę powiedzieć, bo teraz będą na mnie zwracać uwagę. Jeżeli za autokreacją nic nie stoi, nie ma żadnej wartości, to jest to próżne i głupie. Nie rozumiem też istnienia popularnych ludzi, którzy są znani z tego, że są znani, a tak naprawdę nic nie robią. Są takie gwiazdy, których nie potrafimy zanucić piosenki, bo nie znamy, są aktorzy bardzo popularni, którzy nigdzie nie zagrali i niczego nie udowodnili. Ja podziwiam ludzi znanych, na podstawie pracy, których wiem ile są warci. Ci co mają olbrzymi dorobek to nie muszą się fotografować na czerwonym dywanie codziennie, przy byle okazji, bo robią to co robią z czystej potrzeby swojego ducha i serca. Trzeba uważać na hochsztaplerów.

R.Ch.: Czy jest ktoś na kogo patrzysz z nienawiścią w telewizji i mu zazdrościsz?

B.K.: Absolutnie nie doprowadzam do negatywnych stanów w swoim życiu. Nie chce być sfrustrowany. Negatywne myśli wracają i czynią szkody. Jeżeli ktoś osiąga sukces to mu dopinguję, bo przeważnie lubię ludzi, moje koleżanki i kolegów, którzy wygrywają festiwale, wtedy mówię: „gratuluję” i też staram się za jakiś czas osiągnąć to co oni. Nie dissuje ich, nie zmniejszam sukcesów innych, żeby moje mniejsze wypływały na wierzch. To jest bez sensu.

Tomasz Cichocki: Dlaczego film Dziewczyna z szafy ewoluował przez pięć lat?

B.K.: Wtedy byłem na początku mej drogi, nieprzygotowany i naiwnie wierzyłem, że co napisałem jest oczywiste, wszyscy powinni wiedzieć i chwalić to, co chcę powiedzieć. Dopiero po jakimś czasie zrozumiałem, że trzeba dojść do takiego punktu, kiedy musisz cierpliwie tłumaczyć wszystkim, co chcesz zrobić i postarać się ich zafascynować, albo chociaż zainteresować tą historią.

T.C.: Jak wygląda procedura? Piszesz scenariusz, wysyłasz do Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej i czekasz, tak?

B.K.: To nie jest tak. Do PISF-u idziesz z gotowym projektem, mając już producenta. Pierwszą osobą, do której powinieneś się udać jest producent. Musisz znaleźć takiego, który pasuje do projektu, albo jest po prostu skuteczny i to zrobi. Trochę minęło zanim zrozumiałem, że nie mogę się skupiać na problemach, tylko zaakceptować stan rzeczy i znaleźć rozwiązanie na te przeszkody.

R.Ch.: Czego nauczyłeś się sam, a wolałbyś, żeby ktoś ci o tym powiedział?

B.K.: Trudne pytanie. Generalnie największą frajdę sprawia mi, jak się sam czegoś nauczę.

R.Ch.: A ty Wojtku?

W.M.: Nie wiem, czy czegokolwiek chciałbym się uczyć sam.

T.C.: Mógłbyś nam jeszcze opowiedzieć jak się przygotowywałeś do roli Tomka?

W.M.: Tomek jest chory na autyzm więc starałem się przede wszystkim poznać tego typu ludzi, jak funkcjonują, jak odbierają świat. Nie wiemy o nich wszystkiego, ponieważ są trochę zamknięci w sobie. Starałem się jak najwięcej przebywać z takimi osobami i poprosiłem Piotrka Głowackiego, zresztą nie trzeba było go prosić, żeby przyjechał do Wrocławia i żebyśmy mogli pomieszkać jako bracia. Wcześniej chodziłem parę miesięcy na zajęcia z ludźmi chorymi na autyzm, uczestniczyłem w ćwiczeniach, różnego rodzaju projektach, które miały im pomóc. Dwa dni przed rozpoczęciem zdjęć pokazałem się Bodowi i powiedziałem mniej więcej, jak chciałbym, żeby wyglądał Tomek. Porozmawialiśmy i nasza kolejna rozmowa odbyła się już po skończeniu zdjęć, w sensie nie było ze mną kontaktu przez półtora miesiąca, byłem Tomkiem. Ekipa to uszanowała, za co im jestem bardzo wdzięczny. Nie mówiłem „dzień dobry”, czy „do widzenia”, wszyscy wiedzieli, że nie mam takiego talentu i nie potrafię tak na pstryk skoczyć i zagrać, bo muszę mieć pewnego rodzaju rozpęd. No i wyszedł Tomek.

T.C.: Jesteś znany z ról komediowych, czy ciężko było się wcielić w taką postać?

W.M.: To jest właśnie dla mnie dziwne, bo więcej filmów zrobiłem nie komediowych. Te w mainstreamie, to rzeczywiście były komedie, ale tak naprawdę jest ich w moim dorobku mniej niż ról poważnych. Wiadomo, że takiej jeszcze nie grałem i było to ogromne wyzwanie, ale przede wszystkim Bodo to ślicznie napisał i mieliśmy wspaniałego producenta, który zadbał o to, żebym mógł mieć święty spokój w trakcie pracy, a nie  np.udzielać wywiadów. Czas na promocję przychodzi już po realizacji, a nie w trakcie. Było ciężko jak cholera, bo mam ADHD, więc zawsze muszę coś robić, ciągle mówię. Najgorsze było to nieodzywanie się przez półtora miesiąca prawie w ogóle.

T.C.: Ciężka też na pewno była praca nad wyglądem. W pewnym momencie występujesz bez włosów, czy naprawdę je zgoliłeś?

W.M.: Tak, ogolili mnie. Taką mam pracę, muszę wyglądać inaczej, tego wymaga rola i nie wyobrażam sobie zakładania jakiegoś czepka. Do tego schudłem, pod koniec zdjęć ważyłem 61 kilo. Byłem niższy ok.10 cm bo nie chciałem być wyższy o wiele od Piotrka. Najciekawsze było dla mnie poruszanie się Tomka, jak po szachownicy. Tak żeby nie zbić pionków, nie zostać zbitym i zarazem pozostać w grze. Ciężkie to było dla mnie ale to kocham.

R.Ch. i T.C.: Dziękujemy za rozmowę.

B.K. i W.M.: Dziękujemy.

Wywiad przeprowadzony dla portalu noircafe.pl


Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: