Autor grozy w „Podwójnej pętli” – wywiad z Kazimierzem Kyrczem Jr.

„Każdy ma coś za uszami, jakieś grzeszki, takie czy inne wady. Myślę, że pisanie o zbyt wyidealizowanych postaciach to dopiero jest hardcore. Wiadomo, że można, tylko po co? Czy ktoś chciałby coś takiego czytać? Ja bym nie chciał, bo to jest nudne.”

Rafał Christ: Kto według Ciebie zasługuje na miano pisarza?

Kazimierz Kyrcz: Zależy od tego czy chcemy stwierdzić, kto jest dobrym pisarzem, czy kto jest pisarzem w ogóle. Jeśli dobrym, to krąg trochę się zawęża… Z drugiej strony takie pytanie też można rozwarstwić. Czy to obiektywnie, czy subiektywnie, czy w danym czasie. Przecież pisarze, którzy kiedyś w ogóle nie byli uznawani, po jakimś czasie wypływają. Bywa też na odwrót; ci którzy byli uwielbiani w jakimś okresie twórczości, a po paru latach nagle popadają w totalne zapomnienie i nikt ich nie czyta, nikt się nimi nie interesuje.

R.Ch.: Twój pierwszy tekst pojawił się drukiem, gdy miałeś trzydzieści trzy lata. A w jakim wieku po raz pierwszy coś napisałeś i co to było?

K.K.: Zabrałem się za pisanie pod koniec podstawówki. Tak w szóstej, siódmej klasie. Byłem wtedy fanem Republiki i strasznie mnie wkręcały ich teksty. Sam chciałem pisać piosenki, wiersze i zacząłem to robić w taki trochę pokręcony sposób. Chodziłem i śpiewałem… Znaczy nie tyle śpiewałem, co recytowałem pod nosem. Takie urywki, to nie były pełne teksty. No i wtedy powstawały też bardziej prozaiczne tekściki. Potem stawały się one coraz dłuższe, obrastały mięsem. Pierwszy tekst, który można nazwać opowiadaniem, czyli Teraz i na zawsze, napisałem w 1997 roku, gdy miałem dwadzieścia siedem lat.

R.Ch.: W jednym z wywiadów powiedziałeś: „Kiedy wysłałem ten tekst do <<Fantastyki>>, Maciej Parowski odpisał mi coś w tym stylu, że nie przyjmie opowiadania, bo jest zbyt śmiałe obyczajowo […]. … te słowa sprawiły mi mnóstwo frajdy. Utwierdziły mnie w przekonaniu, by autocenzurę ograniczyć do niezbędnego minimum.” Czy efekt nie powinien być odwrotny?

K.K.: To było właśnie Teraz i na zawsze. Liczy sobie ledwie cztery strony, a pisałem je przez trzy lata… (śmiech) Wtedy akurat byłem innym człowiekiem, który miał w sobie mnóstwo buntu. Teraz możliwe, że poszedłbym na taką wygodę i zaczął pisać pod dyktando któregoś z naczelnych. Chociaż, chyba jednak nie… Wydaje mi się, że takie podejście, kiedy człowiek chce pisać od siebie, tak z flakami, i stara się być autentyczny, to na dłuższą metę jedyne rozsądne posunięcie. Oczywiście, łatwiej wysmażyć coś, co spodoba się redaktorowi i może części czytelników, ale tak naprawdę to nie jest twoje. To porażka, bo zdajesz sobie sprawę, że wcale nie chciałbyś o tym pisać. W pewnym sensie jest to oszukiwanie samego siebie. Jeśli oszukujesz innych, można się tym przejmować albo nie, ale jeśli człowiek oszukuje samego siebie, to jest kompletne dno. Myślę, że lepiej jest już pisać do szuflady coś takiego, co spotyka się z odrzuceniem, jednak wiesz, że jest twoje, że wynika z twojego serca. Wiem, że to brzmi patetycznie, ale tak uważam.

R.Ch.: Czy będąc pisarzem grozy i nie uprawiając innych zawodów można w Polsce żyć na godnym poziomie?

K.K.: Prawdopodobnie jest to możliwe, chociaż pewności nie mam. Słyszałem, że Stefan Darda nieźle wychodzi na tym, co pisze. Natomiast czy posiada dodatkowe źródła dochodów, tego już nie wiem. Podobnie Łukasz Orbitowski utrzymuje się z pisania. Ale to są przypadki, które można policzyć na palcach jednej ręki. I to dwóch, może trzech.

R.Ch.: Czy to był jeden z powodów, dla których zdecydowałeś się napisać kryminał?

K.K.: Dwa razy nie. Raz, że Podwójna pętla nie jest kryminałem, a dwa, że nie było w tym żadnej kalkulacji. Wątki kryminalne, choć obecne w tej powieści, są raczej pretekstowe. Potrzebowałem ich do nakreślenia sytuacji bohaterów i ich charakterystyki.

R.Ch.: W dzisiejszych czasach każdy, kto ma znane nazwisko, może wydać książkę. Przykładem jest Krzysztof Ibisz ze swoją: Jak dobrze wyglądać po 40ce, czy Katarzyna Cichopek z tytułem: Jedz, chudnij i ciesz się sobą. Czy nie boli Cię, że tego typu wydawnictwa leżą w widocznym miejscu na półkach w księgarniach i święcą triumfy, tymczasem, żeby znaleźć Twoją trzeba się nieźle nagimnastykować?

K.K.: Nie patrzę akurat na te książki, o których wspomniałeś, z jakąś wrogością. Po prostu są wydawnictwa, które lubują się w tego typu twórczości. Mają środki na to, aby wyłożyć Empikowi dużą kasę za tzw. promocje, a te wydawnictwa, w których ja do tej pory miałem przyjemność publikować, nie miały takiej siły przebicia. Jest to przykre dla mnie o tyle, że wydania moich książek znikają z księgarni w czarodziejski sposób i często w pół roku od premiery sam nie mogę ich znaleźć. To jest kółko zamknięte, bo twierdzi się powszechnie, że polska fantastyka czy groza słabo się sprzedaje, poza oczywiście niektórymi autorami typu Andrzej Pilipiuk. Mam wrażenie, że to taka samospełniająca się przepowiednia. Jeżeli tych książek nie ma fizycznie na półkach, nie widać, to trudno żeby ktoś je kupował. Oprócz maniaków, którzy wiedzą, czego chcą i są zdolni przelecieć ileś księgarni, albo po prostu zamówić interesującą ich pozycję przez Internet.

R.Ch.: Akcja większości Twoich opowiadań dzieje się we współczesnym Krakowie. Co jest takiego inspirującego w tym mieście?

K.K.: Wobec Krakowa mam ambiwalentne odczucia. Dużo miłych rzeczy mnie tu spotkało i poznałem wielu ciekawych ludzi. A trochę złego również zaznałem dzięki temu miastu. Wiadomo, że groza to literatura, która bez zła się nie obejdzie. Najlepiej pisać o tym, co się samemu posmakowało, co się czuje. W Krakowie spędziłem większość swojego świadomego życia, więc niejako z automatu stał się scenerią moich tekstów. Niekoniecznie musi to być najlepsza metoda, wszak wielu autorów pisze o miejscach, w których nigdy nie byli, ale mnie zależy na tym, żeby być autentycznym. No i jakoś samo tak wyszło.

R.Ch.: Jaki jest Twój stosunek do swoich postaci?

K.K.: Kiedyś dostałem maila z zarzutem, że nie tworzę pozytywnych postaci. Wszyscy są mniej lub bardziej ześwirowani, zwichrowani i że nie ma takich, z którymi można się utożsamić. Wynikało by z tego, że jestem jakimś sadystą (śmiech), który znęca się nad tymi biednymi ludźmi. Cholera, faktycznie u mnie raczej nie trafi się na bezwzględnie pozytywnych bohaterów. Ale też w realnym życiu na ogół ciężko spotkać kogoś, kto byłby chodzącym ideałem, prawda? Każdy ma coś za uszami, jakieś grzeszki, takie czy inne wady. Myślę, że pisanie o zbyt wyidealizowanych postaciach to dopiero jest hardcore. Wiadomo, że można, tylko po co? Czy ktoś chciałby coś takiego czytać? Ja bym nie chciał, bo to jest nudne. Szczerze mówiąc, choć może na to nie wygląda, lubię swoich bohaterów i niektórych chciałbym widzieć dłużej niż jest im to dane. (śmiech) Zastanawiam się, czy kiedyś nie powrócę do głównego bohatera Podwójnej pętli. Zżyłem się z nim. Nie byłby to zresztą pierwszy raz… Zdarzało mi się wracać do niektórych postaci. Na przykład z mister Q, który szalał w mojej pierwszej książce, powrócił po latach w opowiadaniu Koleiny. Przy czym, jeśli już zdecyduję się na jakieś kontynuacje czy nawiązania, nigdy nie jest to na siłę, a jedynie wtedy, kiedy naprawdę poczuję, że mam coś do powiedzenia o tej osobie, że ona wierci mi dziurę w brzuchu, żeby znowu się pojawić.

R.Ch.: Czy postać Mateusza z Podwójnej pętli ma coś z ciebie? On jest policjantem, ty jesteś policjantem…

K.K.: Ma więcej niż bym chciał. Nie będę chcę jednak zdradzać szczegółów, bo to – jakby nie było – główny bohater tej powieści.

R.Ch.: Które sytuacje w książce są prawdziwe, a które wymyślone?

K.K.: Większość jest wymyślona, choć do ich pogłębienia i nadania im właściwego kolorytu użyłem fragmentów autentycznych rozmów czy choćby funkcjonujących w środowisku policyjnym powiedzonek. Korzystałem też z opowieści osób, które grały w serialach W-11Detektywi.

R.Ch.: Ile trwała praca nad tą powieścią?

K.K. Zbyt długo, to na pewno. Kolejne wersje Podwójnej pętli powstawały bowiem przez siedem lat. Efekt był taki, że tak bardzo zżyłem się z niektórymi postaciami czy fragmentami tekstu, że później ich usuwanie przyprawiało mnie o ból zębów.

R.Ch.: Czy teraz, już po fakcie, jest coś co byś w niej zmienił?

K. K.: Wiesz, gdzieś zetknąłem się z takim stwierdzeniem, że problem polega nie na tym, by poprawiać w nieskończoność, ale by wiedzieć kiedy przestać. Wraz z wiekiem pogłębia się we mnie potrzeba perfekcjonizmu, co doprowadza do tego, że niemal siłą muszę odrywać się od szlifowania kolejnych opowiadań czy powieści, żeby najzwyczajniej w świecie nie przedobrzyć. Pomocne jest tu trzeźwe spojrzenie z zewnątrz. Na przykład podczas ostatnich, kosmetycznych już poprawek nad Podwójną pętlą, chciałem wygładzić jeden z dość dosadnych opisów dotyczących powieściowej Maliny. Mój wydawca przekonał mnie że wcześniejsza wersja, choć nieco chropowata, pełniej oddaje charakter relacji łączącej tą bohaterkę z innymi postaciami. No i zostało „po staremu”.

R.Ch.: Razem z Łukaszem Śmiglem napisałeś opowiadanie Głowa do kochania, na którego podstawie powstał anglojęzyczny film krótkometrażowy Head to Love. Czy jesteś zadowolony z ekranizacji?

K.K.: Jestem bardzo zadowolony z tego filmu. Van Kassabian, który go wyreżyserował, włożył w niego mnóstwo serca. Zresztą nie tylko on, bo aktorzy uczestniczący w projekcie także mocno się zaangażowali. Bardzo przyjemnie pracowało się z tą ekipą. Widać było, że chcą to zrobić jak najlepiej, a zapał Vana udzielał się wszystkim na planie. No i nie można zapomnieć o cudownej ścieżce dźwiękowej. Co ważne, cały materiał został nagrany na taśmie filmowej, a nie – jak to się często zdarza – na nośniku cyfrowym. Pamiętam, że kiedy Van kontaktował się ze mną i pierwszy raz opowiadał o swoim projekcie, z miejsca przekonał mnie, że ma wizję. I to było coś super pobudzającego. Jakbym nagle rozmawiał z kosmitą, który telepatycznie przekazuje ci co ma do powiedzenia. Zanim zaczęły się zdjęcia, Van miał już wszystko opracowane w głowie, każdy najdrobniejszy szczegół. Niestety, musiał zrezygnować z części ujęć ze względów finansowych.  Mam nadzieję, że uda mu się zainteresować tym scenariuszem którąś z dużych wytwórni filmowych, i kiedyś powstanie pełnometrażowy obraz, tym bardziej, że niewiele brakowało, a krótkometrażowe Head to Love wygrałoby festiwal Sundunce.

R.Ch.: Do kogo głównie kierujesz swe utwory? Komu mógłbyś je polecić?

K.K.: Toś mnie zastrzelił… Myślę, że te teksty łatwiej mogą dotrzeć do osób, którym nie jest obca autoironia. Czytane dosłownie, tracą na głębi, którą staram się ukryć pod główną historią. Do odczytania tej głębi przydaje się określona konstrukcja psychiczna, ironiczne nastawienie wobec świata i wobec siebie. Nie staram się, żeby ta ironia była zbyt oczywista, ale ona gdzieś tam tkwi. I bez tego klucza, jeśli ktoś nie dysponuje luzem w podejściu do siebie i innych… może mu być ciężko zrozumieć pewne zawarte w moich tekstach treści. Przy czym, gdy piszę w duecie, podporządkowuję tok pisania jakiejś wspólnej myśli i staram się ograniczać tę swoją ironię, żeby to się nie gryzło ze stylem mojego współpisarza. Nie ma tu miejsca na ciągłe podkreślanie swej odrębności, swego ja. Trzeba oczywiście zachować coś swojego, ale starać się, żeby to współgrało z tym, co stworzy ten drugi. Na pewno pisząc z kimś o innych poglądach, doświadczeniach czy oglądzie rzeczywistości, człowiek musi nauczyć się być elastycznym. To się przydaje. Jakiś czas temu Dawid Kain opowiadał mi, że się zajmuje tłumaczeniem powieści obyczajowych i że ma świadomość, że to go wzbogaca. Widzi, że można pisać w inny sposób… Prawda jest taka, że patenty stosowane w innych gatunkach literackich można z powodzeniem wykorzystać we własnej twórczości. Nawet jeśli użyjesz podpatrzonego z romansu triku raz jeden, ale w odpowiednim momencie, może się okazać, że to jest właśnie strzał w dziesiątkę.

R.Ch.: Czy uważasz, że czytelnikom zaznajomionym z twoją dotychczasową twórczością spodoba się „Podwójna pętla”?

K.K.: Tak, zdecydowanie. Jest w tej powieści wystarczająco dużo „mnie”, żeby wszyscy, którzy znają i lubią moją pisaninę znaleźli coś dla siebie. Właśnie przed chwilą rozmawiałem z dwoma znajomymi, które przeczytały tę powieść w jeden dzień – odkładając na bok obowiązki i rzeczy do pilnego „załatwienia”. Obie były bardzo zadowolone z lektury, więc liczę na to, że podobnie będzie z innymi czytelnikami… Może Podwójna pętla nie jest dziełem mojego życia, ale półżycia na pewno.

R.Ch.: Czyli nie bałeś się, że stracisz swoich dotychczasowych czytelników?

K.K.: Aż tak dobrze nie było… Zawsze pozostaje obawa, że własna wizja i chęci rozminą się z oczekiwaniami ludzi. Bo to przecież nie jest horror. Ani nie produkt horroropodobny. No i jakiś zacietrzewiony antyfan ma świetną okazję, by zakrzyknąć, że zdradziłem gatunek dla forsy, pisząc kryminał. Tyle, że – jak już mówiłem – Podwójna pętla kryminałem też nie jest. Zresztą, przez to, że pokusiłem się o miszmasz gatunkowy, miałem naprawdę spore problemy ze znalezieniem wydawcy. Ale uważam, że ryzyko się opłaciło.

R.Ch.: A czy były jakieś problemy z wydawcą? Czemu zdecydowałeś się właśnie na wydawnictwo Żywia?

K.K.: Spodobała mi się okładka powieści Jarosława Klonowskiego, którą wcześniej wydali, więc pomyślałem „czemu nie?”, no i zgłosiłem się do nich. Szef wydawnictwa odpisał mi w wyjątkowo sympatyczny sposób, co dawało nadzieję, że dojdziemy do porozumienia. Niestety, kryzys na rynku wydawniczym sprawił, że wszystko okropnie odwlekało się w czasie. Koniec końców udało się jednak sprawę sfinalizować, co cieszy mnie tym bardziej, że przygotowana przez Elżbietę Janeczko-Rajman okładka Podwójnej pętli świetnie koresponduje z przesłaniem książki.

R.Ch.: Jesteś związany z blogiem Niedobre literki czyli polskim centrum bizarro. Mógłbyś wyjaśnić co to za gatunek?

K.K.: Osobiście odbieram bizarro jako takie totalne połączenie różnych gatunków literackich, których najważniejszym łącznikiem, spoiwem jest groza. Jego elementami mogą, choć nie muszą, być fantastyka, pornografia, kryminał, western, poezja… Słowem, wszystko co komu w duszy gra. Przy czym naczelna zasada brzmi: im dziwniej tym lepiej. Niedobre literki uruchomiliśmy dwa lata temu na Święto Zmarłych wspólnie z Dawidem Kainem i Darkiem Barczewskim. Pół roku później dołączył do nas Marek Grzywacz, który tchnął w nas nowe siły i nadzieję, że to co robimy, ma sens. Następnie do ekipy trafił Karol Mitka. Pozyskaliśmy już grono stałych współpracowników, których można liczyć w dziesiątki… Fakt faktem, że blog rozwija się jak burza i z tygodnia na tydzień coraz więcej ludzi zaczyna się nim interesować.

R.Ch.: Mam rozumieć, że w bizarro najbardziej podoba Ci się właśnie ten mix gatunków?

K.K.: Tak. Już w naszym debiutanckim zbiorze Piknik w piekle zawarliśmy z Dawidem Kainem teksty, które mają charakter bizarro, które spokojnie można pod bizarro podciągnąć. Przy czym to nie jest gatunek, który określa całą moją twórczość. To bardziej odskocznia, ale widzę w tym duży potencjał. Myślę, że ludzie stają się coraz bardziej wybredni, no i szukają czegoś nowego. Czegoś całkiem nowego prawdopodobnie nie da się wymyślić, ale bizarro to niezły sposób, by uzyskać efekt świeżości.

R.Ch.: Nie boisz się, że Polska nie jest gotowa na taki gatunek? Na stronie możemy przeczytać, że na bizarro składają się historie o nawiedzonej waginie, dupogoblinach z Auschwitz czy o facecie, który zakochał się we własnym domu i planuje się z nim ożenić.

K.K.: Na początku trochę się bałem, powiem ci szczerze, nawet nie tyle braku odbiorców co autorów. Ale kolejne teksty, które do nas napływają, są totalnie zakręcone i różnorodne. Są napisane z taką pasją i swobodą, i to bez żadnej cenzury. Czytanie tych tekstów sprawia mi wielką przyjemność. W komentarzach widać, że innym ludziom też. Może to nie jest gatunek, który może podbić salony… Chociaż różnie bywa. W Stanach autorzy uprawiający bizarro naprawdę święcą triumfy. Przelicza to się nawet na to, co jest współcześnie wyznacznikiem sukcesu, czyli na filmy. Tarantino na przykład. Czy też na muzykę. Jestem przekonany, że taki Marylin Manson czyta sobie bizarrowe rzeczy, choć oczywiście nie mam pewności. To jest coś autentycznego… Nie jest to pomysł wydawnictwa, które chce zbić kasę, tylko ludzi, którzy pragną stworzyć coś nowego. Odnajdują się w tym i jest to autentyczne. Jako niepoprawny optymista wierzę, że takie rzeczy mają rację bytu i że można je przekuć w sukces.

R.Ch.: W przedmowie do Nocnej zmiany Stephen King nazwał kształtem pod prześcieradłem, to czego się boimy. Jaki jest Twój kształt pod prześcieradłem?

K.K.: Moim głównym strachem, przynajmniej póki co nie jest śmierć. Dla mnie śmierć niekoniecznie jest czymś złym, mało tego – może być wybawieniem, na przykład z tego, czego najbardziej się boję, czyli z nieuleczalnej choroby, przed którą żadną miarą nie da się zabezpieczyć. Mam tu na myśli przede wszystkim choroby psychiczne, niezmiennie wiążące się z samotnością, bo człowiek chory psychicznie nie ma możliwości nawiązania stałych relacji z drugą osobą, utrzymania miłości. To jest dla mnie najbardziej przerażające. Chociaż oczywiście obawiam się mnóstwa innych rzeczy, te dwie są pierwszoplanowe. Choroba i samotność.

R.Ch.: I na koniec. Czego nauczyłeś się sam, a wolałbyś, żeby ktoś cię tego nauczył?

K.K.: Istnieje wiele zdań na temat tego, czy można kogoś nauczyć pisania, czy nie. Myślę, że podobnie jest z nauką języka obcego – jeśli masz dobrego nauczyciela, wówczas nauka nie boli, a nawet bywa przyjemnością. Jednak większość pracy i tak musisz wykonać sam. Podstawowym problemem dla młodych autorów niezmiennie pozostaje odpowiedź na pytania: jak się przebić?, no i jak przekonać redakcję/wydawcę do opublikowania mojego opowiadania/powieści/dzieła? Czyli w uproszczeniu – jak sobie radzić w tych, co tu kryć, popieprzonych czasach? Nie ma jednej metody, ale jedno jest pewne; trzeba być zarazem elastycznym i twardym. Niestety, za tę wiedzę przyszło mi słono zapłacić zszarganymi nerwami.

R.Ch.: Dziękuję za rozmowę.

K.K.: Również dziękuję.

Wywiad przeprowadzony dla portalu noircafe.pl

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: